10 najlepszych płyt na wiosnę 2026
( 03.03.2026 )
Od anatolijskiej psychodelii i tureckiego bluesa, przez akustyczne reinterpretacje elektroniki Autechre i ambient z Kenii, po irlandzki folk w mrocznej odsłonie i bezkompromisowy polski jazz – oto najciekawsze płyty na nadchodzącą odwilż.
Altın Gün, „Garip”
(Glitterbeat)
Altın Gün został założony przez potomków tureckich emigrantów, którzy w latach 80. opuścili Turcję, udając się na Zachód. Od ponad dekady z dystansem i ciekawością przyglądają się spuściźnie tureckiej psychodelii i anatolijskiego rocka lat 60. i 70. spod znaku Erkina Koraya, Barışa Manço czy Seldy Bağcan. Łączą te inspiracje z funkiem, disco i współczesną elektroniką. „Garip” to hołd dla Neşeta Ertaşa – jednej z najważniejszych postaci tureckiej muzyki ludowej, mistrza tradycji aşık i wirtuoza bağlamy. Altın Gün nagrali płytę złożoną wyłącznie z reinterpretacji jego kompozycji. Brzmieniowo „Garip” pozostaje mocno zakorzenione w anatolijskich skalach i charakterystycznej melodyce tureckiego folku, a obok tradycyjnych motywów pojawiają się rozbudowane aranżacje smyczkowe, partie saksofonu oraz warstwy syntezatorów. Mniej tu psychodelii, więcej dramaturgii i przestrzeni – wspaniałe doświadczenie.
Shane Parish, „Autechre Guitar”
(Palilalia)
Od ogłoszenia tego albumu w grudniu w muzycznym świecie zawrzało – połowa nakładu zeszła na pniu, a w sieci zaczęły krążyć memy. Bo jak minimalistyczną, oszczędną elektronikę brytyjskiego duetu przełożyć na gitarę akustyczną? Shane Parish, który wcześniej grał w avant-rockowym Ahleuchatistas, współtworzy kwartet Billa Orcutta, a na gitarę akustyczną przełożył już m.in. Kraftwerk czy Aphexa Twina, wyszedł z tego zadania obronną ręką. Wybrał materiał z pierwszych płyt Autechre, a zapętlone frazy przełożył na akordy, tworząc osobliwą, pełną liryzmu muzykę. Punktowe, pulsujące melodie zyskują tu ciepło i folkowy posmak, a to, co u Brytyjczyków wybrzmiewało w nieskończoność, tutaj jawi się jako muzyczna mantra. Parish pokazuje, że interpretacji jest nieskończenie wiele, a jego kreatywność nie zna granic.
Dobrawa Czocher, „State of Matter”
(130701)
Wiolonczelistek, które wychodziły poza bańkę muzyki klasycznej, nie było wiele – jedną z najbardziej wyrazistych jest Islandka Hildur Guðnadóttir, odpowiedzialna m.in. za muzykę do filmu „Joker”, za którą otrzymała Oscara. Wywodząca się znad Bałtyku Dobrawa Czocher, która w pierwszej szkole muzycznej stawiała kroki razem z Hanią Rani (a później wielokrotnie z nią współpracowała), tworzy muzykę mroczną, podszytą chłodną morską bryzą. Zagrania na smyczku bywają tu poszarpane, innym razem rozciągnięte w czasie niczym dronowe smugi. Czocher dodaje im powabności wokalizami, dzięki czemu kompozycje zyskują przestrzeń, ale nie tracą przy tym filmowej dramaturgii. Nie ma tu przekombinowanej eksploracji instrumentu – jest za to spójna wizja tego, jak może brzmieć solo: z jednej strony lirycznie, z drugiej dostojnie i przejmująco.
Tinariwen, „Hoggar”
(Wedge)
Tinariwen to pionierzy gitarowej muzyki Tuaregów – społeczności rozpiętej między Mali a Algierią. Grają od ponad 40 lat, wydali 10 albumów, z których część była nagradzana lub nominowana do Grammy. Łączą bluesową ekspresję z hipnotycznymi, synkopowanymi rytmami i tekstami nasyconymi politycznym komentarzem. Zespół wyrósł z doświadczenia wygnania i życia na pustyni – jego członkowie byli uchodźcami, a ich muzyka od początku wyrażała tęsknotę za utraconą ojczyzną. „Hoggar” to powrót do korzeni i symboliczne przekazanie pałeczki młodszemu pokoleniu. Nagrany w Tamanrasset album powstał dzięki współpracy starszych i młodszych muzyków. Są tu wyjątkowe momenty, m.in. udział José Gonzáleza oraz rzadko dziś słyszane kobiece głosy. Tinariwen pokazują, że wciąż są strażnikami swojej kultury. Pod koniec kwietnia będzie można ich zobaczyć nad Wisłą – zagrają w Krakowie i Warszawie.
Kosmonauci, „Brudna-Bielizna”
(UJazzMe)
Obecność na najważniejszych festiwalach i w zagranicznych podsumowaniach roku pokazuje, że polski jazz – zwłaszcza tworzony przez pokolenie dwudziesto- i trzydziestolatków – ma się doskonale. Jego reprezentanci i reprezentantki nagrywają jednak zarówno płyty wspaniałe, jak i takie, w których w dość łatwy sposób romansują z innymi gatunkami albo spłaszczają brzmienie. Kosmonauci na drugiej płycie mówią „sprawdzam” i wychodzą z tego obronną ręką. Okładka może mylić, bo przypomina rapowy mixtape, a sama muzyka jeszcze mocniej niż na debiucie drąży w jazzowym kierunku. Z jednej strony mamy charakterystyczne brzmienie wibrafonu Kosmy, z drugiej zgraną i progresywną sekcję Pieniążek/Lucjan, z trzeciej – wyraziste zawijasy Pieczonki na saksofonie. Wszystko płynie naturalnie, pomysłów jest masa, a zespół, nawet gdy odpływa w różne strony, pozostaje czujny – nie traci języka, lecz konsekwentnie go rozwija.
Różni wykonawcy, „Polskie Emo Kontra: Muzyka Popularna”
(S7)
Po co interpretować złote polskie przeboje? By pokazać je w innym świetle i zwrócić uwagę na teksty, które wielu z nas pamięta, a które po trzydziestu latach mogą zyskać nowe życie. Z takiego założenia wyszli twórcy i twórczynie kompilacji „Ultimate Emo Party”. Franio Mucha z rockowym pazurem gra „Tak… Tak… To Ja” Obywatela G.C., Headwinds agresywnie i przejmująco wykonują „Pocałuj noc” Varius Manx, a AsiaAsia podkręca „Kwiaty we włosach” Czerwonych Gitar. Są tu jednak utwory, które tekstowo zapędzają się w tak introspektywne rejony, że ktoś, kto nie zna oryginałów, mógłby uznać emo-hardcore’owy rodowód za pierwotny. Brawurowo brzmi „Kiedy powiem sobie dość” O.N.A. w wykonaniu Seks w Czasach Wojny, a „Antidotum” Kasi Kowalskiej zagrane przez Vermona Kids to majstersztyk – dowód na to, że polski pop można obracać i eksplorować na wiele sposobów. I nadal brzmi aktualnie.
Iztok Koren & Raphael Rogiński, „Nocturnal Consolations”
(Instant Classic)
To spotkanie dwóch wybitnych instrumentalistów na szlakach Europy Środkowo-Wschodniej. Raphael Rogiński współtworzył nową falę muzyki żydowskiej przed dwiema dekadami, później grał m.in. utwory Coltrane’a, a Iztok Koren działa w znakomitym słoweńskim trio Širom. Razem poszukują archaicznych źródeł dźwięku i brzmień przyszłości – tworzą gęstą, zmienną polifonię z wykorzystaniem preparowanej gitary, banjo, gimbri i gongów, traktując muzykę jako przestrzeń dialogu – akustycznego i ideowego. Czerpiąc z tradycji wielu kultur, budują uniwersalny krajobraz dźwiękowy dla współczesnego słuchacza. Jak mówi Rogiński, jest to „bizantyjsko-stepowa opowieść” – współczesna historia odnosząca się do dzisiejszego spojrzenia na folklor. Choć zakorzeniona w określonej szerokości geograficznej, nie odwołuje się wprost do konkretnych tradycji – raczej wnikliwie poszukuje, by tworzyć własną.
KMRU, „Kin”
(Ideologic Organ)
Jednym z owoców pandemii był „Peel” pochodzącego z Nairobi KMRU (Josepha Kamaru), na którym artysta w wyjątkowy sposób połączył codzienne pejzaże dźwiękowe w monolityczny, wielowarstwowy ambient. Od tego czasu wydał ponad tuzin albumów – podejmował temat kolonialnej eksploatacji, współpracował z artystami takimi jak Aho Ssan i Kevin Richard Martin, a także opracował antologię twórczości swojego dziadka – słynnego muzyka benga i aktywisty politycznego. „Kin” w pewnym sensie odnosi się do debiutu KMRU, lecz w nieoczywisty sposób. Muzyka opiera się na zniekształceniach i drgających strukturach, w których prym wiodą syntezatory, szumy i przestery – soniczne magmy wprowadzające w stan zadumy i zawieszenia. To eksploracja chropowatych, gęstych brzmień przypominających dokonania Fennesza (który pojawia się w jednym z utworów), ale w cięższej, trochę apokaliptycznej odsłonie.
Madra Salach, „It’s a Hell of an Age”
(self-release)
Widziałem Madra Salach na żywo i to właśnie od koncertów zaczęła się ich sława na irlandzkiej scenie (choć nie tylko – supportowali Kim Deal z Pixies). Najłatwiej byłoby określić ich jako skrzyżowanie Lankum z Fontaines D.C., czyli dwóch obecnie najgłośniejszych zespołów z Irlandii (obok Kneecap), ale sekstet z Dublina ma do zaoferowania znacznie więcej. Tworzą ciężkie, rozciągnięte utwory, w których prym wiedzie harmonium w akompaniamencie gitar i śpiewu Paula Banksa. Wielu przedstawicieli irlandzkiej sceny – m.in. John Francis Flynn czy Lisa O’Neill – sięga po klasyków ze swojej ojczyzny, pokazując ich twórczość w nowym świetle. Madra Salach również od tego nie stronią, ale najlepiej wypadają w autorskim repertuarze – wtedy pokazują charakter i werwę zespołu. O czym będziecie mogli przekonać się w sierpniu na Off Festivalu – widzimy się pod sceną!
Joanna Duda, „Regina Silva”
(Pointless Geometry)
Joanna Duda udzielała się w tuzinie projektów – gra w swoim trio, występowała z Wojtkiem Mazolewskim i Janem Młynarskim, wykonywała też utwory amerykańskiego minimalisty Juliusa Eastmana. Lawiruje między jazzem a muzyką poważną, ale najciekawsze pomysły rodzą się u niej na styku gatunków – zwłaszcza gdy nagrywa solo. Tak było na „Keen” i „Mouvements”, podobnie jest na „Regina Silva” – dźwiękowym eksperymencie inspirowanym dźwiękami wydawanymi przez świat natury. Bazą są nagrania terenowe oraz przetworzone sample zarejestrowane w 2024 roku w Kenii. Efektem jest fantazmatyczna podróż przez wyimaginowany krajobraz dźwiękowy – swoista ścieżka dźwiękowa fauny i flory, zachwycająca filmową narracją i dramaturgią, a przede wszystkim nieoczywistym wykorzystaniem nagrań z Afryki, elektroniki i partii fortepianu. Bujna podróż pokazuje niezwykłą kreatywność artystki.