28 iPhone’ów później. Czy Danny Boyle otwiera nowy rozdział w historii kina?
( 16.07.2025 )
68-letni Danny Boyle nic nie musi. A i tak wciąż mu się chce. Wraz ze współscenarzystą Alexem Garlandem proponuje kino, które nie daje się zamknąć w żadnej z gatunkowych szufladek. „Substancja” to przy tym pikuś. Tam przynajmniej wiedzieliśmy, czego możemy się spodziewać.
Brainrot – słowo wywodzi się z języka angielskiego, oznacza „gnicie mózgu” i nazywa praktykę tworzenia i pochłanianie treści wyłącznie rozrywkowych, wiralowych, memicznych, niemających określonego znaczenia i celu (za SJP)
Coming-of-age movie – film opowiadający o dojrzewaniu, najczęściej z perspektywy młodej postaci (definicja własna)
Najpierw strzelaj, potem strzelaj. Szkice z jednej sceny
Najazd na bohatera, Spike’a (Alfie Williams), syna swego ojca (Aaron Taylor-Johnson). Cięcie. Zombie. Cięcie. Bohater zaczyna biec. Cięcie. Jego ojciec tak samo. Cięcie. Zombie rusza za nimi w pościg. Cięcie. Zbliżenie na twarz Spike’a. Cięcie. Kilkanaście ujęć nagich ciał nadciągających zombie. Cięcie, cięcie, cięcie, cięcie. Danny Boyle uwielbia tak dynamiczny montaż; udowodnił to już w 28 dniach później. Wszędzie te cięcia – w innym wcieleniu zostałby prezesem klubu sportowego. Kamera śmiga u niego jak szalona, takie National Geographic w nowym wydaniu, tym razem z zombie zamiast zwierząt.
Alex Garland to zapalony gracz – w jednym z niedawnych wywiadów promujących film przyznał, że Elden Ring przeszedł parokrotnie. Na pewno musiał też grać w Call of Duty oraz serię Sniper Elite, bo czerpie z nich garściami, podrzucając reżyserowi pewne sprawdzone w gamingu rozwiązania, czyli tzw. killcams. Zazwyczaj są to najazdy na zabijane w danym momencie ciało, pozwalające graczom delektować się dobrze oddanym strzałem lub wybuchem odbezpieczonego właśnie granatu.
Takich kwiatków jest w tym filmie masa. Każdy widzimy w spowolnieniu oraz z paru perspektyw naraz. Głowa paruje, ale dusza się raduje. Tego w kinie o zombie jeszcze nie grali.
Wróćmy do cięcia. Cięcie. Ojcowska strzała przeszywa jednego z zombie. Cięcie. Ta sama ojcowska strzała przeszywa jednego z zombie (z innej perspektywy). Cięcie. Ta sama ojcowska strzała przeszywa…
U Tarantino byłoby to pojedyncze pif-paf. I może najazd na stopy.
U Jarmuscha brzdęk rozwalającego się kija baseballowego i jakiś społeczny meta-komentarz.
Edgar Wright pewnie zacząłby kręcić z tego wszystkiego bekę.
Ale każdy z nich przeszedłby dalej, do następnej części sekwencji, w trakcie której bohaterowie uciekają. Zombie nie żyje, więc po co drążyć temat?
Zdjęcie z planu “28 lat później”, reż. Danny Boyle
Zaś u Boyle’a jest wszystko wszędzie naraz (przy użyciu łuku). I to nakręcone za pomocą wielu iPhone’ów 15 i paru kinematograficznych wspomagaczy. Pragnę wierzyć, że na planie reżyser zebrał łącznie 28 cegiełek od Apple’a. W końcu kino to nie fotografia – mamy szansę zobaczyć „pełny obraz”.
(Warto dodać, że wspomniane killcams mają związek z percepcją Spike’a. Boyle stara się pokazać, w jaki sposób chłopak wchłania te „mordercze” obrazy i filtruje przez własne „ja”. Im więcej zombie zabije, tym kamera coraz częściej zacznie się oddalać. Pod koniec nie będzie już zwracał na to uwagi. Killcams staną się jedynie echem poprzedniej wersji Spike’a.)
Krótko mówiąc: to nie kolejny TikTokowy filmik albo nowa wersja popularnej gry komputerowej. To coś więcej. To brainrotowe coming-of-age – brawurowo nakręcone i redefiniujące współczesne kino. To ani dobry, ani zły film. Rafał Białopiotrowicz („Galeria Horroru”) napisał, że ma dylemat, czy przyznać Oscara czy Złotą Malinę. 28 lat później zasługuje na zupełnie oddzielną nagrodę. Tylko nie wiadomo jeszcze jaką.
Zgrywa z zombiaków i Wielkiej Brytanii
Boyle przekorny, Boyle niepokorny: reżyser legendarnego Trainspotting nie boi się niczego. Garland tak samo. To tandem, który postanowił wyśmiać oczekiwania widzów, a fanom oryginalnych 28 dni później powiedzieć wprost: „Możecie nam naskoczyć. Zrobimy taki film, na jaki mamy ochotę”.
Minęło 28 lat od wydarzeń z pierwszej części, nakręconej jeszcze w 2002 roku. We wstępie dowiadujemy się, że cały świat zwalczył pandemię zombie. No, prawie cały – tylko Wielka Brytania stała się jedną wielką strefą kwarantanny. Tu nie ma nadziei. Doszło do całkowitej izolacji. Żaden kraj nie pomoże, bo nikt nie ma ochoty babrać się w tym chaosie.
“28 dni później”, reż. Danny Boyle (2002)
W trakcie seansu na usta nasuwa się jedno słowo: „Brexit”. Boyle wprost śmieje się z Brytyjczyków. „Patrzcie i uczcie się – za 28 lat tak będzie wyglądał wasz ukochany kraj”, zdaje się mówić w trakcie seansu. Geniusz brytyjskiego humoru Boyle’a objawia się gdzieś między wierszami. Zwróćmy uwagę na punkt wyjściowy samej fabuły – akcję śledzimy oczami wspomnianego Spike’a, który niedługo będzie musiał przejść przyspieszony kurs z dojrzewania. Na co dzień mieszka z ojcem i ciężko chorą matką (Jodie Comer) na odizolowanej wyspie. Ich utopijna wioska przypomina średniowieczny zamek. Boyle nawet wplata obrazy z filmów historycznych do własnego dzieła. Udowadnia, że z zewnątrz nikt nie wejdzie, nie ma takiej opcji – skojarzenia z imigrantami w UK przychodzą same.
Kiedy matka Spike’a czuje się coraz gorzej, ten zaczyna frustrować się ojcowską indolencją (tatuś zdążył sobie już znaleźć zastępstwo). Gdy chłopak dowiaduje się, że na lądzie mieszka dawny lekarz (Ralph Fiennes), bierze sprawy w swoje ręce i robi wszystko, by uratować mamę. Nikt jednak doktorkowi nie wierzy – i w sumie nie powinno nas to dziwić. Mamy rok 2025, a Brytyjczycy dalej wolą umierać schorowani, niż zaufać NHS, czyli ich służbie zdrowia. Tak było przy okazji Covidu. A przecież zombie też są jedną wielką pandemią.
Boyle znowu wrzuca kamyczek do ogródka swoich sąsiadów, śmiejąc się z ich ograniczeń. Zdobywca Oscara za Slumdoga (2008) w pełni wierzy, że nawet apokalipsa zombie nie zmieni ich myślenia.
Film Boyle’a jest jednak czymś więcej niż tylko satyrą na własny naród. Na starość reżyser zaczął romansować z transcendentalizmem. Efektem tego skoku w bok jest druga, zupełnie inna część filmu.
Nierozważny i romantyczny
28 lat później to jeden z nielicznych przykładów horrorów o zombie, w których morderczy wirus w sumie odchodzi na drugi plan. Wszystko zaczyna bowiem orbitować wokół choroby matki Spike’a – cierpi na okropne bóle głowy i utratę pamięci. Zakładamy, że to rak mózgu, chociaż nie mamy jeszcze potwierdzenia. Czekamy, ale pozostajemy sceptyczni.
U Spike’a będzie nieco inaczej. Ten nierozważny i romantyczny chłopak jest w pełni przekonany, że cała jego podróż (opuszcza wioskę wraz z mamą w poszukiwaniu lekarza) skończy się jednym wielkim happy endem. Nagle Boyle robi z tej filmowej rozwałki wyważony dramat o przemijaniu i powolnym godzeniu się ze stratą. Zdradzać zbyt wiele nie chcemy, ale końcówka okaże się pełna eterycznych emocji, których nie powstydziłby się sam Tarkowski.
Czyli całkowicie zmienia się sposób ukazania chłopięcej wizji – to już nie jest rzecz o przetrwaniu, w której młody Spike uczy się od ojca, jak to jest pierwszy raz opuścić ciepło domowego ogniska. Ten płomyk zgasł już dawno temu.
“28 lat później”, reż. Danny Boyle
Tyle że ten drugi akt ma w sobie coś z idylli. Ze sceny na scenę umarlaków będzie coraz mniej. Nagle znowu liczy się człowiek. Druga połowa 28 lat później przypomina wizualizację emocji, które wywołuje w słuchaczu kultowy utwór Ladyfingers. Niby się odprężamy, zapominając o apokalipsie, ale i pochłania nas melancholia. W powietrzu wisi zapach, który zostawił po sobie Tanatos. Bohaterka Jodie Comer musi umrzeć – innej opcji nie ma.
I kiedy myślimy, że to już koniec, Brytyjczyk raz jeszcze wywraca wszystko do góry nogami. Brainrot powraca – tym razem w postaci kiczowatego (i w pełni abstrakcyjnego) zakończenia. Przyswajamy te obrazki, ale nie wiemy, co o tym szaleństwie myśleć.
Jak podsumować ten filmowy eksperyment? Najlepiej słowami Marty’ego McFly’a z Powrotu do przeszłości: „I guess you guys aren’t ready for that yet. But your kids are gonna love it!” Być może tak będzie wyglądało kino – niczym Instagramowy reel, odchodzący od dobrego smaku, szarżująco niezręczny i obdarty z przedawnionych wzorców. Ale przynajmniej będzie w tym jakaś świeżość.
Boyle i Garland ciągle szukają, nawet jeśli kluczą. O niewielu współczesnych twórcach moglibyśmy powiedzieć to samo, a to już coś.