Bierzcie z tego wszyscy. „Sposoby widzenia” w Muzeum Sztuki w Łodzi
( 24.11.2025 )
„Sposoby widzenia w Muzeum Sztuki w Łodzi” to wystawa, która mówi jasno: najważniejsza kolekcja sztuki awangardowej w Polsce jest po prostu najważniejsza.
Moja pierwsza wizyta w Muzeum Narodowym w Warszawie skończyła się porażką. Byłem gimnazjalistą, którego do stolicy dowiózł autokar szkolny. Za największe – dosłownie i w przenośni – dzieło sztuki polskiej uważałem „Bitwę pod Grunwaldem” Jana Matejki. Więc przechodząc po raz pierwszy przez bramę Muzeum, plac, schody, ciężkie drzwi, przyciemny korytarz i olbrzymią klatkę schodową, miałem tylko jeden cel: znaleźć tego Matejkę. Ale plan z miejsca wziął w łeb. Gdy tylko wszedłem do pierwszej sali, tak bardzo rozproszyło mnie bogactwo tego, co oglądałem, że zapomniałem, po co przyszedłem. Zrozumiałem to dopiero kilka godzin później, po drugiej stronie zamykającej się za mną bramy.
Dwadzieścia kilka lat później wchodzę do Muzeum Sztuki tym razem w Łodzi, na wystawę, która ma być ponownym pokazem kolekcji, którą – wydawało mi się – znam przynajmniej pobieżnie. A cel mam jeden: zobaczyć Kazimierza Malewicza w trumnie, bo tym śmieszno-strasznym dziełem kładącym ojca awangardy do grobu zachęconono mnie do przyjazdu na wystawę. I jeśli nie mają państwo czasu na dalszą część tego niezbyt długiego tekstu, to zdradzę od razu jego puentę. Malewicza nie zobaczyłem, przegapiłem, zabłądziłem na wystawie jak dzieciak, który pierwszy raz zobaczył sztukę.
„Sposoby widzenia”, widok wystawy, fot. HaWa
„Sposoby widzenia” to wystawa, z którą kolekcja Muzeum Sztuki w Łodzi wraca na sale wystawowe. To oczywisty powód do radości. Po pierwsze dlatego, że w Łodzi zgromadzona jest najciekawsza kolekcja sztuki awangardowej w Polsce. Świadczy o tym nagromadzenie nazwisk: Jarema, Eisenstein, Kobro, Beuys, Kantor, Klee, Strzemiński, Mendieta – pierwsze z brzegu. Świadczy o tym klasa dzieł, które gromadzi muzeum, będące prawdopodobnie jedną z niewielu, jeśli nie jedyną instytucją w Polsce, które w kontaktach z międzynarodowymi galeriami mają do zaoferowania dzieła tak znaczące, że europejskie instytucje traktują Łódź jako prawdziwego partnera do organizowania międzynarodowych wystaw. Niech przykładem będzie wystawa Kobro i Strzemińskiego w madryckim Museo Reina Sofía w 2017 roku. Międzynarodowy charakter kolekcji podkreśliła niedawno pierwsza anglojęzyczna publikacja „Teorii widzenia” Władysława Strzemińskiego, wydana w serii klasyków e-flux. Ale o sile tej kolekcji stanowi coś, co zrozumiałem dopiero na wystawie.
Jest jeszcze jeden powód, dla którego powrót kolekcji na sale wystawowe cieszy. Poprzednią prezentacją kolekcji łódzkiego muzeum był „Atlas”, wystawa zorganizowana jeszcze za rządów Jarosława Suchana w 2014 roku, która definiowała, jak pokazywać kolekcje sztuki w sposób spektakularny i dowartościowujący historię, a zarazem pokazujący jej aktualność. „Atlas” stał się oczywistym punktem odniesienia dla „Sposobów widzenia”. Niestety, po tej pierwszej ekspozycji do MS w Łodzi wkroczył Cyklop pod postacią Andrzeja Biernackiego, który – w myśl źle pojętej walki z nowoczesnością – postanowił przepędzić dorobek i tradycję muzeum, i wystawę zamknął. Nowa dyrekcja, na czele której staną Daniel Muzyczuk, kurator, który pracował zarówno w czasach Suchana, jak i przetrwał (nie bez szwanku) kadencję Biernackiego, postanowiła do kolekcji wrócić.
Erna Rosenstein, „Ekrany”, 1951, Muzeum Sztuki w Łodzi
Tyle wystarczy, żeby o wystawie w Łodzi chciał napisać każdy – a przynajmniej tak mi się wydawało, gdy na miesiąc przed otwarciem „Sposobów widzenia” szukałem kogoś, kto zrecenzowałby wielkie łódzkie otwarcie. Odbiłem się jednak od ściany. „Kobyła”, „za duże”, „daleko”, „nie dam rady”, „trochę się boję tej kolekcji” – usłyszałem.
Gdy wszedłem na wystawę, nagle uświadomiłem sobie, dlaczego zwykle tak chętnie współpracujący autorzy asertywnie powiedzieli „nie”, i zrozumiałem, że pisząc ten tekst władowałem się nie pod autobus, a pod tramwaj, który kursuje tu od ponad stu lat, a jego rozkład jazdy znają tylko pracownicy muzeum. Stojąc przed rysunkiem Teresy Żarnowej z 1942 roku, albo abstrakcyjnym obrazem Hansa Arpa z 1929 roku, a najprawdopodobniej rysunkiem samego Władysława Strzemińskiego z połowy lat 50. XX wieku, pomyślałem, że tym pracom bliżej do „Ziemi obiecanej” niż do teraźniejszości. Że oto patrzę na sztukę, która się skończyła – a w najlepszym wypadku przetrwała do dziś tylko jako muzealny stwór.
„Sposoby widzenia”, widok wystawy, fot. HaWa
To uczucie towarzyszyło mi jeszcze przez chwilę – do czasu, gdy po kilkunastu minutach błądzenia po sali prawie kopnąłem leżący na podłodze telewizor, na którym wyświetlana jest praca Józefa Robakowskiego. Robakowski, człowiek, który dla sztuki w Łodzi zrobił nie mniej niż Strzemiński (i nie wycofam się z tych słów nawet przed sądem rejonowym w Łodzi), pokazał na wystawie krótkie wideo „Z mojego okna”. Nagrywał je latami, obserwując to, co dzieje się na ulicy. A to sąsiad kupił auto, a to milicja pędzi na sygnale, tu skończył się komunizm, tam zaczęła demokracja, a tam sąsiadowi ktoś ukradł auto. Oglądam nagrania z końca lat 90., słucham głosu Robakowskiego – jednego z największych gawędziarzy polskiej sztuki – i myślę sobie: przecież to jest lepsze od „How To with John Wilson”, czyli serialu polegającego z grubsza na tym samym, tyle że dziejący się w Nowym Jorku i prezentowany na HBO, a nie w muzeum. Oglądam i z każdą minutą czuję bardziej – to jest też moja historia.
Od tego czasu „Sposoby widzenia” są także moim sposobem patrzenia na świat. Wystawa, która już w tytule łączy „Teorię widzenia” Strzemińskiego ze „Sposobami widzenia” Johna Bergera, przypomina, że patrzenie to proces, który nie jest tylko skanowaniem rzeczywistości, ale machiną interpretacyjną, dzięki której tłumaczymy sobie świat. I taki mechanizm widać wyraźnie na wystawie. Sposób, w jaki Erna Rosenstein patrzyła na wojnę, historię, rodzinę i traumę (wyrażony w jej najsłynniejszym dziele „Ekrany”, gdzie oderwane od ciał głowy jej rodziców lewitują na abstrakcyjnym tle), rozmawia ze sposobem, w jaki Małgorzata Mirga-Tas patrzy na okrucieństwa wojny i na abstrakcję, tworząc woskowo-mydlaną rzeźbę upamiętniającą podhalańskich Romów mordowanych przez Gestapo. Nawiasem, bardzo mnie cieszy, że to te mniej znane, rzeźbiarskie prace Mirgi-Tas trafiają na wystawę w Łodzi, choćby dlatego, że pokazują, jak różnorodną jest artystką.
Władysław Strzemiński, rysunki do „Teorii Widzenia”, 1947-1951, Muzeum Sztuki w Łodzi (1)
Sposoby widzenia układają się jednak w coś więcej niż zestawienia dwóch osób podejmujących podobne tematy lub zagadnienia formalne. To chmury skojarzeń, oznaczone przez zespół kuratorski mniej lub bardziej poetyckimi tytułami. Dla przykładu: fotografka Libuše Jarcovjáková, fotografująca zmęczone pracą i śpiące po kątach pracownice czeskich fabryk; malarz Karol Hiller, jedna z ikon awangardy, malujący obrazy inspirowane rozwojem technologicznym pierwszych dekad XX wieku; oraz ziewający Mladen Stilinović, artysta, który ze spania uczynił sztukę – skojarzeni zostali ze sobą pod uroczym hasłem „Nocna zmiana”.
Te czasem zabawne, czasem wzruszające (jak w przypadku sąsiadujących ze sobą prac Any Mendiety i Liliany Zeic) rozdziały udowadniają jedno. Jeśli, tak jak w Łodzi dobrze zna się swoją kolekcję, jest się pewnym swoich zbiorów, to nie trzeba budować skomplikowanych narracji, nie trzeba piętrzyć interpretacji – wystarczy dać pracom patrzeć na siebie nawzajem i pozwolić publiczności uczestniczyć w tym procesie. I „Sposoby widzenia” są taką wystawą, wyraźną, może nawet nieco bezczelną wykładnią dyrektora Muzyczuka i zespołu, którą można streścić w zdaniu: najważniejsza kolekcja sztuki awangardowej w Polsce jest po prostu najważniejsza.
„Sposoby widzenia”, widok wystawy, fot. HaWa
Ważność tej kolekcji, jak wspomniałem, wynika między innymi z tego, że gromadzi nazwiska znane i lubiane na całym świecie. Dwa tygodnie po wystawie w Łodzi prace Any Mendiety oglądam w Nowym Jorku w MoMA; rzeźba Nancy Holt prezentowana jest i w Łodzi, i na wystawie minimalizmu w paryskim Bourse de Commerce. W Łodzi możemy oglądać wielkie, międzynarodowe prace. Można by na tym zakończyć – podziękować sobie i rozejść się.
Ale wyjątkowość tej kolekcji wiąże się również z faktem, że łódzkie zbiory są ewenementem, opartym w znacznej mierze na tym, co muzeum darowali zbieracze, społecznicy, a wreszcie sami artyści – od pierwszych darów z 1930 roku, przekazanych jako kamień węgielny przez Rodzinę Bartoszewiczów, przez dzieła, które od artystów zagranicznych wydobywał wówczas poeta i krytyk Jan Brzękowski, przez dar Josepha Beuysa z 1981 roku, dar Liam’ Gillicka z 1996, po rok 2025, w którym „Darem przyjaźni” artystów z Polski i zagranicy symbolicznie witano kolekcję z powrotem w domu.
Karol Hiller, „Deska 0”, 1928, Muzeum Sztuki w Łodzi
„Sposoby widzenia” to wizytówka muzeum, stworzonego przez artystów, którego kolekcja jest tak wielka, że wchłania kolejne pokolenia twórców siłą własnej grawitacji. Patrzę na prace Agaty Ingarden lub Cezarego Poniatowskiego, artystów urodzonych na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, i myślę, że w innym muzeum traktowałbym obecność ich prac wśród dawnych mistrzów jako formę kanonizacji. Ale w Łodzi czuć coś zupełnie innego. Oto awangarda, która była w 1925 i trwa w 2025. To sposób patrzenia na świat. Oto on, bierzcie z niego wszyscy.
Paul Klee, „Gwiazdy ponad rzeczami”, 1913, Muzeum Sztuki w Łodzi
„Sposoby widzenia. Kolekcja Muzeum Sztuki w Łodzi”
od 17 października 2025
Muzeum Sztuki w Łodzi, ms2
zespół kuratorski: Jakub Gawkowski, Daniel Muzyczuk, Paweł Polit, Katarzyna Różniak-Szabelska, Franciszek Smoręda