„Opera za trzy grosze”, reż. Ersan Mondtag, fot. Magda Hueckel
„Opera za trzy grosze”, reż. Ersan Mondtag, fot. Magda Hueckel

Brecht w czasach Instagrama. Recenzja „Opery za trzy grosze”

( 28.04.2026 )

Nie ma tu ani jednej postaci zasługującej na sympatię. Wręcz przeciwnie, od ilości zepsucia zbiera się na wymioty.

Życie spotkało teatr, kiedy podczas pierwszej przerwy w „Operze za trzy grosze” czekałam w kolejce toalety. Ten, kto był w krakowskim Narodowym Starym Teatrze, wie, że nie jest to szybka operacja. Ze znudzenia mój wzrok zabłądził w telefon pani przede mną. Z powodu ataku USA i Izraela na Iran martwiła się, czy samolot, na który ma wykupione bilety, w ogóle wystartuje. Wcale jej się nie dziwię, urlop to rzecz ludzka i bardzo potrzebna. Frustrujące, że Trump do spółki z Netanjahu mogą z dnia na dzień postawić na nim krzyżyk. Też bym się wkurzyła.

„Interes, który prowadzę, jest bardzo trudny, ponieważ polega na budzeniu w ludziach współczucia. Niewiele jest rzeczy, które potrafią wstrząsnąć człowiekiem, kilka zaledwie, ale najgorsze jest to, że już po parokrotnym zastosowaniu przestają działać. Człowiek mianowicie ma tę okropną umiejętność, że kiedy chce, robi się nieczuły” – grzmiał ze sceny chwilę wcześniej Krzysztof Zawadzki w roli Jonatana Peachuma. Myślę, że kiedy Bertolt Brecht pisał te słowa, nie były jeszcze tak aktualne jak dziś. Scrollujemy bez przerwy, do końca Internetu i jeszcze dalej, a i tak (lub właśnie dlatego) nie potrafimy się należycie przejąć tym, co widzimy. Po rolce o losie Irańczyków drżących o swoje życie trafiamy na rolkę influencerki drżącej o swoje kąpiele w dubajskich basenach – zapamiętajmy ten moment, bo wspólnymi siłami dotarliśmy do kresu człowieczeństwa. O tym jest też „Opera za trzy grosze”.

Dziękujemy!

„Opera za trzy grosze”, reż. Ersan Mondtag, fot. Magda Hueckel

*Reklama

Do naszej empatii stara się apelować reżyser spektaklu, Ersan Mondtag. Posmarowane krwią nagie ciała pojawiają się praktycznie w każdej scenie. Gdyby wziął sobie do serca smutną prawdę głoszoną przez Peachuma, że drastyczne obrazki szybko powszednieją, wiedziałby: ta usilna próba wyleczenia masowej znieczulicy nie ma szans powodzenia. Łopatologia wojennych zbrodni w najlepszym wypadku obraża inteligencję widza, w najgorszym – triggeruje obecnych na widowni uchodźców z Ukrainy, których wyobraźnia nie potrzebuje kolejnych brutalnych bodźców.

Musical Brechta już i tak jest widowiskiem trudnym w odbiorze. W sztuce nie ma ani jednej postaci zasługującej na sympatię. Wręcz przeciwnie, od ilości zepsucia zbiera się na wymioty. Jonatan i Celia Peachum, właściciele firmy zrzeszającej londyńskich żebraków, szczycą się oszustwami i wyzyskiem słabszych. Macheath, przywódca londyńskich gangusów, to rekin biznesu, zło wcielone o diabelsko gładkiej gadce. Potrafi wyłgać się z każdej sytuacji, skutecznie mydli oczy swojej narzeczonej Polly Peachum, która o dziwo okazuje się jeszcze gorsza. Pod powłoką naiwnej lali skrywa się wyrachowana, dwulicowa postać. Stróż prawa, szef policji Brown, który po donosie rodziców Polly ma zająć się aresztowaniem Macheatha, woli po przyjacielsku opijać z nim stare dobre rozboje. Z kolei Jenny Spelunka wraz z innymi Kurwami płaczą rzewnie nad losem przyjaciela, ochoczo wymieniając go na gotówkę. Zgodnie z założeniami brechtowskiego teatru epickiego szydzenie z mieszczańskiej antymoralności jest sposobem na przemówienie społeczeństwu do rozsądku. „Czym jest zamordowanie człowieka wobec wynajęcia człowieka?" – mówi Macheath, drwiąc z systemu, który każdego sprowadza do towaru.

Dziękujemy!

„Opera za trzy grosze”, reż. Ersan Mondtag, fot. Magda Hueckel

Dziękujemy!
( Sztuka ) ( Rozmowa ) ( Joanna Ruszczyk )

Nigdy bym nie pomyślała, że mój obraz może gdzieś dumnie wisieć. Rozmowa z Ant Łakomsk

Czym jest napisanie „Opery za trzy grosze” wobec wystawienia „Opery za trzy grosze”? Kto bierze się za sztukę Brechta, z reguły ma pod górkę. Treść obwarowana jest prawami autorskimi, każde odstępstwo od oryginału słono kosztuje. Co mogłoby być kłopotliwe, gdyby nie to, że przykładów burżujskiej dehumanizacji mamy obecnie na pęczki. Mondtag z łatwością znajduje współczesne symbole i mnoży je bez opamiętania. W jego „Operze…” wątki kapitalistyczne łączą się z wojennymi i kolonizacyjnymi. Jakby od nadmiaru imperialistycznych konfliktów dostał oczopląsu i nie był w stanie podjąć spójnej decyzji fabularnej. Wystarczyłoby skupić się na rządach współczesnej plutokracji. Tymczasem, w nawiązaniu do putinowskiego reżimu, obwiesza scenę literami „Z”, a do szubienicy, na deser, serwuje brytyjską królową w jej ikonicznej garsonce.

Konsekwentna jest za to scenografia. Przypomina tę z „Gabinetu doktora Caligari”, a odwołując się do klasyki niemieckiego kina ekspresjonistycznego, idealnie rymuje się z podejmowaną przez Brechta patologią społeczną. Czarno-biała, zdeformowana, o przesadnie ostrych kształtach, podkreśla wynaturzenia systemu, który, jak kręcące się bez ustanku w tle sceny koła zębate, miażdży wszystkich na swojej drodze. Kostiumy, które nie nawiązują do żadnej konkretnej epoki, również wzmacniają uniwersalne przesłanie spektaklu. Są kiczowate, puszczają oko do widza, uzupełniając groteskową wymowę songów. Rubaszna, kabaretowa choreografia pozbawia wszelkich złudzeń co do amoralnego postępowania bohaterów. Najskuteczniejsi we wzbudzaniu niechęci wśród tej cudownie odpychającej obsady okazali się Magda Grąziowska w roli Polly i Przemysław Przestrzelski jako Macheath. W ich kreacji narzeczeństwo potwornickich urobiłoby każdego. Odnieśliby przeraźliwy sukces w social mediach.

Dziękujemy!

„Opera za trzy grosze”, reż. Ersan Mondtag, fot. Magda Hueckel

W 1928 roku Brecht przewrotnie wykorzystał logikę rynku na swoją korzyść. Mieszczanie płacili krocie, by przez trzy akty pisarz mógł śmiać się z nich bezkarnie. W 2026 roku też potrzebujemy pamfletowej „Opery…”, genialnych songów autorstwa Kurta Weila, krzywego zwierciadła, które brutalnie sprowadzi nas na ziemię. Jest jednak różnica. O ile w XX wieku twórcy mogli jeszcze wierzyć w to, że wstrząsną czyimś sumieniem, o tyle współczesna adaptacja jest po prostu podszyta rezygnacją. W XXI wieku rzeczywistość przerosła nawet najśmielsze oczekiwania wybitnie uzdolnionego satyryka, jakim był Brecht.

„Opera za trzy grosze”
Bertolt Brecht, Kurt Weill
reż. Ersan Mondtag
Narodowy Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie

( Mintowe Ciasteczka )

Nasza strona korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Jeżeli chcesz dowiedzieć się jak to działa, zapraszamy na stronę Polityka Prywatności.