fot. Jakub Owczarek
fot. Jakub Owczarek

Byliśmy młodzi, o coś nam chodziło. Olga Drenda o tym, co zostało z marzeń milenialsów

( 20.07.2026 )

Jak czują się dziś milenialsi? Pokolenie cieszące się sławą „wiecznie niedorosłych” musi ustąpić miejsca kolejnemu, z przedłużającej się w nieskończoność młodości przeskoczyć w etap starzenia się. Z jakim bilansem opuszczają scenę?

„Smells like teen spirit” – tak musieli się czuć muzycy zespołów „pudel metalowych”, gdy MTV po raz pierwszy wyemitowało kawałek Nirvany. Gwoli wyjaśnienia, sama też lubię pudel metal i wiem, że po latach doczekał się sprawiedliwości, ale przez chwilę spróbujmy wyobrazić sobie, że mamy rok 1991. Cały sztafaż, który dotychczas czynił cię scenicznym idolem, nastroszone pióra, neonowe obcisłe getry, goła klata, popisowe gitarowe solówki i wideoklipy ze striptizerkami w kabriolecie, w jednej chwili z obrazu wymarzonego rockandrollowego życia przeobraziło się w żenującą komedię. Wszystko przez jakichś przymulonych drwali w swetrach, którzy zaczęli mamrotać i nisko stroić gitary. Wczoraj byłeś niedosiężnym półbogiem, dzisiaj jesteś tylko facetem w śmiesznym ubraniu. 

Tak właśnie ma się dzisiaj bycie milenialsem. Milenials to człowiek z rysunku w stylu Corporate Memphis. Ten, kto pomylił reklamę z rzeczywistością. Naiwniak, który uwierzył w to, że skoro Google posługuje się hasłem „Don’t be evil”, to wielkie firmy mogą kierować się publicznym dobrem, a nie chęcią zarobku. Który dał się nabrać, że tzw. społeczna odpowiedzialność biznesu skupia się raczej na odpowiedzialności, a nie na biznesie. Który łudził się, że deweloper pozwoli w nieskończoność prowadzić sympatyczne sklepiki na terenie dawnej fabryki, a nie, że w końcu postawi na jej miejscu pozbawiony cech charakterystycznych szary biurowiec. I w tym biurowcu, pod przygnębiającym ledowym światłem górnego kasetonu, będzie siedział ów milenials, którego szef właśnie odgórną decyzją odciął od marzenia o życiu po swojemu i zdalnej pracy z kampera, którym podróżuje po świecie.

Dziękujemy!

fot. Jakub Owczarek

Do tego smutnego bilansu zysków i strat przygrywa oczywiście odpowiednia muzyka w stylu zwanym Stomp, Clap, Hey, czyli jakby piosenka turystyczna po angielsku, tyle że zamiast księdza lub miłośnika Edwarda Stachury śpiewa i przygrywa na banjo brodaty człowiek w kapelusiku. Jeden ze sławniejszych utworów w tym stylu, Home wieloosobowej radosnej trupy Edward Sharpe and the Magnetic Zeros, niedawno powrócił w niesławie do powszechnej świadomości. Ze wszystkich propozycji nadesłanych w twitterowym plebiscycie na najgorszą piosenkę wszech czasów to właśnie ta nostalgiczno-ogniskowa wyliczanka wywołała najwięcej zamieszania. Być może oberwali zbiorowo za wszystkich kontynuatorów swojej formuły, za kolejne projekty z przytupem i tamburynem, od Mumford and Sons i The Lumineers po Dominika Dudka, które towarzyszyły co drugiej reklamie samochodów rodzinnych i telefonii komórkowej. Te ostatnie starały się zresztą podpinać pod nastrój, który można poczuć także w teledysku do Home: swobodna wyprawa w nieznane, wspomnienia zachowane na starej kliszy, życie organiczne w drewnianej chatce przy dźwiękach gitary akustycznej.

Z tym bezlitosnym werdyktem można się zgadzać lub nie, ale samej piosence warto się przysłuchać i przyjrzeć, bo wraz z teledyskiem (zarówno oryginalnym, jak i nieszczęsnym wykonaniem z cyklu NPR Music Tiny Desk Concerts, gdzie wszyscy uczestnicy przedsięwzięcia wyglądają na niezbyt przytomnych, budząc tym samym spory dyskomfort widza) chwyta dobrze pewien moment w kulturze pierwszych dwóch dekad XXI wieku. Moment, w którym pojęcia „hipster” i „milenials” nałożyły się na siebie. Przypomnijmy pokrótce, że umowna subkultura hipsterów, charakteryzująca się m.in. niechęcią do używania słowa „hipster”, narodziła się mniej więcej w połowie pierwszego dziesięciolecia i wiązała się z nowojorskim magazynem „Vice”. Miała charakter wielkomiejski, nieco snobistyczny, odznaczający się ostentacyjną, ciut obleśną dezynwolturą i stylowym niedomyciem. Później desygnatem słowa „hipster” stała się figura „miejskiego drwala” z nieodłączną brodą, włosami w koczek u panów, okularami Ray-Ban, MacBookiem i rowerem.

Dziękujemy!

fot. Jakub Owczarek

Choć nie szkodzili nikomu i wykazywali się znikomą skłonnością do agresji, elementy ich stylu życia, zwłaszcza wąskie spodnie, budziły złość postronnych. Jak to jednak często bywa, los wywinął tu zmyślny kawał i ten wyśmiewany fason dzisiaj częściej zobaczy się na nogach kibiców piłkarskich i bywalców dyskotek. Typowy hipster lubił starocie, przejawiał pretensje do znawstwa, pracował w branży kreatywnej, co pozwalało mu na nieustanne bywanie na mieście i luźny, dandysowski styl życia, zwłaszcza przed epoką Airbnb – w czasach, gdy koszty wynajmu mieszkania w centrach miast wciąż należały do przystępnych. Stopniowo hipster zdemokratyzował się, rozciągając na cały styl pokoleniowy, a samo słowo wyszło z użytku i zostało zastąpione „milenialsem”. Milenials mógł mieszkać z rodziną w małej miejscowości lub na przedmieściach, pracować w zupełnie zwyczajnym i regularnym zawodzie, w outsourcingu obsługi klienta, przy remontach lub uczyć dzieci na kursach językowych, ale lubił te same rzeczy i na miarę swoich możliwości starał się podobnie spędzać czas wolny – jeść burgery z food trucka, chodzić na lody rzemieślnicze i piwo kraftowe, oglądać seriale w streamingu, kupować płyty winylowe (teraz już w supermarkecie), a latem wybrać się na festiwal muzyczny, jeśli nie Open’er, to Męskie Granie. W pewnym momencie trudno było przeciętnemu trzydziestolatkowi ubierać się inaczej niż po hipstersku, bo największe sieciówki sprzedawały zainspirowaną tym stylem odzież. Tuniki z nadrukami i wzorzyste getry dla kobiet, podarte dżinsy i kraciaste koszule dla mężczyzn, a dla obojga – kapelusik.

*Reklama

Dziękujemy!

fot. Jakub Owczarek

Dzisiejsze starzenie się milenialsa jest dziwnym procesem, przede wszystkim dlatego, że to umowne pokolenie tak długo cieszyło się sławą „wiecznie niedorosłego”, że pod pewnymi względami postanowiło zaakceptować tę sytuację. Oczywiście, mimo podobieństw w estetyce i preferencjach, różnice w przyczynach tego stanu rzeczy między Polską a krajami zachodnimi były znaczące. W 2013 roku magazyn „Time” nazwał milenialsów „the me me me generation”, wskazując na ich zaabsorbowanie samymi sobą, skłonność do dłuższego mieszkania z rodzicami i tendencję do polegania na samodzielnej inicjatywie (zakładanie startupu zamiast typowej ścieżki kariery w firmie, czytanie blogów zamiast „Time’a”). U fundamentów tego zjawiska leżał oczywiście kryzys roku 2008, który uniemożliwił młodym dorosłym życie zgodne z dotychczas praktykowanym scenariuszem, czyli szkoła, praca, własna nieruchomość i rodzina, a potem stopniowy rozwój w jednym i tym samym zawodzie. Młodych Polaków podobna sytuacja spotkała kilka lat wcześniej, kiedy olbrzymie bezrobocie początku XXI wieku najmocniej dotknęło właśnie tę grupę wiekową. To sprawiło, że pokolenie wyżu lat 80. nie miało szans żyć ani jak ich rodzice, ani starsze rodzeństwo. Dlatego milenialskim doświadczeniem fundacyjnym był często, niezależnie od ukończonej szkoły, wyjazd do pracy za granicę i spędzenie kilku lat w programowej niestabilności, w różnych zawodach, w gronie współlokatorów i przy częstych przeprowadzkach.

Jednocześnie młodzi emigranci przywozili ze sobą oczekiwania. Kursowali między Polską znaną ze starszych zdjęć Wojciecha Wilczyka czy Andrzeja Tobisa, z bycia wiecznie pod kreską, oglądania sto razy każdej złotówki i łatania dziur starą ceratą, a możliwością normalnego życia, które właśnie odkryli, takiego, w którym pracując zwyczajnie w usługach albo zakładach produkcyjnych, można wyjechać na wakacje, zjeść na mieście czy kupić sobie nowe buty bez oszczędzania kilka miesięcy. Te słuszne oczekiwania, by móc żyć „na normalnym poziomie”, stały się zresztą jednym z motorów zmiany politycznej w 2015 roku. Na pewno jednak to, co dla zachodnich młodych dorosłych było przymusowym radzeniem sobie w niespodziewanych kłopotach, u nas przekładało się raczej na skok do góry przy wykorzystaniu umiejętności praktykowanych w Polsce od lat. Być może skłonność milenialsów do tarzania się w nostalgii, tak skrupulatnie wykorzystywana w marketingu skierowanym do tej grupy wiekowej, ma także różne przyczyny; odbiorca zachodni wraca do bezpiecznego momentu, w którym było lepiej, bogaciej i bezpieczniej, milenials polski zaś odbija sobie to, czego nie miał. Wybiera ze znacznie bardziej ponurego, uboższego krajobrazu lat 80. i 90. te elementy, które pozwalają mu przeżyć dzieciństwo, na jakie nie było go stać, te wszystkie nieodwiedzone Legolandy, niekupione oryginalne adidasy i niewypite cole, i czuje się przez chwilę jak u siebie, choć na cudzych polaroidach.

Dziękujemy!

fot. Jakub Owczarek

Za niemożnością stabilizacji poszło testowanie innych możliwości: a gdyby tak założyć własny sklep internetowy, wyprowadzić się na wieś, a może ruszyć w podróż po świecie kamperem przy dźwiękach banjo? Przykładem tego spontanicznego wyrównywania różnic w stylu życia było zjawisko szafiarek, blogerek często (choć nie zawsze) bez zaplecza finansowego czy uprzednich znajomości, za to przedsiębiorczych i twórczych. Dzięki wyprawom do ciucholandów i samodzielnemu przerabianiu ubrań potrafiły zmienić dowolną miejscowość w mały Londyn, a swoją hobbystyczną działalność w internecie – w pracę. Bo też w kryzysowym krajobrazie pojawiły się nowe możliwości, jak zarabianie na własnych treściach, wizerunku, czy próby kreowania innowacji. Niektóre miasta oferujące wciąż tanie mieszkania, wierzyły w zbawczy wpływ klasy kreatywnej, a klasa kreatywna w magiczną moc wizji, że można urządzić we właściwy i skuteczny sposób dom, miasto, ale i koniec końców własne życie i osobowość. O takich próbach mówi przebojowa książka Vincenza Latronica Do perfekcji, garść kadrów z życia pary kreatywnych specjalistów z południa Europy, którzy uwierzyli, że szczęście zagwarantuje im podążanie za modelem życia, w którym każdy stara się być oryginalny, przez co paradoksalnie staje się wyjątkowo typowy. Mieszany odbiór tej niewielkiej raczej nowelki niż powieści, która czytelnikom albo podoba się bardzo, albo wprost przeciwnie, wynika – moim zdaniem – z poczucia wspólnoty doświadczenia lub jej braku. Ci, dla których Do perfekcji to zrzut ekranu z ich własnego życia lub tego wymarzonego gdzieś w okolicach 2014 roku, traktują książkę jak osobisty rozrachunek. Ci, których to doświadczenie ominęło, postrzegają ją jako błahą i niezrozumiałą wyliczankę. Myślę sobie, że mogłaby powstać wersja dostosowana do warunków polskich, czyli z elementem łotrzykowskim, o biedujących, lecz zaradnych absolwentach, którzy zajmują się sępieniem grantów na innowacje technologiczne. Trudno oczywiście winić ludzi za pomysłowość i chęć wykorzystania danej szansy. Problem tkwi w tym, że uwierzyli, że to wszystko – budowanie własnej marki w mediach społecznościowych, przymilanie się do Doliny Krzemowej, ślepa wiara w internet i kaznodziejskie „uświadamianie ludzi” – nie będzie ich nic kosztowało. 

Wspominanie milenialskiego momentu w kulturze z uśmieszkiem zażenowania to ironia losu z jeszcze jednej przyczyny. W owym momencie na pewien czas udało się, jeśli nie zlikwidować, to zawiesić pojęcie obciachowości. Wszystko, co mogło uchodzić za niepoważne, niemodne czy brzydkie, stało się akceptowalne, jeśli tylko ktoś umiał to nosić czy praktykować z wystarczającą pewnością siebie i inicjatywą. W połączeniu z zamiłowaniem do używanych przedmiotów z przeszłości i szacunkiem oddawanym z zasady wszystkiemu, co autentyczne, organiczne i rzemieślnicze, tworzyło to cenne warunki do bycia fajnym bez wielkich pieniędzy. Dzisiaj szczególnie widoczny staje się paradoks autentyczności: gdy nadeszły czasy treści internetowych opartych na spektaklu i wypolerowanym wizerunku, wielu ludzi tęskni za ucieczką z piekła bycia postrzeganym przez bliźnich, a jednocześnie nie ma odwagi, by zachowywać się jak nieco starsi milenialscy znajomi w przypadkowo dobranych ubraniach i ostentacyjnie celebrujący swoje defekty. Do tego zresztą stopnia, że zaczęło to nieraz przypominać średnio przekonujący teatrzyk.

Dlatego doskonale rozumiem, dlaczego to właśnie piosenka Edwarda Sharpe'a i the Magnetic Zeros cieszy się mianem najbardziej denerwującej. Przez jej poczciwy, harcerski klimat prześwituje wyrachowanie, przypominające, jak szybko milenialska potrzeba autentyczności została podkupiona przez działy marketingu i promocji, starające się nadać firmom i produktom „fajne” oblicze. Cały nurt Stomp, Clap, Hey brzmi tak, jakby komponowano utwory pod reklamę telewizyjną lub czołówkę serialu, bo to dzisiaj pewniejsze źródła dochodu niż sprzedaż singla. I tę handlową motywację widać zbyt wyraźnie, te dziesiątki prób, by powtórzyć format „klipu z piłeczkami”, czyli reklamy Sony z muzyką Jose Gonzaleza. Z drugiej strony, jak bardzo nie bolałyby zęby od tej wystudiowanej spontaniczności, trzeba uszanować decyzję odbiorców i to, że utwór zaczyna wśród nich żyć swoim życiem. Zatem śmieszki śmieszkami, ale liczba komentarzy pod klipem do Home, w których ktoś mówi, że ta piosenka przypomina im dobre chwile spędzone z kimś, kto już nie żyje, daje do myślenia i heheszek powoli gaśnie na ustach, jakkolwiek by się tej piosenki nie znosiło. Wszak i reklama może realnie wzruszyć, i widocznie muzyka gwizdano-tupana wraz ze swoją sztuczną nostalgią trafiła w jakiś kolektywny czuły punkt. W samo „byliśmy młodzi, o coś nam chodziło”.

Dziękujemy!
( Sztuka ) ( Rozmowa ) ( Joanna Ruszczyk )

Nigdy bym nie pomyślała, że mój obraz może gdzieś dumnie wisieć. Rozmowa z Ant Łakomsk

Tekst został opublikowany w drugim roczniku drukowanego magazynu „Mint” (2026).

( Mintowe Ciasteczka )

Nasza strona korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Jeżeli chcesz dowiedzieć się jak to działa, zapraszamy na stronę Polityka Prywatności.