Damian Siemień / Bolesław Chromry

Byliśmy naiwni i podjarani. Rozmowa z Bolesławem Chromrym

( 12.12.2025 )

Urodziłem się w bloku i w bloku umrę. Uwielbiam „normikowe” życie, ale takie prawdziwe, zwykłe: nie że jakieś jagody z Garwolina, masło z Hajnówki i ocet balsamiczny z Piemontu, tylko zakupy w Biedronce i poczekalnia w NFZ – rozmowa z Bolesławem Chromrym.

Bolesław Chromry to jeden z najbardziej wyrazistych i rozpoznawalnych artystów młodego pokolenia – wszyscy kojarzymy jego błyskotliwe, ociekające sarkazmem rysunki opowiadające o polskiej codzienności. Od lat konsekwentnie tworzy własny, niepodrabialny język wizualny: pozornie niedbałe prace, humor podszyty melancholią i celne obserwacje o potransformacyjnej Polsce.

W swoim najnowszym komiksie Chromry zaprasza czytelników na szaloną wyprawę przez rodzinne anegdoty i legendy. Babcie, wujkowie, kuzyni i dalsi krewni – wszyscy oni pojawiają się tu jako bohaterowie o skomplikowanych charakterach, pełni wad, śmieszności i czułości. „Rzyć” to wzruszająca jazda bez trzymanki – zabawna, czasem obrzydliwa, zawsze szczera – lecz także intymna praca o pamięci, polskości i dorastaniu. Pod płaszczykiem ironii i humoru, Chromry opowiada o rzeczach ważnych.

Po co wydajesz książkę „Rzyć”? Mało ci rysowania w sieci?

Zawsze najbardziej chciałem być pisarzem. Robię to więc przede wszystkim dla siebie – żeby udowodnić sobie, że potrafię stworzyć książkę powoli, a nie „na szybko”. Bo wszystkie moje wcześniejsze publikacje – te obrazkowe wydane przez Ha-Art i ta wydana przez W.A.B – powstawały zdecydowanie za szybko. Trzy lata chodzenia na terapię sprawiły, że nauczyłem się zwalniać, pracować w innym trybie niż co miesiąc wystawa, jakaś publikacja i przede wszystkim grafiki publikowane pięć dni w tygodniu. Chciałem się też wyleczyć z osobistego FOMO.

Dziękujemy!

W książce spoglądasz w przeszłość, na swoje dzieciństwo.

Ta książka powstała z potrzeby rozliczenia się z przeszłością – ale nie w tym sensie, że rozliczam rachunki i piorę brudy. Kiedy robiłem wystawę Toksyczni ludzie dwa lata temu we wrocławskiej Galerii Krupa, to był prawdziwy magiel – bardziej w stylu Agnieszki Chylińskiej, która powiedziała „Nauczyciele, fuck off” [odbierając w 1997 roku nagrodę Fryderyki dla zespołu ONA – przyp. JK]. Myślę, że to co zrobiła, było ważnym impulsem dla mojego pokolenia. Pokazała, że można inaczej, że można pyskować. Teraz chciałem stworzyć książkę, która opowie o mnie, o mojej rodzinie, o tym, jak kształtował się Chromry, mój własny język i sposób opowiadania. To nie jest książka rozliczeniowa. Raczej jest w niej sporo czułości wobec ludzi, wokół których się wychowałem.

Twoje obrazki w sieci to szybkie reakcje i krótkie formy. Książka nie jest linearna, skaczesz w niej po wątkach i czasach – wydarzeniach, w których uczestniczyłeś i o których od kogoś usłyszałeś. Czyta się ją trochę jak terapię i spojrzenie w głąb tego, co ciebie kształtowało.

Na pewno większą funkcję terapeutyczną miała wystawa Toksyczni ludzie, gdzie wyrzuciłem z siebie ten cały brud. Było tam dużo gniewu i chęci symbolicznego odwetu na osobach przemocowych. Książka jakąś rolę terapeutyczną ma, ale nie tylko. To nie laurka dla mojej rodziny, przy czym ten projekt sprawił, że nabrałem dla niej zrozumienia i czułości. Mimo że bywało różnie i jako dziecko na pewne rzeczy nie powinienem być narażony. Ale z drugiej strony jestem bardzo wdzięczny za to, jaka była moja rodzina – byłem jedynym dzieckiem i nikt nie traktował mnie infantylnie. Byłem towarzyszem każdego z dorosłych, a było ich sporo, i każdy zabierał mnie do własnego świata. Czasami były tam jakieś hardkorowe problemy, ale nigdy nie zamykano mi oczu. Szybko wjechałem w to dorosłe życie.

Dziękujemy!

Książkę otwiera rozdział „Człowiek-pies”, to ty?

Tak, ale taki piesek do towarzystwa, kumpel, a nie pies obronny. Totalnie byłem takim psem – każdy mnie zabierał ze sobą, do pracy, do szkoły, na studia. To było dla mnie superciekawe, byłem jednym z tych dzieci, które wolą siedzieć z dorosłymi niż z rówieśnikami, bo ten świat dorosłych interesował mnie zacznie bardziej. Uwielbiałem ich słuchać. Dzięki rodzinie wyostrzył mi się zmysł obserwacji. Zawsze kochałem patrzeć i słuchać w sposób niezauważony.

Myślisz, że miałeś przez to inne dzieciństwo niż rówieśnicy?

Wydaje mi się, że przez to zyskałem narzędzia, które pozwoliły mi się uchronić przed różnymi wydarzeniami w późniejszym życiu. Wychowałem się w Nowej Hucie, w ultradresiarskich czasach. I w tej książce połowa opowieści to sytuacje, które zostały mi opowiedziane przez starszych ludzi z rodziny. Dziadek przyjechał do miasta, dostał awans społeczny, pracował na hucie, robił stal, a babcia pracowała jako masarka w masarni. Byli prostymi ludźmi, ale też bezpruderyjnymi. I te ich opowieści były strasznie stymulujące. To nie była martyrologia, tylko wiejsko-miejskie historie, kradzież jabola ze sklepu i zboczone przyśpiewki. Babcia była bezkompromisową osobą, silnym charakterem, nazywaliśmy ją pazurem.

Dlaczego uważasz, że byli wyjątkowi?

Oni byli góralami, którzy… nienawidzili górali. Babcia i dziadek mieli po ośmioro, dziewięcioro rodzeństwa, część została na Podhalu, a część wyjechała do Krakowa. Łamali wszystkie stereotypy, które kojarzą nam się z dziadkami. Do tego dochodzą dziadkowe „Twoje weekendy” do oglądania i babcia, która otwarcie mówiła o seksie. Mieli w sobie dziką chęć życia, której oczywiście nigdy w pełni nie zrealizowali – byli niedobranym małżeństwem, mieli własne demony. Ale ta dzikość absolutnie przeszła na mnie. I totalnie czuję się dzieckiem właśnie tych dziadków. Bo nie da się nawiązać głębokiej więzi ze wszystkimi. Już samo to, że miałem ją z kimś, jest osiągnięciem.

Wychowałem się w domu, w którym była totalna przewaga kobiet, i każda z nich miała silny charakter. Mężczyźni byli przez nie zdominowani. Mój ojciec akurat jest osobą, która jest jedyną oazą spokoju w tej rodzinie, a cała reszta to były same dynamity. No i ja jestem chyba taką sumą, wypadkową tego trotylu.

W twojej książce wiele osób może odnaleźć własne wspomnienia – te rodzinne, kulturowe, codzienne drobiazgi, które nas kształtują. Scenki, które tworzysz, pokazują wspólne doświadczenia, ale nie tworzą obrazu „idealnego dzieciństwa”.

Ciotka z problemami psychicznymi, dziadek, który pije, babcia, która go bije – to są historie, które mogą wydarzać się wszędzie. Dzięki temu, że cała rodzina zawsze mnie wspierała, przetrwałem. Od nich nauczyłem się, że nie można ani się poddawać, ani iść  na kompromisy. Dziś już wiem, że moje pyskowanie, mój niewyparzony język i niechęć do autorytetów nie muszą prowadzić do życiowego rynsztoka. A przecież w gimnazjum nauczyciele typowali, że pójdę zamiatać ulice albo siedzieć. Myślę, że wiele osób z ADHD często słyszy takie diagnozy w szkole.

I to właśnie dzięki temu jestem dziś tym, kim jestem – i dzięki temu mogłem wydać tę książkę. Bo paradoksalnie, mimo że to nie był dom spokojny, ani „dobry”, ani „zły”, tylko „z problemami” – to dla mnie był oazą. Miejscem, w którym czułem się bezpiecznie.

Dziękujemy!

W książce przemycasz sporo popkulturowych odniesień – Vivę, Big Brothera, Backstreet Boys, „Twój Weekend”, Nirvanę, Erę z „Ameno”, „Keine Grenzen” Ich Troje lub wspomnianą Chylińską. To codzienność pokolenia wychowanego w latach 90.

Bo mam pamięć obrazkową, muzyczną i zapachową – to są moje najmocniej rozwinięte zmysły. A poza tym cała moja twórczość opiera się na odwołaniach popkulturowych i życiowych: do produktów spożywczych, telewizji, emocji, do całego spektrum kultury, ale też do jej „chlewu”, jak pornografia czy freak MMA. Uważam, że to najlepiej opisuje współczesnego człowieka – i z tego czerpię inspiracje.

Dziękujemy!
( Arek Kowalik )

Kultura obowiązkowa, 16–22 września

Moja mama miała dwie siostry, mieszkały w innych pokojach. Lidka słuchała ambitnej muzyki, była bardziej grunge’owa, cała w zamszu: Nirvana, Laurie Anderson, Nick Cave – totalnie zajebiste rzeczy. A w drugim pokoju Iwona słuchała Ace of Base, Mr. President, Dr. Albana, całego cudownego eurodance’u. Dziadek z kolei podkochiwał się w Violetcie Villas. A końcówka lat 90. to był czas, kiedy każdy robił sobie wieżę segmentową, z której puszczał płyty. Wydaje mi się, że to ukształtowało moją eklektyczność – i to, że dziś cenię Laurie Anderson tak samo jak Ace of Base. Uważam, że najgorsze, co można robić, to sztucznie oddzielać kulturę wysoką od niskiej.

Jak dziś patrzysz na lata 90. i wczesne dwutysięczne? Czy z perspektywy czasu wydają ci się wyjątkowym okresem?

Nasze życie rozpięte było między kilkoma epokami: urodziłem się jeszcze za komuny, a moje dzieciństwo przypadło na pierwszą falę dzikiego kapitalizmu. Widziałem to przez pryzmat sklepów, które naprawdę mnie fascynowały. Nie lubiłem tych „za ladą”, gdzie ekspedientce trzeba powiedzieć, co się chce kupić. Jak tylko pojawiły się pierwsze sklepy samoobsługowe z koszykami, były dla mnie jak świątynie. To zbiegło się z ekspansją zachodnich marek w Polsce: jogurty owocowe, gorące kubki, zupki instant, chipsy z naklejkami – to był szalony czas marketingu. Wcześniej chodziło się z rodzicami do cukierni Ambrozja na bitą śmietanę z ananasem z puszki – smak luksusu. Później przyszła era hipermarketów, które teraz z kolei są zamykane jeden po drugim.

I jeszcze internet – gdy poczułem, czym może być, stał się absolutnym marzeniem. Dopiero w liceum pojawił się u mnie w domu. Pierwszy wieczór spędziłem, ściągając piosenki z eMule tak intensywnie, że komputer się zawiesił i przez dwa tygodnie ojciec próbował go naprawić. A dziś? Jesteśmy dorosłymi ludźmi, którzy marzą, żeby odciąć internet, mimo że to najważniejszy wynalazek naszego życia. Śmiercionośny i genialny jednocześnie.

Dziękujemy!

Myślę o twojej książce także w kontekście „duchologii”, o której pisała Olga Drenda – tej dziwnej, kolorowej epoki lat 90. I zastanawiam się: czy widzisz te lata podobnie? Bo w przeciwieństwie do czasów przed komuną naszych rodziców i dzisiejszego „pełnego rozpędu” XXI wieku, były dziwacznym momentem przejścia.

To były niewinne czasy. Jesteśmy dziećmi wczesnego kapitalizmu. Rodzice chcieli dla nas jak najlepiej i powtarzali to, co mówił im świat: że najważniejsze jest wykształcenie, że to da gwarancję życia. Dziś odchodzimy od kultury zapierdolu, ale wtedy innego modelu nie było.

I właśnie przez to, że dorastaliśmy w latach 90., kiedy wyjazd za granicę był czymś totalnie ekscytującym, dziś doceniam możliwość odkładania kasy i latania, gdzie chcę. Doceniam to, że świat stoi otworem – te wszystkie możliwości, których jako dzieci nie mieliśmy. Erasmus, wyjazdy, mobilność – młodsi od nas tego nie doceniają, bo dla nich to oczywiste, oni się z tym urodzili. Byliśmy też pierwszym pokoleniem, które weszło w dorosłość w realiach późnego kapitalizmu i korporacji.

Tak, to miało swoją cenę.

Gdy pracowałem w agencjach, po siedmiu latach byłem tak wypalony, że dwa lata siedziałem w domu i zastanawiałem się, co ze sobą zrobić. Ale może właśnie dlatego, że mieliśmy mniej, że większość z nas wychowywała się w domach niebogatych, ale prostych – gdzie nie było ani biedy, ani luksusu – nosiliśmy w sobie różne kompleksy, zwłaszcza gdy inni jeździli za granicę. A teraz – serio, mówię jak stary dziad – kiedy byliśmy z moją partnerką Magdą w Hiszpanii, siedziałem i myślałem: „Boże, jakie to jest zajebiste, że możemy tu być”. W dzieciństwie nie mieliśmy świadomości, że w dorosłym życiu będziemy mogli polecieć na kilka dni do Hiszpanii – i to nie za miliony monet. A świat poszedł w takim kierunku, że paradoksalnie to wyjazd w Polskę kosztuje miliony.

Byliśmy pomiędzy, w dekadzie przejścia. Z niej pochodzą nasze kody kulturowe: Flipsy, Viva, wychodzenie na podwórko i internet na modem. To wszystko nas ukształtowało.

Wiele osób, które dorastały w realiach Nowej Huty, o dziwo później nie poszło w Patolandię – przeciwnie, szybko się ustatkowały, założyły rodziny, kupiły mieszkania. Ale ja od początku wiedziałem, że taki „normalny” model życia mnie nie interesuje.

To pewnie też kwestia ADHD – pielęgnuję w sobie to dziecięce, młodzieńcze podniecenie życiem, taką potrzebę, żeby się czymś jarać. Mam w sobie coś z „człowieka pod choinką”, który żyje oczekiwaniem na coś fajnego, nawet jeśli to jest city break zaplanowany za pół roku. Dla mnie to jest sposób na przetrwanie: mieć coś, na co czekasz. Myślę, że większość ludzi jednak prowadzi inne życie, co też jest spoko. Ja po prostu jestem stereotypowym artystą, lewakiem z żoną artystką, bez dzieci, „psim tatą”, żyjącym trochę w bańce. A jednocześnie mam świadomość tej bańki i dzięki rodzinie mam dużo oczu i uszu, żeby obserwować też inne światy. Urodziłem się w bloku i w bloku umrę. Uwielbiam „normikowe” życie, ale takie prawdziwe, zwykłe: nie że jakieś jagody z Garwolina, masło z Hajnówki i ocet balsamiczny z Piemontu, tylko zakupy w Biedronce i poczekalnia w NFZ.

Dziękujemy!

To jak to zrobiłeś, że nie dałeś się zwariować?

Pracuję w TVP. Warunki są skromne, ale czasem przyjeżdżają po mnie samochody oklejone logiem TVP. Kierowca stoi i czeka pod wejściem, a ja wtedy myślę: „Kurwa, to o jeden krok za daleko”. Ale z drugiej strony – nikt mi nigdy nie dał odczuć, że to niewłaściwe. I właśnie tutaj, na Pradze, znalazłem coś, co przypomniało mi o dziadkach w Nowej Hucie.

Co takiego?

W Nowej Hucie było tak: nasi dziadkowie dostali mieszkania z przydziału, siedzieli na ławkach, gadali, czasem się odwiedzali – pełna komitywa. Ale ich dzieci, czyli nasi rodzice, już nie utrzymali tego klimatu. U mnie to wyglądało tak, że sąsiedzi właściwie się nie znali. Prawie nikt nie mówił sobie „dzień dobry”, jakby w reakcji na to, żeby uniknąć plotkowania pod blokiem. Mieszkałem potem w kilku miejscach w Krakowie i ani razu nie zamieniłem z sąsiadami słowa. Zero relacji, zero wspólnoty.

A kiedy wprowadziliśmy się na warszawską Pragę – i to pewnie nie tylko zasługa psa, którego wyprowadzamy – poczułem równowagę. Tu ludzie naprawdę ze sobą gadają, ale nikt nigdy nie przekracza tej granicy wścibstwa: nie pyta, ile zarabiasz, kim jesteś, co robisz. I to jest dokładnie to, czego mi brakowało, bo moi dziadkowie właśnie tak żyli. Rozmawiali z sąsiadami. Ja w ogóle mam vibe „baby pod blokiem”. Uwielbiam obserwować ludzi z okna, z psem u boku. Pozdrawiam moją babcię z zaświatów.

( Mintowe Ciasteczka )

Nasza strona korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Jeżeli chcesz dowiedzieć się jak to działa, zapraszamy na stronę Polityka Prywatności.