Christopher Nolan rozumie „Odyseję” lepiej niż jego krytycy. Recenzja filmu
( 18.07.2026 )
Christopher Nolan zrozumiał niedoskonałość zakończenia „Odysei” Homera. Już od starożytności uczeni twierdzili, że z końcówką jest coś nie tak. Niewykluczone, że sam poeta albo ktoś po nim dopisał do pierwotnego końca dodatkowe sceny, które w nieco wymuszony sposób rozwiązują akcję eposu.
Matt Damon, główny odtwórca głównej roli w filmie Christophera Nolana, grał już kiedyś Homerowego Odysa. Niepozornego z wyglądu everymana, który okazuje się niepokonanym wojownikiem i mistrzem wszelkich sztuk walki, Odysa tułacza po morzach i lądach, przebiegłego superszpiega znajdującego wyjście z każdej pułapki (nawet ten wątek znajdujemy już w „Odysei”). Ale też Odysa beznadziejnie zagubionego, wciąż poszukującego drogi do domu, a przede wszystkim desperacko szukającego prawdziwego siebie. Jason Bourne z sensacyjnej serii sprzed ćwierćwiecza („Tożsamość Bourne’a”, reż. D. Liman, 2002) to jednak Odyseusz młody, dziarski i pełen werwy. Teraz Matt Damon dostał szansę przepisania tamtej roli, wobec czego wziął na barki ciężar dojrzałości Odysa.
„Odyseja” w Atenach
Obejrzałem „Odyseję” Nolana w dniu jej premiery w ateńskim IMAXie (nigdy więcej! dla mnie zbyt głośno), ciekawy nie tylko filmu, ale i reakcji greckiej publiczności. W Grecji – oprócz internetowych awantur o kolor skóry Heleny Trojańskiej – toczą się zaciekłe debaty na temat adaptacji Nolana. Po pierwsze, w filmie brak greckich aktorów, choć przecież bohaterowie Homera byli Grekami! Po drugie, reżyser szarga narodowe świętości. Argumenty w tej sprawie, jak łatwo się domyślić, były dokładnie takie same jak prewencyjne pretensje „obrońców zachodniej cywilizacji” na całym świecie. Bo dla Greków, mówiąc z pewną tylko przesadą, to ich własna, ojczysta cywilizacja, do której prawo uzurpuje sobie dzisiaj wielu barbarzyńców na całym świecie. Po seansie rozległy się oklaski, ale nie było burzliwej owacji. Przyjęcie filmu wydało mi się letnie, choć produkcja na pewno nie potwierdziła obaw greckich krytyków. Ze wspomnianych globalnych „obrońców” Homera Nolan zresztą zakpił sobie okrutnie. Ale tych elementów fabuły nie warto zdradzać.
Na wstępie powiem, że nie widziałem i pewnie już nie zobaczę wierniejszej ekranizacji Homera. Wiernej nie tylko – do pewnego momentu – treści „Odysei”, ale przede wszystkim jej głębszym sensom. Reżyser, a zarazem autor scenariusza, wyruszył w długą i trudną wędrówkę po solidnych naukowych interpretacjach eposu. Widać, że przygotował się o niebo lepiej niż wielu filmowych krytyków oceniających jego dzieło.
Z zażenowaniem słucham zgodnego chóru autorów poważnych światowych mediów (ostatnio choćby „New Yorkera”) zarzucających Nolanowi odarcie utworu z magii i cudowności, np. przez usunięcie olimpijskich bogów z fabuły. Otóż dokładnie to samo robi Homer! Inaczej niż współcześni mu i późniejsi greccy poeci, oddziela on nadprzyrodzoną sferę poematu od ludzkiej, żeby podkreślić samotność bohatera i tragizm jego losu. Gniew Posejdona, owszem, prześladuje Odysa, ale bohaterowie poematu nie widzą swoich bóstw, nie spotykają się z nimi osobiście, a na pewno nie obcują z nimi cieleśnie i nie płodzą z nimi dzieci. Tak dzieje się w całej greckiej i później europejskiej tradycji, ale nie u Homera! Nieliczne wyjątki następują wtedy, gdy bogowie postanawiają ukazać się śmiertelnikom w ludzkim przebraniu. Tym motywem Nolan skądinąd bawi się w filmie doskonale. Owszem, Matt Damon ma swoją opiekuńczą Atenę, Zendayę, z którą przez większość czasu komunikuje się pozawerbalnie. Szkoda może, że nie przez cały film. Ale, dokładnie jak u Homera, tylko on może ją dostrzec.
„Odyseja”, reż. Christopher Nolan, mat. prasowe
Kto tu jest anachroniczny?
Czytelnicy być może zdziwią się, czytając powyższe zdania. Przecież „Odyseja” to właśnie przeróżne cudowności! Cyklop Polifem, gigantyczni Lajstrygonowie, czarodziejka Kirke, potworne Scylla i Charybda! Istotnie. Ale u Homera wszystkie te motywy pojawiają się wyłącznie w opowieściach Odysa, o którym od samego początku wiemy, że prawdomówność nie jest jego największą cnotą. Co więcej, nawet w samym utworze widać, że cudowne opowiadania herosa budzą wątpliwości niektórych słuchaczy. Tam właśnie, w żeglarskich obrazach Odyseusza, biją źródła europejskiej teorii fikcji literackiej. Na pewno kwestionowano wiarygodność przygód, których doświadczył Odys. Nolan ujmuje to nieco inaczej. Zdradzając trochę z treści filmu, powiem tylko, że wszystkie nadludzkie potworności tułaczki Odysa reżyser składa na karb… amnezji i wyobraźni bohatera, który w myślach nieustannie wraca do przeszłości. Raz jeszcze Jason Bourne okazuje się w prostej linii spadkobiercą Homera.
Drugi ważny temat internetowych awantur poprzedzających premierę filmu to kwestia jego historycznej wierności. Detali takich jak kształty tarcz lub hełmów. To oczywiście fundamentalne nieporozumienie. Homer budował swoją wizję dawnych, wielkich heroicznych czasów z elementów pamięci historycznej wciąż żywej w jego epoce – korzystał z każdego materiału, jaki był mu dostępny. W jego eposach wiele jest więc niespójności czy anachronizmów. Poeta nie miał pojęcia, że wydarzenia, które przedstawia, działy się „naprawdę” w mykeńskiej epoce późnego brązu. To my w ten sposób postrzegamy domniemane tło historyczne opowieści, z których przez wieki zrodziła się tradycja o wojnie trojańskiej. Wszelkie zarzuty o anachroniczność eposu Homera czy filmu Nolana, same w sobie są anachroniczne, bo wynikają z niezrozumienia, jak działała społeczna pamięć przekształcająca odległe echa historycznych wydarzeń – a przede wszystkim z niezrozumienia, jak działa poezja. Po prostu. Pomijając już fundamentalny problem, że nie jesteśmy pewni historyczności samej wojny trojańskiej w tym sensie, że nie wiemy, czy jakikolwiek Grek (dokładniej biorąc: mykeński Achaj) przyłożył rękę do podboju tego miasta w późnej epoce brązu.
To powiedziawszy, muszę przyznać się do jednej małej satysfakcji. Dla moich własnych potrzeb opracowałem test, któremu poddaję wszystkie filmy osadzone w antyku. Nazywam go „testem strzemienia”, bo dopiero w bardzo późnej starożytności do Europy dotarła umiejętność używania strzemion, co ogromnie ułatwiło jazdę konną. Do pewnego momentu test mój zdawał wspaniały serial HBO „Rzym”, w którym Cezar jeździ bez strzemion. Aż do tragicznej chwili, gdy oddział rzymskiej kawalerii paraduje w strzemionach. Równie bolesna jest dla mnie scena z ostatniego „Indiany Jonesa”, w której w strzemionach jedzie konno sam Archimedes. Na szczęście dzieje się to na sam koniec filmu. Gdy widzę taką scenariuszową fuszerkę, odwracam wzrok i przestaję oglądać. Otóż spieszę Państwa uspokoić: Christopher Nolan jest świadom tego fundamentalnego problemu i nie pozwala swoim aktorom na takie anachronizmy.
„Odyseja”, reż. Christopher Nolan, mat. prasowe
Z końcówką jest coś nie tak
To jednak, niestety, wszystko, co mogę naprawdę docenić w nowej „Odysei”. Odnoszę nieodparte wrażenie, że na którymś etapie pracy producentom albo studiu filmowemu zaczęło się spieszyć. Mniej więcej w dwóch trzecich rzecz zaczyna przyspieszać, by w serii dość absurdalnych, wysilonych i niepotrzebnie niehomeryckich scen dobiec jak najszybciej do rozwiązania akcji. Być może tak właśnie wyglądają smutne realia współczesnego przemysłu filmowego, a Nolan poddał się jego logice. Podejrzewam, że aby zrealizować swoją wizję „Odysei”, musiałby nakręcić film o godzinę dłuższy. Wątpię, że zniosłaby to jego światowa, a nawet grecka publiczność.
Na koniec filmu jednak wraca Nolan ze swoją prawdziwą „Odyseją”, ze znakomitym Mattem Damonem w roli starego, boleśnie dojrzałego Odysa, który odnajduje drogę do domu, lecz płaci za to ogromną cenę. Dla mnie alternatywą dla niemożliwego czterogodzinnego filmu byłaby „Odyseja” złożona wyłącznie ze scen z udziałem tego aktora. To jego film. Nawet jeśli grająca Penelopę Anne Hathaway w finale patrzy na niego oczami o rozmiarach całego Morza Egejskiego, w których bohater niemal tonie.
Najciekawsze być może jest to, że Christopher Nolan doskonale zrozumiał niedoskonałość zakończenia „Odysei” Homera. Już od starożytności uczeni twierdzili, że z końcówką jest coś nie tak. Niewykluczone, że sam poeta albo ktoś po nim dopisał do pierwotnego końca dodatkowe sceny, które w nieco wymuszony sposób rozwiązują akcję eposu. Film próbuje to naprawić, proponując własną wizję dalszego losu Odysa i Penelopy. Tam Nolan znów bierze na siebie ciężar opowiadania prawdziwej „Odysei”.
W ostatniej „kanonicznej” części serii („Ultimatum Bourne’a”, reż. P. Greengrass, 2007) starszy już i doświadczony Jason Bourne, poznawszy prawdę o sobie i pozbywszy się najbardziej zaciekłych prześladowców, znika, odpływając w mroczną pustkę Rzeki Hudsona. „Odyseja” Nolana kończy się zupełnie inaczej. Ale warto pamiętać o tym wcześniejszym, młodym Odysie Matta Damona. Być może bez niego nie byłoby Odyseusza AD 2026.
„Odyseja”, reż. Christopher Nolan, mat. prasowe
„Odyseja”
reżyseria: Christopher Nolan
premiera: 17 lipca 2026 17 lipca 2026
dystrybutor: Universal Pictures