() Patronat
Ciała w ekspozycji. Polska Platforma Tańca 2026 we Wrocławiu
( 14.09.2026 )
Taniec najczęściej znika wraz z ostatnim ruchem. Polska Platforma Tańca przypomina jednak, że choreografia potrafi być jednym z najcelniejszych narzędzi opowiadania o współczesności. Tegoroczna edycja we Wrocławiu zamieni miasto w przestrzeń ruchu – od scen teatralnych po park i galerie – a dziewięć spektakli wybranych przez międzynarodowe jury pokaże, jak polski taniec mierzy się dziś z pamięcią, ciałem, technologią, wykluczeniem i wspólnotą.
Na cztery dni – od 17 do 20 września – Wrocław stanie się miejscem, które połączy polską i międzynarodową scenę tańca współczesnego – spotkają się tu osoby artystyczne, kuratorskie, producenckie, krytycy i krytyczki oraz oczywiście publiczność. Po raz kolejny Polska Platforma Tańca zamierza stać się wizytówką polskiej sztuki taneczno-ruchowej. Dziewięć spektakli zaplanowanych w programie głównym zaprezentuje to, co w polskiej choreografii najciekawsze, najbardziej oryginalne i gotowe na wpuszczenie w międzynarodowy obieg. To szansa dla artystów na zaproszenia od zagranicznych instytucji, festiwali i teatrów. W ciągu tych czterech dni będą odbywać się też liczne warsztaty, pitchingi, spotkania branżowe, speed dating, performatywne kolacje i imprezy towarzyszące.
Maria Opałka z Narodowego Instytutu Muzyki i Tańca tłumaczy, że Platforma pełni kilka równoległych funkcji. Jest wydarzeniem artystycznym, ale także narzędziem polityki kulturalnej, sposobem budowania widoczności polskiego tańca współczesnego i pośrednikiem w nawiązywaniu międzynarodowych relacji. Jej instytucjonalne finansowanie umożliwia planowanie z wyprzedzeniem – co w polskim tańcu niezależnym jest właściwie luksusem.
Dodaje też wprost, że dziewięć spektakli programu głównego to wybór konkursowy dokonany przez międzynarodowe jury złożone z osób z Litwy, Francji, Włoch, Bułgarii i Japonii. Jedno z kryteriów stanowił potencjał międzynarodowy: mobilność spektaklu, wielkość zespołu, scenografia, estetyka, tematyka, sposób pracy z ruchem i możliwość zainteresowania zagranicznych kuratorów czy producentów. Jest to więc tylko fragment polskiej sceny – świadomie wykrojony, lecz subiektywny. Do Wrocławia przyjedzie ponad 150 gości związanych z międzynarodowym obiegiem tańca – krytyczek i krytyków, kuratorek i kuratorów, przedstawicieli instytucji.
Marek Gluziński, kurator programu towarzyszącego i współtwórca Wrocławskiej Inicjatywy Tanecznej, mówi o polskiej choreografii jeszcze szerzej. Jego zdaniem taniec przez lata musiał walczyć o uznanie go za dziedzinę sztuki, a nie tylko aktywność fizyczną czy element teatru. Choreografia stała się dla niego narzędziem emancypacji, a ciało artystki czy artysty zawsze pozostaje uwikłane w politykę, system i społeczne oczekiwania.
Warto też zauważyć, że polska scena rozwija się twórczo w warunkach, które trudno porównać z zachodnioeuropejskimi. Niezależne artystki i artyści pracują przy wielu projektach jednocześnie, piszą granty, uczą, podejmują inne prace i niewiele czasu pozostaje im na praktykę czy research. Brakuje stabilnej infrastruktury i menedżerów, którzy mogliby przejąć część obowiązków. Nie istnieje system, który pozwalałby, by niezależna osoba mogła przez dłuższy czas poświęcić się tylko tworzeniu spektakli, a tym bardziej jednego spektaklu!
Ale to właśnie z tej niestabilności powstają prace, które mogą rozmawiać ze światem.
Dlatego nie bez znaczenia jest, że Platforma przyjeżdża właśnie do Wrocławia. Miasto ma długą historię sztuk performatywnych: Jerzy Grotowski i Teatr Laboratorium, Henryk Tomaszewski i Wrocławski Teatr Pantomimy, festiwale teatrów otwartych, eksperymentalne praktyki pracy z ciałem, a także Pomarańczowa Alternatywa i jej uliczne akcje. Gluziński uważa, że w ostatnich latach część tej awangardowej tradycji została przesłonięta przez logikę wielkich wydarzeń i masowej kultury. Platforma może być jednym z narzędzi, dzięki którym eksperyment i choreografia znów staną się istotną częścią miejskiej polityki kulturalnej.
Dlatego obok międzynarodowego showcase’u istnieje „Wrocław tańczy!” – znacznie szerszy, oddolny projekt, który trwa od kwietnia do września 2026. Od kwietnia odbywają się potańcówki, warsztaty, pokazy, spektakle i filmy, a przez całe wakacje do końca sierpnia działał bezpłatny parkiet w centrum miasta. Można było przyjść na jam, nauczyć się tańczyć albo po prostu popatrzeć. W programie uwzględniono różne środowiska: od teatru fizycznego i baletu przez street dance i tańce ludowe po latino czy country.
To ważne rozróżnienie. Platforma pokazuje wybrany fragment polskiej choreografii światu. „Wrocław tańczy!” włącza Wrocławian we wspólne świętowanie tanecznych tradycji i praktyk tego miasta.
17 września, podczas otwarcia Platformy, Maria Stokłosa pokaże premierowo spektakl przygotowany z siedmiorgiem wrocławskich performerek i performerów wyłonionych w otwartym naborze. To projekt laboratoryjny, zbudowany wokół badań ruchowych, improwizacji i świadomości ciała. Stokłosa nie przyjechała do Wrocławia z gotowym spektaklem. Tworzy go razem z grupą, właściwie pozwalając, by forma wyłoniła się z procesu.
„Ekspozycje”, chor. Maria Stokłosa, work in progress w Brzezince, fot. Magdalena Cydzik
To ważny gest, dosyć nieoczywisty dla niej, bo sama choreografka ma ambiwalentny stosunek do Platformy. Z jednej strony widzi w niej szansę na spotkanie środowiska – ludzi pracujących w różnych częściach Polski, którzy często znają się przede wszystkim z Facebooka czy Instagrama, a tutaj mogą wreszcie poznać się na żywo. Z drugiej strony Platforma jest rodzajem wydarzenia branżowego: spektakle mają zostać zobaczone, artyści poznani, kontakty nawiązane, a przedstawienia potencjalnie „sprzedane” dalej. Problem w tym, że polska scena tańca jest znacznie większa niż dziewięć wybranych prac. Platforma nie pokazuje więc jej pełnego obrazu, a tylko cząstkę możliwości.
Stokłosa nazywa swoją premierę „ekspozycją” i właśnie w tym słowie kryje się ciekawa sprzeczność. Co właściwie znaczy pokazać ciało? Co znaczy wystawić na widok proces, który z natury rzeczy potrzebuje czasu, niepewności i prawa do pomyłki? I czy ciało może być jednocześnie eksponowane i uważne, oceniane i wolne?
„Chcę zobaczyć ciała, które tańczą, które podejmują decyzje, które są razem” – mówi Stokłosa. Interesuje ją to, czy podczas występu ciało nadal może czuć i reagować, kiedy jednocześnie wie, że jest obserwowane. Jej spektakl ma być bardziej kontemplacyjny, niestabilny, pełen improwizacji, bliższy momentami work in progress niż perfekcyjnie wypolerowanemu produktowi.
To zresztą jeden z ciekawszych tematów, które można znaleźć w tegorocznej Platformie: napięcie pomiędzy produktem a procesem.
W „Glory Game” kolektywu Sticky Fingers Club choreograf Dominik Więcek przygląda się relacji między sportem, teatrem i kinem. Punktem wyjścia są pierwsze nowożytne igrzyska olimpijskie oraz narodziny kinematografu – moment, w którym ciało sportowca zaczęło być coraz bardziej podporządkowane spojrzeniu widza i kamery. Na scenie ciała biegaczy zostają spowolnione, niemal rozłożone na pojedyncze klatki. Zamiast odległego stadionu dostajemy intymność sceny.
„Glory Game”, chor. Dominik Więcek, fot. Pat Mic
„who cares” w choreografii Agnieszki Brzezińskiej i wykonaniu Katarzyny Leszek idzie w przeciwnym kierunku: bierze na warsztat ciało już całkowicie świadome aparatu i społecznego spojrzenia. To katalog póz, które znamy z mediów społecznościowych – próbujemy znaleźć właściwe ujęcie siebie, ten jeden obraz, który najlepiej odpowie na pytanie, kim jesteśmy. Ale pomiędzy kolejnymi „idealnymi” kadrami pojawia się zawahanie, wycofanie, niepewność. To właśnie tam ciało przestaje być produktem dla spojrzenia.
„who cares”, chor. Agnieszka Brzezińska, fot. Damian Dragański
W „Kocham balet” Ramona Nagabczyńska wraca do własnej edukacji baletowej i do systemu, który przez lata kształtował ciała tancerek. Wraz z Aleksandrą Borys, Karoliną Kraczkowską i Izą Szostak ogląda balet z dystansu – nie po to, żeby go odrzucić, ale żeby zobaczyć, co zostaje po wyjściu z point i tiulowych spódniczek. To opowieść o budowaniu własnego języka poza systemem, który wcześniej narzucał swój język.
„Kocham balet”, chor. Ramona Nagabczyńska, fot. Pat Mic
Podobny gest wykonuje Wojciech Grudziński w „Threesome/Trzy”. Pracując z biografiami Stanisława Szymańskiego, Wojciecha Wiesiołłowskiego i Gerarda Wilka, choreograf spotyka się z duchami poprzednich pokoleń polskiego tańca. To próba odbrązowienia historii, ale też queerowego przejęcia dziedzictwa, które nie zawsze pozwalało mówić o własnej tożsamości.
„Threesome/Trzy”, chor. Wojciech Grudziński, fot. Maurycy Stankiewicz
Marta Kosieradzka i Marta-Luiza Jankowska w „The Spell” inspirują się twórczością Louise Bourgeois. To, co w galerii pozostaje nieruchome – rzeźba, organiczna forma, hybryda człowieka i fantastycznego stworzenia – tutaj zostaje wprawione w ruch.
„The Spell”, chor. Marta Kosieradzka i Marta Luiza Jankowska, fot. Yassiek Stochastic
Spektakl „Rooms by the Sea. Ćwiczenia w słuchaniu” Joanny Leśnierowskiej przenosi uwagę z pojedynczego ciała na relację. Autorkę interesuje przestrzeń pomiędzy „ja”, „ty” i „my” – dystans, bliskość, odpowiedź na ruch drugiej osoby. W tym przypadku choreografia staje się przede wszystkim praktyką słuchania: obserwowania, reagowania i sprawdzania, co wydarza się pomiędzy ciałami, zanim jeszcze pojawi się gotowa forma. To taniec, który nie tyle opowiada o relacji, ile pozwala wydarzyć się jej na scenie.
„Rooms by the Sea. Ćwiczenia w słuchaniu”, chor. Joanna Leśnierowska, fot. Klaudyna Schubert
Najtrudniejszy temat podejmują dwa spektakle, które powstały w 2024 roku w odstępie zaledwie kilku miesięcy: „Rapeflower” Hany Umedy oraz „To bitch or not to bitch” kolektywu Hertz Haus. Oba dotyczą doświadczenia gwałtu, ale pokazują je z różnych perspektyw. Umeda wychodzi od własnej traumy i wpisuje ją w szerszą historię kobiet, między innymi poprzez tradycyjny japoński taniec jiutamai oraz prace artystek takich jak Artemisia Gentileschi. Spektakl staje się opowieścią nie tylko o przemocy, ale również o jej przepracowaniu. Z kolei Hertz Haus sięga po poemat „Gwałt na Lukrecji” Szekspira i przygląda się śladom, jakie przemoc zostawia w ciele i psychice, oraz temu, co dzieje się z doświadczeniem przemocy, kiedy zostaje przeniesione na scenę. Twórczynie interesuje również granica między tym, co można pokazać, a tym, czego nie powinno się oglądać. To pytanie o samą możliwość reprezentacji: czy ciało może opowiedzieć o przemocy, nie stając się po raz kolejny jej obiektem?
„Rapeflower”, chor. Hana Umeda, fot. Pat Mic
Ostatnim w programie jest „WoW” Marty Wołowiec w wykonaniu Karoliny Pewińskiej i Tomasza Pomersbacha – spektakl o choreomanii, zbiorowym szale tańca, ale też o przyjemności, ekstazie i uwolnieniu. Taniec może tu być niemal supermocą: czymś, co pozwala na chwilę wyjść poza blokady własnego ciała i psychiki.
W tym zestawie powracają więc ciało, pamięć, przemoc, tożsamość, relacja, spojrzenie, przyjemność. Ale również coś jeszcze: potrzeba odzyskania własnego języka.
„WoW”, chor. Marta Wołowiec, fot. Rafał Skwarek
Nie można tu pominąć Piny Bausch – a właściwie jej dziedzictwa, którego można będzie dotknąć podczas tegorocznej Platformy. Obok polskich spektakli będzie można zobaczyć zagraniczny „My Home, No Home” Nazareth Panadero i Michaela Streckera, tancerzy legendarnego Tanztheater Wuppertal. Ich opowieść przesuwa pytanie o taniec jeszcze dalej: od tego, co można pokazać, ku temu, co można przeżyć i z czego dopiero można zbudować formę.
W pracy Bausch tancerz nie był jedynie wykonawcą ruchu. Do studia wnosił własne historie, emocje i doświadczenia. Ta perspektywa pozwoliła też inaczej myśleć o starzeniu się ciała. Panadero ma dziś 71 lat, Strecker – 60. „Nie mamy mniej możliwości. Mamy inne możliwości” – mówi Panadero. Ciało nie jest więc maszyną, która z czasem traci wartość, ale materiałem, który się zmienia.
„My Home, No Home” wyrasta z pytań o dom, bezpieczeństwo i utratę. Strecker mówi o świecie, w którym coraz trudniej mieć poczucie, że jakiekolwiek miejsce jest naprawdę bezpieczne – o Ukrainie, Palestynie, rosnącym w całej Europie zagrożeniu związanym z nasilającymi się nastrojami neofaszystowskimi.
Stąd pytanie: czy można jeszcze coś zrobić, kiedy świat się rozpada? Odpowiedź nie przychodzi w postaci gotowej tezy. Przeciwnie – spektakl wychodzi od tego „nie wiem”. Metoda Bausch szczególnie mocno rezonuje z premierą Marii Stokłosy. Zamiast z góry wiedzieć, dokąd zmierza forma, woli zostawić przestrzeń na odkrywanie, na małe gesty i doświadczenia, które dopiero z czasem zaczynają układać się w całość.
To także ciekawy kontrapunkt dla logiki Platformy jako showcase’u: spektakli wybranych, opisanych i gotowych do pokazania światu. Bausch przypomina, że czasem najważniejsze zaczyna się właśnie tam, gdzie jeszcze nie wiadomo, czym coś będzie.
Historia Wuppertalu ma zresztą z Polską własną pamięć. Kiedy zespół po raz pierwszy występował u nas, Strecker obserwował początkowy dystans publiczności wobec niemieckiego teatru. Z czasem sceptycyzm zmienił się jednak w emocjonalne zaangażowanie. Wrocław jest dla niego również miejscem szczególnym z innego powodu – tutaj zespół dowiedział się o śmierci Piny Bausch. Tego samego dnia zatańczyli „Nefes”. Wtedy taniec stał się wspólnym doświadczeniem żałoby.
„My Home, No Home”, chor. Nazareth Panadero i Michael Strecker, fot. Kazimierz Ździebło
Może właśnie dlatego „My Home, No Home” dobrze domyka tę opowieść. Taniec nie tylko jako produkt, który można wyeksportować, ale jako sposób bycia razem – nawet wtedy, kiedy trudno znaleźć wspólny język, bezpieczne miejsce czy gotową odpowiedź.
Już od czwartku aż do niedzieli można będzie tego wszystkiego doświadczyć na żywo, zanurzyć się w przygodę, którą przygotowała Platforma na ten rok.
Tekst powstał we współpracy patronackiej z festiwalem Polska Platforma Tańca, który odbędzie się w dniach 17-20 września we Wrocławiu.