() Patronat
Ciemna strona folku. Rozmowa z Królówczaną Smugą
( 10.09.2025 )
Wiele projektów muzycznych w Polsce idzie w „radosne” oblicze folku. To oczywiście jest potrzebne, ale wydaje mi się, że za mało zespołów pokazuje jego ciemniejsze oblicze. Rozmowa z Adamem Piętakiem, twórcą projektu Królówczana Smuga.
Królówczana Smuga to muzyczny projekt Adama Piętaka, który w nietuzinkowy sposób łączy elektronikę, gitarę i bity z lokalnym folklorem Biłgoraja. Jego muzyka to opowieść o historii, rytuałach i tajemnicach regionu – mroczna, intrygująca i pełna odniesień do tradycji oralnej, przedstawiona w formie nowoczesnej, a zarazem zakorzenionej w lokalności. Jako absolwent intermediów na gdańskiej ASP, Piętak wzbogaca muzykę o wizualny entourage – strój odwołujący się do ludowości Biłgoraja, a jednocześnie nieco z przekąsem odwołujący się do polskiego patriotyzmu. We wrześniu artysta zagra na festiwalu Great September w Łodzi.
Skąd wziął się twój strój? To, co zakładasz jako Królówczana Smuga, to nie strój tradycyjny, ale twoja wariacja na jego temat, prawda?
Tak, to przekształcenie tradycyjnego ludowego stroju biłgorajsko-tarnogrodzkiego. Został zmodyfikowany, na przykład dodałem maskę. Zawsze miałem problem ze strojami ludowymi, wydawały mi się trochę podejrzane. Bo co znaczy strój ludowy? Czy ktoś się tak odświętnie ubierał? Nie, na co dzień wszyscy się zwyczajnie ubierali. Po pewnym czasie trafiłem na informacje, że strój ludowy był pewnego rodzaju formą opresji wobec chłopa. Żeby wziąć ślub, musiał być ubrany w strój narzucony przez mieszczan, przez pana. I zawsze miałem z tym jakiś problem. Dlatego staram się stworzyć jego karykaturę. Nie wiadomo, czy to śmieszne, czy to straszne, ale często budzi różne emocje, skrajne.
Strój – przez maskę, która podkreśla anonimowość – kojarzy mi się z Vendettą, ale też z zespołem Slipknot, bo ma trochę mroczny rys, jak z horroru i sceny metalowej.
Anonimowość to główny cel maski. Warto podkreślić, że ten strój jest odzwierciedleniem kobiecej wersji tradycyjnego ubioru. Dlaczego? Żeby stworzyć pewnego rodzaju kontrast: śpiewa męski głos, a ruchy i strój nie są koniecznie heteronormatywne, męskie, przez co każdy może się utożsamić z tym strojem. Staje się hybrydą człowieka, personą. Co do zespołu Slipknot – wychowywałem się na metalu i zawsze inspirowali mnie zamaskowani ludzie, zaczynając od Spidermana, na Power Rangers kończąc. Z jednej strony ona coś ukrywa, bo jestem introwertykiem, ale paradoksalnie coś poprawia, uaktywnia, coś się pojawia przez tą maskę, co w normalnym, bezmaskowym świecie nie jest możliwe.
Królówczana Smuga, fot. Dominika Macocha
Jak wyglądała droga odkrywania Królówczanej Smugi? Zaczęło się od Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku, gdzie studiowałeś?
Zaczęło się od sztuk wizualnych, chociaż grałem na gitarze dużo wcześniej. Chodziłem do szkoły muzycznej, która mi totalnie spaczyła granie na instrumencie. To była dla mnie trauma. Odstawiłem instrument i po wielu latach wróciłem do gitary elektrycznej. Grałem głównie metal i, będąc na ASP, poszedłem na koncert Starej Rzeki. Zobaczyłem Kubę Ziołka grającego jako Stara Rzeka za sterami wszystkich kostek gitarowych. Wtedy wiedziałem, że też chcę to robić.
Myślę, że mieszkanie w Gdańsku było kluczowe, ponieważ w Biłgoraju ten projekt nie miałby szans na powstanie. Tu jest za mało bodźców, które wytrącają cię ze strefy komfortu kulturowego. Są imprezy cykliczne o bardzo wąskim charakterze, albo festiwale poezji śpiewanej. Ja to wszystko szanuję, też uczestniczę w nich jako widz, ale musiałem wyjść poza schemat.
Ale gdyby nie Biłgoraj, to Królówczana Smuga – która czerpie nazwę od rzeki, która tam przepływa – nie byłaby tym, czym jest.
Gdańsk i kierunek intermediów dały mi narzędzia, z którymi wróciłem do Biłgoraja i zacząłem tutaj grzebać. To mi otworzyło zupełnie nowy horyzont patrzenia na miasto, na ludzi, na historię i na to, co można tworzyć i jak wpływać na przyszłość kulturową miasta. Zawsze czułem w Biłgoraju wielką wartość, każdy ma tu bardzo bliski kontakt z historią.
Co to znaczy?
W tym mieście w XIX wieku specjalizowano się w tworzeniu sit. Do tego stopnia, że mamy ulicę Sitarską, restaurację Sitarską czy zagrodę Sitarską. Przy wjeździe do Biłgoraja od strony Krakowa wita nas rondo, na którym jest instalacja i są to – uwaga – sita. Nie próbujemy udawać, że jesteśmy jakimiś Słowianami i tworzymy jakieś turbopolskie mity. Mamy sita. Warszawa ma syrenkę, Kraków smoka wawelskiego, my sita. Deal with it.
Oskar Kolberg, etnograf i folklorysta, opisywał rytuał pożegnania sitarzy, który się nazywał Żałosne, a przywitanie po podróży po Europie nazywało się Radosne. Przez wiele lat rekonstruowano ten zwyczaj tak, że całe miasto w tym uczestniczyło. Teraz już się to nie odbywa, ale ciągle w jakiś sposób powracamy do tych początków. Buduje się na przykład w Biłgoraju Miasteczko na Szlaku Kultur. Powstaje synagoga, powstanie cerkiew i oczywiście kościół katolicki.
Dlaczego postanowiłeś eksplorować Biłgoraj w swojej muzyce? Od rytuału Żałosne nazwałeś jedną ze swoich płyt. Inna nazywała się „Odrapdorap”, która odnosiła się do okolicznych miejsc. Tworzysz własną biłgorajską mitologię.
Myślę, że to jest jakaś mitologia – próba spojrzenia szerzej na historię, na ludowość, na lokalny folklor, ale w inny sposób niż chciałyby polityka i mainstream. Bo moda na folk, a raczej moda na reprezentację folku, wciąż wzbiera. Raz ktoś po koncercie podszedł do mnie i zarzucił „dlaczego tu nie było żadnego folku”? Spytałem go, co dla niego jest folkiem, na co on odpowiedział, że muzyka, która powstaje na instrumentach tradycyjnych. Ja na to, że gram na gitarze, na co on, że to przecież nie jest instrument tradycyjny. Jak to nie, skoro gra się na niej od baroku?!
Narzucono nam konkretny sposób myślenia o folklorze. To trochę jak z reprezentacją piłki nożnej. Moim zdaniem folklor cierpi na to samo. Jest jakaś reprezentacja, jest selekcjoner, który ją wybiera i mówi „to jest folk, patrzcie”. A to tylko urywek. Prof. Ewa Klekot wyjaśnia, czym jest folklor, w książce „Kłopoty ze sztuką ludową”. Powołuje się w niej na profesora Ludwika Stommę, który w „Antropologii kultury wsi polskiej XIX wieku” analizował dzieła Kolberga pod względem treści. Po ich przeczytaniu nasuwa się pytanie, czy folklor to tylko legendy, przyśpiewki przy ognisku, wszelkiego rodzaju obrzędy? A co się dzieje poza rytuałem, po zamknięciu drzwi do chałupy? Czy chłopi cierpią na depresję? Czy jedynym lekiem na depresję było samobójstwo?
Królówczana Smuga, archiwum własne artysty
O tym jest też Królówczana Smuga – pokazuję pewne rzeczy, które nie pasują do obrazka z napisem „folklor biłgorajski”, chociaż są jak najbardziej tożsame z jego kulturą. Opisuję historie, które wydarzyły się naprawdę, a niekoniecznie są przyjemne. To ważne, żeby mówić o tym, co się wydarzyło, nie tylko o pozytywnych rzeczach. Jeżeli chcemy mówić, że jesteśmy biłgorajanami, to spójrzmy na to trochę szerzej i szczerze.
Bo folk nie zawsze jest skoczną wesołą piosenką na potańcówkę. Może być opisem codzienności, i to nie zawsze łatwej.
Dużo projektów muzycznych w Polsce idzie w to „radosne” oblicze folku. To oczywiście jest potrzebne, ale wydaje mi się, że za mało zespołów pokazuje jego ciemniejsze oblicze – a co za tym idzie, ciemniejsze oblicze naszej historii.
Folk nie tylko ku pokrzepieniu serc?
Na moich koncertach ludzie czasem stoją i nie wiedzą, co mają zrobić, po czym po koncercie przychodzą do mnie, mówią, że to było niesamowite, albo że wzbudza w nich to jakiś niepokój.
Próbuję sobie przypomnieć, kiedy ja coś takiego podobnego czułem. I przypominam sobie taką sytuację z dzieciństwa. Moja babcia miała siostrę, która była śpiewaczką w kultowym zespole Jarzębina, znanym między innymi z hitu „Koko Euro Spoko” – chociaż mają znacznie bogatszą i ciekawszą twórczość.
Kiedy śpiewała, w Biłgoraju panował bardzo ciekawy zwyczaj. Do naszej parafii przyjeżdżały kultowe figurki, można je było zabierać do domu i się przy nich modlić. W moim domu, gdzie mieszkałem z mamą, babcią, dziadkiem i ciocią, stało się to czymś naturalnym. Gdy figurka trafiała do nas, babcia zapraszała siostry i koleżanki, które śpiewały pieśni białym głosem. Jako dziecko nie rozumiałem tego, byłem zaskoczony emocjonalnością tych spotkań i tym, jak kobiety niemal wyły.
Z perspektywy czasu widzę, że to doświadczenie bardzo mnie ukształtowało. W mojej twórczości muzycznej nadal tkwi potrzeba wywoływania silnych emocji, które wtedy przeżywałem. Choć moje utwory stały się bardziej piosenkowe i przystępne, to wciąż pozostają zakorzenione w tradycji ludowego śpiewu i we wspomnieniach kontaktu z wiejskimi śpiewaczkami.
To współczesny folk?
Jak najbardziej. Czerpię z dwóch z trzech gatunków, które obecnie są moim zdaniem najbardziej folklorystyczne. Mam na myśli oczywiście disco-polo, które jest formą przedłużenia muzyki biesiadnej, ale mówiąc o mojej twórczości, chodzi mi przede wszystkim o hip-hop i metal, zwłaszcza black metal.
Traktuję folklor jako wiedzę ludu, czyli coś, co otacza mnie tu i teraz. Oczywiście biorę pod uwagę to, co się działo kiedyś, ale uważam, że dla mnie ważniejsze jest to, z czym się stykam, tematy, które nie są mitologizowane czy rekonstruowane. Czy ten pan Józio grający na skrzypcach mówił do swojej żony, która śpiewa białym śpiewem, „załóżmy teraz kapelę folkową”? Nie, to była po prostu muzyka codzienności. Muzyka folklorystyczna to taka, która dzieje się tu i teraz.
Mówimy dużo o lokalnej historii i tożsamości, ale strój masz też w barwach narodowych. No i skoro rzucamy tytułami płyt, to po „Odrapdorap” i „Żałosnych” wydałeś „Sport Patriotyzm Militaria”. Brzmi bardzo ironicznie.
Myślę, że słowo ironia pasuje do mojej działalności. Przypominają mi się działania zespołu Laibach i ich koncerty w Korei Północnej. Oni wykorzystują symbolikę wrogich systemów, i ja też trochę działam w podobny sposób. „Sport Patriotyzm Militaria” to nazwa biłgorajskiego sklepu, w którym też robię zakupy. Kupiłem tam szalik z napisem „Biłgoraj” i fragmentem polskiego hymnu, który mam powieszony na ścianie w domu. Kupowałem tam nieraz różnego rodzaju multitoole, noże, gaz bojowy, bo miałem taką sytuację, że mnie pogryzł pies w lesie. Czasem jak ktoś odwiedza Biłgoraj – i to uważam za swój mały sukces – wysyła mi na Instagramie zdjęcie pod tym szyldem.
Moje działanie to pewnego rodzaju reakcja na to, co się działo w okolicach 2010 roku, kiedy zapanował wielki boom na odzież patriotyczną. Zaczęło mnie zastanawiać, dlaczego ktoś, kto kupuje sobie koszulkę ze znakiem Polski Walczącej, myśli, że automatycznie staje się patriotą.
Ja wykorzystuję te elementy, wywracając ich znaczenie. Sam strój sprawia, że ludzie zaczynają się interesować – surrealizm sprawia, że zwracamy na coś uwagę. W Biłgoraju mamy klub Łada Biłgoraj, który niekoniecznie jest pozytywnie nastawiony do lewicowych spraw. A jednocześnie znam wielu ludzi, którzy są związani z tym klubem i są w stanie podejść do mnie na ulicy, mówiąc, że podoba im się sposób, w jaki promuję Biłgoraj. Cieszę się, że to zauważają.
Stałeś się biłgorajskim ambasadorem.
Bardzo dużo osób chce tutaj przyjeżdżać. Ostatnio ktoś napisał mi, że przed śmiercią musi odwiedzić Czernobyl, Prypeć i Biłgoraj. Czuję, że zrobiłem z Biłgoraja jakąś taką dziwną krainę, w której trzeba się pojawić. A tak naprawdę to miasto nie różni się od innych miast do 30 tys. mieszkańców.
Królówczana Smuga, archiwum własne artysty
Gdyby już ta osoba przyjechała do Biłgoraja, to gdzie byś ją zabrał?
Dużo dzieje się wokół: w Szczebrzeszynie jest Festiwal Stolica Języka Polskiego: Strona Główna, a w Zwierzyńcu Letnia Akademia Filmowa. Ale jeśli ktoś będzie w Biłgoraju, to koniecznie musi iść do Zagrody Sitarskiej – budynku z przełomu XVIII i XIX wieku. To był dom z pracownią, w której tworzyło się sita. Warto odwiedzić restaurację Sitarską, urządzoną w stylu biłgorajskim. Tam wzór haftu biłgorajskiego znajduje się nawet nad pisuarami w toalecie.
Warto też zajrzeć do Miasteczka na Szlaku Kultur; polecam ratusz biłgorajski, ciekawy budynek w stylu modernistycznym, ładnie zachowany, ładnie odrestaurowany, nie w pstrokato-brzoskwiniowym, postkapitalistycznym stylu. No i niedaleko jest Roztoczański Park Narodowy.
Ja bym chętnie odwiedził Rapy z tytułu twojej drugiej płyty.
Rapy to specyficzne, podmiejskie osiedle, na którym znajdują się dwie olbrzymie fabryki – drzwi i okien oraz opakowań, w której zresztą pracowałem dwukrotnie. Osiedle przemysłowe, ale dziwne – dookoła jest las, mamy plac zabaw, na którym się wychowywałem. Z nim jest związana moja praca dyplomowa, obroniona u Doroty Nieznalskiej – była poświęcona patronowi ulicy, obecnie Torowej, wcześniej nazywała się Gronczewskiego. Okazało się, że Edward Gronczewski brał udział w mordowaniu ludności żydowskiej we wsi Ludmiłówka i tej sprawie poświęciłem pracę magisterską.
Ten plac jest wyjątkowy, bo znajduje się w lesie, a jakieś 800 metrów dalej znajduje się pomnik-grobowiec – są tam zakopane ciała 65 partyzantów, którzy zginęli w trakcie akcji Burza. Zatrzymano ich podczas II wojny światowej w obozie przejściowym, a potem wywieziono i rozstrzelano. To alternatywny spacer po Biłgoraju i jego historii: pomnik strasznych katuszy, plac zabaw i ulica, której zmieniono nazwę, bo jej były patron wywoływał kontrowersje. To właśnie jest ten folklor, o którym chcę opowiadać