Ludwig Wittgenstein
Ludwig Wittgenstein

Co by było, gdyby Hitler spotkał Wittgensteina? Rozmowa z Anną Arno

( 08.07.2026 )

W mojej książce jest niewiele alternatywnych wersji wydarzeń. Rzeczywiście kilkakrotnie stawiam pytanie, co by było gdyby – gdyby na przykład Wittgenstein nie spóźnił się dwa dni na spotkanie z Traklem? Czy zdołałby go uchronić przed samobójstwem? Przypuszczam jednak, że ich spotkanie byłoby raczej rozczarowujące.

Bohaterami nowej książki tłumaczki i eseistki Anny Arno, „Do pana kieruję moje milczenie. Spotkania, których nie było”, są Ludwik Wittgenstein, Karl Kraus, Georg Trakl, Rainer Maria Rilke, Boris Pasternak, Marina Cwietajewa, Lew Tołstoj i Paul Celan – moderniści obdarzeni niezwykle rozległą, a jednocześnie zaskakująco reakcyjną wyobraźnią. Słyszeli o sobie, korespondowali ze sobą nawzajem, ale z różnych powodów nigdy się nie spotkali. Z autorką rozmawiamy o tym, jak te niedoszłe spotkania zmieniły bieg historii i co by było, gdyby niektórzy bohaterowie książki rzeczywiście poznali się osobiście. 

Jak mogłoby wyglądać spotkanie filozofa Ludwika Wittgensteina z Adolfem Hitlerem?

Wtedy, kiedy mogli się spotkać, byli chłopcami. Obaj uczyli się w Cesarsko-Królewskiej Szkole Realnej w Linzu, co jest dosyć zaskakujące, bo pochodzili z różnych środowisk. Wittgenstein urodził się w niezwykle zamożnej rodzinie przedsiębiorców, zasymilowanych Żydów. Jego ojciec był zresztą mecenasem artystów i prowadził salon artystyczny w Wiedniu. Hitler pochodził natomiast z Leonding – wioski w pobliżu Linzu. Dla Hitlera przenosiny do placówki w mieście były wyzwaniem i jednocześnie awansem. Z kolei dla Wittgensteina, Wiedeńczyka, Linz był miastem prowincjonalnym. Został wysłany do szkoły z dala od domu; ze względu na traumę po samobójstwach dwóch starszych braci, a także po to, by odciąć go od dwa lata starszego brata Paula, z którym rywalizowali.

Był naturalnym geniuszem?

Przeciwnie! Wydawało się, że odstaje, szczególnie w rodzinie, gdzie dzieci były wybitnie utalentowane. W dodatku, ponieważ do tej pory uczył się wyłącznie w domu, zakładano, że do klasycznego gimnazjum po prostu by się nie dostał. Trafił do szkoły o profilu technicznym. I to była również szkoła, do której chodził Hitler; zachowało się nawet grupowe zdjęcie, gdzie widać obu chłopców.

Musieli się zatem znać!

Na pewno mijali się na korytarzach, choć nie ma dowodów na to, że kiedykolwiek rozmawiali. Pomimo że byli rówieśnikami, nie chodzili do tej samej klasy. Możliwe, że Hitler kojarzył Wittgensteina, bo ten – jako dziecko najbogatszego człowieka w kraju – z pewnością się wyróżniał. Jeśli nie zachowaniem, to na pewno ubiorem, sposobem mówienia i manierami. Wittgenstein odstawał od rówieśników, dziś uznalibyśmy, że był osobą w spektrum. Wtedy takie kategorie nie istniały. Zauważano po prostu, że przy swoim geniuszu miał poważne trudności emocjonalne.

Obaj interesowali się sztuką – może więc mieli jakieś kontakty?

Obracali się w zupełnie różnych środowiskach. Hitler był malarzem amatorem, nie przyjęto go do Akademii Sztuk Pięknych w Wiedniu. Z kolei Wittgenstein od dziecka nasiąkał artystyczną atmosferą, jego ojciec był mecenasem, między innymi Klimta. Natomiast później,  kiedy Hitler został Führerem, takie spotkanie byłoby dla Wittgensteina niemożliwe.

Skąd ta pewność, że nigdy nie rozmawiali?

Pewności nie ma, jednak nie ma dowodów, które świadczyłyby o czymś przeciwnym. Niezwykła jest raczej świadomość, że tak różne postaci, które – każda na swój sposób – ukształtowały dwudziesty wiek, swoją drogę zaczynały w tej samej, prowincjonalnej szkole.

Dziękujemy!

Ludwik Wittgenstein

Bohaterami pani książki, zatytułowanej „Do pana kieruję moje milczenie. Spotkania, których nie było”, są Ludwik Wittgenstein, Karl Kraus, Georg Trakl, Rainer Maria Rilke, Boris Pasternak, Marina Cwietajewa, Lew Tołstoj i Paul Celan – moderniści obdarzeni niezwykle rozległą, a jednocześnie zaskakująco reakcyjną wyobraźnią. Wyznawali uniwersalizm, dzięki czemu pisali wzniośle, a wręcz wyniośle – w duchu radykalnej wrogości wobec tego, co „inne” czy „nienormatywne”.

Nie zgodzę się. Nie można wrzucać tych bohaterów do jednego worka. Zresztą kategoria nienormatywności, w odniesieniu do osób, które żyły ponad sto lat temu, jest anachronizmem. Rzeczywiście pewne wypowiedzi Rilkego czy Wittgensteina dla nas trącą antysemityzmem – ale i to trzeba zniuansować. 

*Reklama

Nie ma pani wrażenia, że w ich aroganckim i nietolerancyjnym języku pohukują dwudziestowieczne totalitaryzmy?

To, że Hitler i Wittgenstein chodzili do tej samej szkoły, to dzieło przypadku, pozwala jednak zastanowić się nad charakterem tamtej epoki. Obaj słuchali w Linzu tych samych nauczycieli, z których kilku wyznawało ideologie nacjonalistyczne i pangermańskie. Inna rzecz, że wyciągnęli z tych lekcji różne wnioski.

Z jakich powodów antysemityzm Wittgensteina czy Rilkego jest lepszy od współczesnych im antysemityzmów systemowych?

Nie powiedziałabym, że są lepsze. Nie byłabym nawet pewna, czy należy je tak nazywać. Wittgenstein, który pochodził z zasymilowanej rodziny żydowskiej, był nie tyle antysemitą, ile raczej wstydził się swojego pochodzenia. Część pseudofilozoficznych refleksji o rzekomo ułomnym charakterze żydowskim przejął od Ottona Weiningera – pochodzącego z ortodoksyjnej rodziny żydowskiej myśliciela. Myślę jednak, że posądzenie Wittgensteina o wyobraźnię totalitarną to przesada. Zwłaszcza że Wittgenstein w latach trzydziestych odżegnał się od tego toru myślenia.

okładka

Anna Arno, „Do pana kieruję moje milczenie. Spotkania, których nie było”, Wydawnictwo Znak

Napisała pani, że „W ujęciu Weiningera kobiecość jest związana z pożądliwością, lenistwem i ignorancją. W dodatku ten »żeński pierwiastek« rzekomo dominuje u Żydów. Połączone w jedność żydowskość i kobiecość w tym wypadku nie wynikają z biologicznej przynależności: to stan umysłu i ducha”, a następnie dodała pani, iż Wittgenstein podziwiał Weiningera!

Trudno uwierzyć, że ktoś taki jak on mógł się zachwycić prostackimi refleksjami Weiningera, zawartymi w książce „Płeć i charakter”. Ale Wittgenstein nie był w swoim zachwycie odosobniony. Weininger był niezwykle popularnym myślicielem, a jego dosyć spektakularne samobójstwo w wieku dwudziestu trzech lat (zastrzelił się w pokoju, w którym umarł Beethoven), zapoczątkowało wręcz plagę samobójstw wśród młodzieży z wyższych sfer. Jednak Wittgenstein te stereotypy przykładał przede wszystkim do siebie. Zarzucał sobie rozmaite wady i winą za nie obarczał żydowskie pochodzenie.

Skąd w nim tyle autodestrukcji?

Wyszedł z domu, gdzie za wszelką cenę starano się ukryć żydowskie korzenie. W jego rodzinie ukrywano religijnych przodków: ortodoksyjne żydostwo uchodziło za zacofane, kojarzyło się z biednym galicyjskim sztetlem. Wittgenstein uważał, że bycie Żydem genetycznie go piętnuje – niweczy jego talent, gubi duszę, uniemożliwia mu stanie się prawdziwym Niemcem i wybitnym myślicielem. Powtarzał, że Żydzi przetwarzają rzeczy już istniejące – na przykład interpretują cudze teksty, nie są jednak zdolni do tworzenia oryginalnych dzieł.

W przeciwieństwie do współczesnej biografistyki, „Do pana…” wcale nie dekonstruuje nowoczesnych paradygmatów. Pozostaje więc pani wierna stereotypowym modernistycznym dyskursom – nawet jeśli te wzniosłe rozważania o życiu to tylko fetysze, którymi zakrywano ówczesne tabu – na przykład rażącą niesprawiedliwość społeczną wpisaną w nowoczesne reżimy. Z jakich powodów zgadza się pani na ten męskocentryczny – antykobiecy, antysemicki i ksenofobiczny – język?

Prawdopodobnie jestem staroświecka i dlatego nie lubię anachronizmów w biografistyce. Nie przepadam też za fantazjowaniem. Nie spekulowałam więc, co by było, gdyby moi bohaterowie jednak się spotkali. Pewnym wnioskiem z mojej książki jest jednak to, że kontaktowali się ze sobą poprzez wzajemne lektury oraz przez to, że oddychali atmosferą tej samej epoki. Moja książka opowiada o wydarzeniach z pierwszych dekad XX wieku, które logicznie i nieuchronnie prowadzą do drugiej wojny światowej. Staram się zobaczyć procesy historyczne poprzez konkretne osoby i zdarzenia. W tym wypadku są to właśnie te opisywane przeze mnie możliwe i niemożliwe spotkania.

Co jest takiego frapującego w (nie)spotkaniu?

Opisuję spotkania, które z powodów losowych nie doszły do skutku. Najważniejszym epizodem mojej książki jest niedoszłe spotkanie poety Georga Trakla z filozofem Ludwigiem Wittgensteinem. Ci młodzi ludzie podczas pierwszej wojny światowej znaleźli się w Galicji. Obaj nie tylko przeżywali grozę wojny, ale też czuli się osamotnieni w obcym żywiole językowym, wśród prostych ludzi. Umówili się listownie, wiązali z tym spotkaniem niemałe nadzieje. W tym czasie Wittgenstein służył na pływającej po Wiśle barce Goplana, a Georg Trakl miał już za sobą starcia na froncie wschodnim – w okolicach Gorlic. Cierpiący z powodu stresu pourazowego Trakl pod koniec października 1914 roku leżał w szpitalu wojskowym w Krakowie. Łącznikiem pomiędzy Traklem i Wittgensteinem był Ludwig von Ficker – redaktor i wydawca pisma „Der Brenner” z Innsbrucka. Trakl przechodził załamanie nerwowe. Wittgenstein ubolewał, że w jednostce otacza go motłoch, mało kto mówi poprawnie po niemiecku. Obaj szukali przyjaźni, a zarazem mieli trudności z odnalezieniem się w grupie.

Dziękujemy!

Georg Trakl

Może wcale nie chodziło im o bliskość, lecz o uznanie? 

Nie, Wittgenstein i Trakl byli spragnieni prawdziwej rozmowy, duchowej bliskości i wspólnoty zainteresowań.

Jakim cudem pozbawiony umiejętności społecznych i pochodzący z bogatej burżuazji Wittgenstein zbliżył się do bohemy literackiej?   

*Reklama

Rodzina Wittgensteinów była w samym środku twórczego środowiska Wiednia. Fortuna nie tylko nie przeszkadzała, ale była drogą do nawiązania artystycznych kontaktów. Także dla Ludwiga pieniądze stały się przepustką do świata literatów czy malarzy. Tuż przed pierwszą wojną światową Wittgenstein odziedziczył po ojcu potężny majątek. Nie traktował go jako zabezpieczenia na przyszłość. Pieniądze były dla niego jak balast, który za wszelką cenę pragnął zrzucić. Jego pierwszym krokiem było ufundowanie stypendiów artystom. Miał wtedy 24 lata i słabe pojęcie o sztuce. Właściwie wiedział tylko tyle, ile zaobserwował w swoim – bardzo zresztą kulturalnym domu. Pomysł, że można sponsorować artystów również wyniósł z domu. Prawdopodobnie w pierwszym odruchu zamierzał obdarować twórców sztuk pięknych. Co jednak zaskakujące, o pomoc w wyborze stypendystów poprosił Ludwiga von Fickera. Nie znał go osobiście, czytał jednak „Der Brenner” i zapewne linia pisma była mu bliska – szczególnie cieszyło go fetowanie na tych łamach Karla Krausa – publicysty, satyryka i redaktora, którego Wittgenstein podziwiał. Ni stąd, ni zowąd filozof napisał więc do von Fickera, by pomógł mu rozporządzić kwotą, która dziś stanowiłaby równowartość miliona złotych. 

Skoro Wittgenstein dostrzegł w Krausie wielkiego architekta zdań, to dlaczego nadal wierzył w stereotyp niekreatywnych i nieoryginalnych Żydów. Nie wiedział, że Kraus był Żydem?

Nie wiem. Spotkali się późno. Zresztą Kraus nie obnosił się ze swoim pochodzeniem. Sam był Żydem ochrzczonym, ale o przechrztach pisał w szyderczy sposób. Zwłaszcza jeśli ktoś odrzucał swoje pochodzenie dla korzyści – na przykład po to, żeby zostać dyrektorem teatru albo zająć inne eksponowane stanowisko. Myślę jednak, że Wittgenstein, czytając pismo Krausa „Die Fackel”, musiał podejrzewać, że był to człowiek o podobnej konstrukcji duchowej. Po latach panowie się spotkają, ale skończy się to towarzyskim skandalem.

Wśród stypendystów Wittgensteina znalazł się między innymi Rainer Maria Rilke.

Niewykluczone, że akurat Rilke to jedyny stypendysta, którego Wittgenstein wskazał osobiście. Nawiasem mówiąc, filozof-fundator zaprosił Ludwiga von Fickera do siebie na ostatni weekend przed pierwszą wojną światową. Panowie długo rozmawiali. Wśród stypendystów Wittgensteina znaleźli się Rilke i Trakl, ale także malarz i poeta Oskar Kokoschka czy architekt Adolf Loos.

Dziękujemy!

Rainer Maria Rilke

Kilkanaście lat wcześniej Rilke także doświadczył przykrego (nie)spotkania.

Dziękujemy!
( Film ) ( Rozmowa ) ( Jakub Wojtaszczyk )

Po co człowiekowi wampiry (w kinie)

Pojechał do Rosji, pragnął spotkać uwielbianego przez siebie Lwa Tołstoja. Liczył na rozmowę, tymczasem wdepnął w wielką rodzinną awanturę i kilka godzin odczekał w przedpokoju, zanim został dopuszczony do pisarza. Spotkanie było katastrofą, mimo to Rilke opowiadał o nim jako o centralnym momencie swojej młodości.

Większość bioesejów, a także wiele dłuższych akapitów zwieńczyła pani mocnymi frazami swoich bohaterów, nie komentując ich jednak. Na przykład rozdział opowiadający o zafascynowaniu Wittgensteina „Ewangelią w skrócie” Lwa Tołstoja kończy się odnotowaną przez niego 24 lipca 1916 roku myślą – „Życie w sensie filozoficznym nie jest oczywiście »życiem«. Nie jest nim też życie w sensie psychologicznym. Życie jest światem”. Czy ta metoda ma określony cel? 

Nie ma żadnej metody. „Do pana kieruję moje milczenie” to po prostu opowieści biograficzne, w których staram się nie pójść zbyt daleko.

Dziękujemy!

Lew Tołstoj

Dlaczego?

Nie czuję się kompetentna, by interpretować na przykład „Traktat logiczno-filozoficzny” – szczególnie część logiczną, ściśle matematyczną. Pocieszam się, że kiedy Wittgenstein wysyłał „Traktat” swojemu nauczycielowi Bertrandowi Russellowi do Cambridge, był wręcz przekonany, że ten go nie zrozumie. Wittgenstein uważał, że filozofia dotarła właśnie na krańce języka i już tylko poezja może wyrazić to, wobec czego filozofia pozostaje bezradna. Sam zatem, jako nie-poeta, doszedł do granicy milczenia. Ale na przykład u Trakla wyczytał coś wielkiego, choć całkowicie niezrozumiałego.

Wittgenstein zatrzymywał się na ważnych pytaniach czy formułował odważne odpowiedzi?

Wittgenstein pragnął rozwiązać problem filozofii, w zasadzie filozofię przezwyciężyć, wyjść poza jej kres. I miał poczucie, że jest blisko celu. W czasie Wielkiej Wojny, służąc na statku Goplana, który pływał między Krakowem a Sandomierzem, prowadził jednocześnie dwa dzienniki. W jednym zapisywał analizy i skomplikowane obliczenia, które niebawem stworzyły zrąb jego „Traktatu logiczno-filozoficznego”, a w drugim notował zdarzenia codzienne – czasem intymne. Sporo też pisał o swojej pracy.

Skąd u człowieka świetnie urodzonego tak silny etos pracy?

Nie wiem, czy to był etos pracy. Raczej wewnętrzna konieczność i świadomość jej wagi. Wittgenstein miał pewność, że pisze wielkie dzieło. Tak jak poeta czasem wie, że właśnie tworzy swój najlepszy wiersz. Nie tyle zatem pracował, co realizował swoje powołanie.

Jak je rozumiał?

Właśnie jako rozwiązanie problemu filozofii – tak rozumiał dążenie do prawdy. Natomiast w ogóle nie interesowała go współczesność. Dyskutował wyłącznie z absolutem i z całą historią filozofii.

Spotkania, do których (nie) mogło dojść, to właściwie potencjalność historyczna. Gdzie na osi między historią alternatywną a prawdą historyczną znajduje się tego rodzaju (nie)prawdopodobieństwo?

W mojej książce jest niewiele alternatywnych wersji wydarzeń. Rzeczywiście kilkakrotnie stawiam pytanie, co by było, gdyby – gdyby na przykład Wittgenstein nie spóźnił się dwa dni na spotkanie z Traklem? Czy zdołałby go uchronić przed samobójstwem? Przypuszczam jednak, że ich spotkanie byłoby raczej rozczarowujące, ponieważ obaj zmagali się ze sobą i trudno było im się przebić do drugiego człowieka. Poza tym obaj przeżywali wojenną traumę. Ale w ich przypadku ważne są nie tylko spotkania, które o mały włos się zdarzyły, lecz także korespondencja, którą rzeczywiście prowadzili, również za pośrednictwem Ludwiga von Fickera. Spóźniony o dwa dni Wittgenstein jako pierwszy dowiedział się, że Trakl nie żyje i przekazał tę informację von Fickerowi. Interesuje mnie zatem nie alternatywa, ale przypadek – owo muśnięcie się rękawami, o którym pisze Cwietajewa.

Z jednej strony, bohaterowie „Do pana…” uosabiają wysoki, wzniosły, metafizyczny i  przekraczający dotychczasowe pojęcia czy wyobrażenia modernizm, z drugiej – znać po nich secesyjne przerysowanie i charakterystyczną dla belle époque nadmiarowość. Przykładowo korespondencyjny romans Cwietajewej z Rilkem to tylko (i aż) nad wyraz  sugestywna retoryka. Poetka pisała do poety nawet po jego śmierci – choć w życiu nigdy się z nim nie spotkała. Pani zdaniem był to literacki blef czy raczej rodzaj opętania?

To było coś bardzo autentycznego – pomimo silnego udziału fantazji. Za sprawą korespondencji, ta wymyślona miłość między Rilkem i Cwietajewą stała się częścią ich realności czy też potencjalności. Bo przecież oni żyli tą miłością! Uczuciem, które, gdyby się spotkali, zapewne okazałoby się katastrofą.

Dziękujemy!

Anna Arno, fot. Adam Walanus

Szczerze mówiąc, bohaterowie „Do pana kieruję moje milczenie” to osoby w najlepszym razie zaburzone – narcyzi, megalomani i socjopaci. No bo jak inaczej ująć stosunek myśliciela Wittgensteina do Słowian czy gorzej urodzonych krajan? Zdaje się więc, że w antysemickim, szowinistycznym i arcynietolerancyjnym Wiedniu totalitaryzm musiał się narodzić! Co zatem stanowiłoby tytułowe milczenie w tamtym natłoku bezwzględnych słów,  przesądów i mów nienawiści?

Jako fundator stypendiów artystycznych Wittgenstein życzył sobie pozostać anonimowy – także po to, by nie słyszeć podziękowań, które w takiej sytuacji i tak uważałby za  konwencjonalne, a więc fałszywe. Tylko Trakl poznał tożsamość swojego darczyńcy – Ludwig von Ficker mu ją zdradził, ze względu na planowane spotkanie. Jednak on nie zdążył nawet podjąć w banku ofiarowanych mu pieniędzy. Rilke natomiast widział, że donatorem jest młody i bardzo zamożny mężczyzna, który obecnie przebywa na froncie pierwszej wojny światowej.  Bardzo się tym wzruszył. „Do pana kieruję moje milczenie” to słowa, które Rilke przekazał Wittgensteinowi przez von Fickera.

Skrywały niewyrażalną wdzięczność czy raczej postawę poety wobec wojennej rzeczywistości? 

Początkowo Rilke gloryfikował wojnę i pisał o niej w podniosłym duchu. To zaskakujące, choć tak zareagowała większość społeczeństwa. Właściwie spośród moich bohaterów tylko Karl Kraus był zagorzałym antymilitarystą. Szczęśliwie Rilke szybko zrozumiał, że popełnił błąd, i przez resztę wojny milczał.

W takim razie być może to Rilke podsunął Wittgensteinowi słynną myśl – „O czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć” ? 

Raczej nie, ale przy odrobinie wyobraźni nie możemy wykluczyć takiej inspiracji.

( Mintowe Ciasteczka )

Nasza strona korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Jeżeli chcesz dowiedzieć się jak to działa, zapraszamy na stronę Polityka Prywatności.