Chodziłyśmy po Sokołowsku i nagrywałyśmy. Rozmowa z Antoniną Nowacką

Chodziłyśmy po Sokołowsku i nagrywałyśmy. Rozmowa z Antoniną Nowacką

( 03.09.2025 )

Mam potrzebę przechodzenia pomiędzy różnymi środowiskami, bo jeśli jest jedna rzecz, która potrafi mnie irytować w stricte muzycznym świecie, to właśnie brak dbałości o wizualną sferę. Nie chodzi mi o okładki płyt, tylko o inne aspekty, np. sprzęt, który najczęściej jest czarny i kwadratowy. Czuję potrzebę prezentowania muzyki w określony sposób. Antonina Nowacka wystąpiła na Unsound Osaka, który odbył się 5–7 września.

„Hiraeth”, jej najnowszy album, nagrany we współpracy z eksperymentalną duńską artystką Sofie Birch, to oniryczna medytacja, która przenosi nas na łąkę skąpaną słońcem. Wokalistka, multiinstrumentalistka i artystka wizualna Antonina Nowacka nagrywa kompozycje zainspirowane konkretnymi miejscami, korzystające z ich wyjątkowych właściwości akustycznych. Jej muzyka powstawała m.in. w peruwiańskim porcie Paracas, kościołach rozsianych po meksykańskim stanie Oaxaca czy rzymskich mauzoleach. Nawet nasza rozmowa, dotycząca m.in. zepsutych fletów, Jean-Michela Jarre’a i grania niejazzu z jazzmanami, jest przesiąknięta aurą miejsca, w którym się znajdujemy, dzięki pięknemu ptasiemu koncertowi dobiegającemu zza okna jej mieszkania we włoskim Reggio Emilia.

Opowiesz trochę o miejscu, w którym mieszkasz teraz, i okolicznościach, które doprowadziły do tego, że zamieszkałaś we Włoszech?

Poznałam swojego partnera, gdy byłam w Meksyku, i teraz mieszkamy w miasteczku, z którego pochodzi. Mieliśmy do wyboru Warszawę albo Reggio Emilia i od początku skłaniałam się do tej drugiej opcji. Po prostu lubię podróżować i nasiąkać różnymi miejscami, a nigdy nie przebywałam dłużej w tej części Włoch. Reggio Emilia to nieduże miasteczko znajdujące się między Bolonią i Parmą. Nie mieszkałam jeszcze w podobnych warunkach, więc to było bardzo ekscytujące.

Mimo pięknego, historycznego centrum to nadal dość przemysłowe miejsce, znane przede wszystkim z produkcji sera Parmigiano Reggiano. Najbardziej mnie kręci, że jest tyle wspaniałej i łatwo dostępnej przyrody wokół. Bardzo często jeździmy na wycieczki po okolicy. Jest tu mnóstwo miejsc do eksplorowania. Także historycznych, a mnie fascynuje architektura. W porównaniu do Warszawy jest tu oczywiście bardzo spokojnie, może nawet zbyt spokojnie, ale doceniam, że miejscowi akceptują przestrzeń wokół siebie taką, jaka jest. Jest tu multum budynków z lat 70., ale nie ma wielkiego parcia, żeby je remontować czy zastępować czymś nowoczesnym. W Warszawie zawsze czuję się jak w wielkiej metropolii, która celuje w spektakularność. Oddalony o kilkadziesiąt kilometrów stąd Mediolan to przykład miasta, które łączy te tendencje – jest tam mnóstwo cenionego starego designu, ale są też dzielnice, które gonią za współczesnością. Taki kompromis mi odpowiada.

Dziękujemy!

Antonina Nowacka, fot. Riccardo Caspani

Domyślam się, że podróże mają duży wpływ na twoją twórczość.

Bardzo. Chociaż nie jeżdżę w konkretne miejsca, żeby szukać inspiracji. Dużo się przemieszczam i zaspokajam w ten sposób potrzeby duszy, ale podczas eksploracji w pewnym momencie coś klika i często rodzą się konkretne koncepty.

Czujesz, że muzyka potrafi przenosić w konkretne miejsca?

Wolę muzykę, która wywołuje we mnie uczucia. Przeniesienie się do jakiejś wyobrażonej krainy jest jednym z nich. Ciężko mi nazwać tę konkretną, wspaniałą emocję, ale dobrze oddaje ją tytuł mojego nowego albumu, „Hireath”, nagranego z Sofie (Birch, wokalistki i multiinstrumentalistki, z którą Antonina wydała już dwa albumy – red.). To coś znajomego, ale nie wiadomo skąd płynie i dlaczego. Coś zakopanego głęboko w pamięci.

Jak wyglądał proces powstawania albumu?

*Reklama

Pierwsze szkice powstały, kiedy byłyśmy z Sofie w Sokołowsku, gdzie miałyśmy mikrorezydencję. Ważne w tym procesie było to, że Sofie była wtedy w ciąży i chciała jak najmniej pracować z komputerem. Bardzo mi to odpowiadało. Kocham stare taśmy – to dla mnie najpiękniej brzmiąca forma nagrania, i dlatego korzystałyśmy z oldschoolowego magnetofonu. Miałam małą celtycką harfkę i cytrę, a Sofie gitarę. Chodziłyśmy po Sokołowsku i nagrywałyśmy szkice na głos i instrumenty. Po przesłuchaniu tego materiału i dograniu osobno kilku fragmentów spotkałyśmy się ponownie w Kopenhadze w studiu partnera Sofie. Siedziałyśmy wśród starych syntezatorów i przedziwnych instrumentów. Były tam nawet małe organy piszczałkowe. Klimat tego miejsca bardzo dobrze wpisał się w ciepły charakter tego materiału. Dodałyśmy tam trochę delikatnych syntezatorowych elementów.

Dobrze wam się pracowało razem?

Zdecydowanie. Mamy dużo podobnych zainteresowań estetycznych. Obie interesujemy się duchowością, medytacją i naturą. To bardzo wiążące. Wzajemnie się inspirujemy. To, że mój poprzedni solowy album [Sylphine Soporifera – red.] wykorzystywał więcej instrumentów, było poniekąd zasługą Sofie. Ona z kolei zaczęła więcej pracować z głosem i eksplorować go, zapewne dzięki współpracy ze mną.

Właśnie. Podstawą twojej twórczości zawsze był głos, ale w ostatnim czasie włączasz do swojej twórczości więcej instrumentów. To efekt podróży i lokalnych inspiracji muzycznych?

Tak, chociaż przychodzi to do mnie w różnych okolicznościach. Cytra to akurat wynik mojej przyjaźni z Pawłem Romańczukiem z Małych Instrumentów. Posiada on mnóstwo instrumentów w różnych rozmiarach – w tym dużo cytr i cyterek. Od jakiegoś czasu szukałam instrumentu, który byłby dobrym uzupełnieniem mojego głosu, i cytra okazała się idealna. Jest mała i dobrze się z nią podróżuje, łatwo się na niej gra i można ją nastroić na nieskończoną liczbę sposobów, wytwarza też naturalny pogłos. Mam z tym sporo zabawy, na każdym koncercie mogę ją nastroić inaczej. Eksperymentowałam z różnymi instrumentami, np. prostymi w obsłudze bambusowymi fletami. Jeden z nich złamał się wpół, ale okazało się, że nadal wytwarza ciekawe, zepsute brzmienie, więc go zatrzymałam.

Da się tak często zmieniać instrumenty bez nauki gry na nich?

Ciężko powiedzieć, że uczę się grać na tych instrumentach. Nie będę insynuować, że osiągnęłam maestrię w przypadku któregokolwiek z nich. Zawsze gram po swojemu, nie w sposób kanoniczny, ale to mi odpowiada. Teraz chciałabym znów skupić się na pracy z samym głosem.

Dziękujemy!

Antonina Nowacka, fot. Marcelina Pieniążek

Jaka jest rola nagrań terenowych w tym, co robisz?

Nie rejestruję środowisk dźwiękowych. Ale lubię nagrywać swój głos w miejscach z unikalną akustyką, której nie da się ani znaleźć nigdzie indziej, ani jej odtworzyć. Czasami wkradają się wtedy dźwięki z zewnątrz. Mam potrzebę pracy z melodią – to interesuje mnie dużo bardziej niż abstrakcyjne dźwięki.

Czy jest jakieś miejsce na świecie, do którego chciałabyś wrócić i wycisnąć z niego więcej?

Tutaj we Włoszech są miejsca, w których chciałabym spędzić więcej czasu. Na przykład na Sycylii, która już mnie mocno inspiruje. Mieszkałam też w Rzymie – jest tam piękne, ukryte mauzoleum, do którego bardzo często chodziłam nagrywać swój głos. To o tyle unikalne, że w większości miejsc w tym mieście non stop kręcą się turyści. A ten zjawiskowy i wspaniale brzmiący budynek bywał całkowicie pusty. Miałam mnóstwo nagrań swojego wokalu z tego miejsca, ale w dziwnych okolicznościach je straciłam, więc na pewno muszę tam wrócić.

Jak wygląda historia twojej pracy z głosem?

Nie przeszłam żadnej formalnej edukacji. Jestem samoukiem. Komponowałam na syntezatory oraz wirtualne instrumenty i sama uczyłam się śpiewać. Bardziej zaczęłam interesować się samym wokalem, kiedy weszłam w środowisko Eufemii [nieistniejącej już warszawskiej klubokawiarni – red.], wokół której kręciła się spora okołojazzowa społeczność. W świat improwizacji wprowadził mnie Olgierd Dokalski [trębacz, grający m.in. w kiRk – red.].

Dziękujemy!
( Film ) ( Recenzja ) ( Michał Walkiewicz )

ILE NA DZIESIĘĆ?: „Jedna bitwa po drugiej”. Ameryka się nie kończy

Odkrywałam wtedy potencjał wokalu jako tworzywa i znalazłam kierunki w muzyce opierające się na samych dziwnych dźwiękach. Zafascynowało mnie to eksperymentalne podejście. Nie interesowały mnie konwencjonalne piosenki, ponieważ okazało się, że głos może brzmieć jak coś zupełnie nieznanego. Granie z innymi, wspólna improwizacja pozwoliły mi nawiązać dialog, harmonizować lub szukać kontr. Ten okres mogę w sumie porównać ze studiami.

Czułaś się częścią tej sceny, składającej się głównie z klasycznie wykształconych jazzmanów?

Nie odczuwałam trudności albo nie czułam się inna. Było tam mnóstwo osób wychodzących poza ramy jazzu. Więcej, to łączenie prądów i środowisk wydawało mi się ciekawe. Tak samo jak połączenie à la operowego głosu z trąbką czy perkusjonaliami. Jazzowe podejście często skutkowało niejazzowymi efektami. Wszystko opierało się na otwartości.

Chciałaś kiedyś włączyć słowa do swojej twórczości?

Nigdy nawet nie przyszło mi do głowy, żeby pisać teksty. Nie mam odpowiednich umiejętności, żeby pracować ze słowami. To nie moja sfera. Proponowano mi, żebym śpiewała konkretne teksty w ramach jakichś projektów specjalnych. Wtedy proszę o wyższą stawkę [śmiech].

Czym zajmujesz się teraz?

Będę grała koncerty solowe i oczywiście wspólnie z Sofie. Ale jeśli chodzi o nowe projekty, rozpoczynam zaraz nagrywanie solowego materiału opartego przede wszystkim na samym wokalu. Przygotowuję się do pracy nad wystawą, ponieważ oprócz głosu interesują mnie też sztuki wizualne. Szukam nowych wrażeń przy pracy z obiektami.

Dziękujemy!

Antonina Nowacka, fot. Riccardo Caspani

Studiowałam sztuki wizualne i interesuję się malarstwem. Mam potrzebę przechodzenia pomiędzy różnymi środowiskami, bo jeśli jest jedna rzecz, która potrafi mnie irytować w stricte muzycznym świecie, to właśnie brak dbałości o wizualną sferę. Nie chodzi mi o okładki płyt, tylko o inne aspekty, np. sprzęt, który najczęściej jest czarny i kwadratowy. Czuję potrzebę prezentowania muzyki w określony sposób. Z dbałością o przestrzeń, kostiumy czy konkretne ustawienie publiczności – tego, czy siedzi na krzesłach, stoi czy leży. Mam holistyczne podejście, bo ostatecznie prezentuję doznanie, które powinno być spójne, całościowe i immersyjne.

Miejsce jest dla ciebie ważnym czynnikiem, kiedy podejmujesz decyzję o tym, gdzie zgodzisz się zagrać?

Mam szczęście, że teraz dostaję zaproszenia do miejsc, które pasują do mojej muzyki. Chcę wychodzić poza konwencjonalną scenę. Duża część występu opiera się teraz na technologii, np. świetnym soundsystemie. Dla mnie ważniejsze jest samo środowisko – piękne okoliczności i potencjał akustyczny. Ostatnio dostałam od znajomego bilet na koncert Jean-Michela Jarre’a w Pompejach. Grube doświadczenie, z takim nagłośnieniem brzmiałoby to świetnie nawet w obskurnej piwnicy, ale jednak możliwość posłuchania czegoś w miejscu zaprojektowanym właśnie w tym celu 2000 lat temu było czymś niesamowitym.

( Mintowe Ciasteczka )

Nasza strona korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Jeżeli chcesz dowiedzieć się jak to działa, zapraszamy na stronę Polityka Prywatności.