źródło: Pexels
źródło: Pexels

Człowiek, który strzelił bramkę Barcelonie. Opowiadanie piłkarskie Macieja Miłkowskiego

( 11.06.2026 )

„Piotrek instaluje mi FIFY i wgrywa odpowiednie emulatory. Przy okazji opowiada mi trochę o historii całej serii. Pierwsza wyszła w roku 1994. Nie było tam jeszcze prawdziwych nazwisk piłkarzy. Grało się facetami o zmyślonych nazwiskach”.

– Oczywiście, że go pamiętam – mówi Włodzimierz Lubański, legenda polskiej piłki nożnej, dzisiaj komentator i ekspert telewizyjny. Przymyka oczy, zamyśla się, po czym recytuje, jakby go miał przed oczami albo jakby go wczoraj oglądał w meczu. – Bryk. Maciej Bryk. Będzie gdzieś rocznik osiem cztery, może osiem pięć. Drobny, niski. Szybki, niewiarygodnie szybki. Zwrotny, dobry technicznie. Nie do dogonienia, nie do przewrócenia, niski punkt ciężkości, taki rozbujany na boki. Dobra prawa, dobra lewa. Nie do upilnowania. Taki typ jak Maradona, Romario czy Messi.

– Polski Messi – podpowiadam.

– Nie no raczej małopolski – prostuje Lubański. – Bo to lokalny raczej fenomen był. Jak Marek Koniarek. Albo Zenon Burzawa. Burzawę pan pamięta? No to Bryk coś w tym stylu, tylko jeszcze mniej, bo przede wszystkim znacznie krócej. Z Kmitą Zabierzów król strzelców w czwartej lidze w sezonie dwa trzy na dwa cztery, jeśli dobrze pamiętam. Dwudziestu lat nawet nie miał. Czterdzieści goli z okładem. Potem fantastyczny sezon w Wiśle Kraków. Ten jego rewelacyjny gol przeciwko Barcelonie. A potem to już nie wiem... Zniknął jakoś. Całkiem zniknął. W ogóle nie wiem, co się z nim potem działo. Pan wie?

***

Lubański dobrze pamięta. Wszystko się zgadza. Maciej Bryk, urodzony w roku 1984 w Szczyglicach pod Krakowem. Od trampkarzy w Kmicie Zabierzów. Najpierw król strzelców w okręgówce w sezonie 2002/2003 i awans z Kmitą do czwartej ligi. W kolejnym sezonie awans do trzeciej ligi i też tytuł króla strzelców – trafił czterdzieści dwa razy. Wtedy na rok Kmita zatrzymuje się w swoim wspinaniu się z ligi do ligi, bo Bryka kupuje Wisła Kraków, ówczesny mistrz Polski, i Kmita musi się odbudować bez swojego najlepszego strzelca. Bryk ma w Wiśle doskonały sezon 2004/2005. Wisła broni tytuł mistrzowski, Bryk ma dwadzieścia bramek w lidze. Wiosną 2005 strzela niesamowitego gola Barcelonie. W dogrywce. Po jego trafieniu Wisła przechodzi dalej. To największy sukces polskiego klubu w europejskich pucharach od lat osiemdziesiątych. Tej samej wiosny Bryk dostaje powołanie na zgrupowanie reprezentacji, ale w żadnym meczu zagrać nie zdąży. Sezon 2005/2006 zaczyna jako wschodząca gwiazda, nadzieja nie tylko Wisły, ale i całej Polski. W tamtym sezonie zagra jednak tylko kilkadziesiąt spotkań, pojedyncze od pierwszej minuty. Nie strzeli ani jednej bramki. Wisła kończy sezon na drugim miejscu w tabeli, co wówczas pod Wawelem traktowane jest jak porażka. Na kolejny sezon klub nie przedłuży z Brykiem kontraktu. Najwyraźniej nie chce go już również i jego macierzysty klub, Kmita Zabierzów, który właśnie awansuje do drugiej ligi. Wedle statystyk Polskiego Związku Piłki Nożnej od czasu meczu przeciw Arce Gdynia w maju 2006 (zagrał siedem minut) Maciej Bryk już nigdy nie zagrał o punkty na żadnym poziomie rozgrywek.

***

– No co ja mam panu powiedzieć? – mówi Orest Lenczyk, trener, który prowadził co drugi klub w polskiej ekstraklasie. Rozmawiamy w przerwie finału Pucharu Polski. Ma dla mnie te dziesięć minut, bo potem wraca do loży. Energiczny, pełen życia, mimo osiemdziesiątki na karku wręcz młodzieńczy. – Szkoda chłopaka. Zdolny bardzo. Niewiarygodnie szybki. Ja byłem wtedy w GKS Bełchatów. Dwie bramki nam wsadził, u nas, w Bełchatowie. Nie dało się go dogonić. A rok później przeciw nam siedział na trybunach, już nawet się nie zmieścił na ławce. Szkoda. Wielki talent.

– To co się potem stało?

– A bo ja wiem – mówi Lenczyk. – Różne chodziły plotki. Ale to jednak jest zastanawiające, że facet, który strzela bramkę Barcelonie, rok później nie mieści się w kadrze na Bełchatów.

– I dlaczego tak?

– Zna pan ten dowcip? Nieśmieszny, ostrzegam. Jaka jest choroba zawodowa bramkarzy?

– Jaka?

– Alkoholizm. A jaka jest choroba zawodowa obrońców?

– Nie mam pojęcia – przyznaję.

– Alkoholizm. A jaka jest choroba zawodowa pomocników?

– Alkoholizm? – zgaduję.

– Otóż to – mówi Lenczyk. – No i napastników, proszę pana, też.

Dziękujemy!

źródło: Pexels

***

Znajduję go dość łatwo, chociaż nie od razu. W mediach społecznościowych nie istnieje. Wisła Kraków nie ma na niego żadnych namiarów. Kmita Zabierzów też nie. Pomaga mi dopiero jego dawny nauczyciel.

– Z tych pucharów, co je pan widzi w tamtej gablotce, to tak połowę mniej więcej nam Bryk wybiegał – mówi Mariusz Wurst, niegdyś niezły piłkarz ręczny, a od wielu lat nauczyciel wychowania fizycznego w Szkole Podstawowej w Balicach, do której chodzą dzieci ze Szczyglic. Szkoła mała, ale sala gimnastyczna bardzo profesjonalna. Gmina jest bogata, nie żałuje pieniędzy. – W całej karierze nie widziałem tak szybkiego dzieciaka. Piorun po prostu. Najpierw go słaliśmy głównie na różne biegi, ale potem, jak w Szczyglicach zbudowali Orlika, to on już z niego nie schodził po prostu. Ojca nie miał. Sama matka go wychowywała. Chociaż „wychowywała” to może nie jest najlepsze słowo... To lepiej, że na Orliku siedział. Niesamowity chłopak. Szkoda wielka. Do dziś właściwie mógłby grać. Do Kmity naszej wrócić. Grającym trenerem być. Bo on pewnie czterdziestki jeszcze nie ma.

– Nie ma – potwierdzam. – Za rok dopiero skończy. Rocznik osiem cztery.

– No to sam pan widzi – zamyśla się Wurst. – A on teraz paczki rozwozi. Wiedział pan?

– Nie wiedziałem – przyznaję.

– I nawet go widziałem ostatnio, jak zamówiłem coś przez internet. Patrzę, a tu mi Maciek Bryk paczkę niesie. Wyściskaliśmy się, pogadaliśmy, powspominaliśmy. Zapraszałem go, aby do nas wpadł na jakiś dzień sportu, dzieciakom parę sztuczek pokazał.

– Zgodził się?

– Nie – odpowiada Wurst. – Powiedział, że dwóch rzeczy ślubował sobie już nigdy w życiu nie tykać. I jedną z nich jest piłka.

– A drugą? – pytam.

– No to chyba wiadomo – odpowiada Wurst.

***

W DPD od razu dają mi do niego numer telefonu. Nie mówię, że chodzi mi o piłkarza, mówię, że zginął mi gdzieś numer do kuriera Macieja, rejon Zabierzów. Dzwonię do niego, próbuje się umówić, najpierw się trochę waha, potem zaprasza. Mieszka z matką, wrócił do rodzinnych Szczyglic. Pasuje mu popołudniami. Czwartek może być? Koło siedemnastej? Spod Orlika mnie odbierze.

Za pierwszym razem jest dość nieufny. (Spotkamy się łącznie pięć razy). Zgadza się opowiedzieć mi tylko o bramce przeciwko Barcelonie. Opowiadał to już wiele razy, ma to przećwiczone. Za drugim razem będzie już o wiele bardziej rozluźniony. Powie, że dzwonił do niego Maciek Żurawski (będę już wówczas po rozmowie z nim), i że mówił, że ja jestem w porządku. Że warto pogadać. Wtedy Bryk po raz pierwszy zaproponuje mi odpalenie tamtych gier, chociaż ja jeszcze nie będę wiedział dokładnie, o co chodzi. Rzucę okiem na te statystyki, nie bardzo to wszystko rozumiejąc. Będę musiał przyznać, że może faktycznie coś w tym jest.

Za pierwszym razem jednak ograniczamy się tylko do niezobowiązujących pogaduszek. I do Barcelony.

– Klienci poznają pana? – pytam.

– W Krakowie prawie nigdy – odpowiada. – Ale w Zabierzowie niemal zawsze. Bo ja, wie pan, byłem taka, jak to się mówi, lokalna sława.

– I co mówią w tym Zabierzowie?

– Przybijają piątkę. Gratulują króla strzelców w czwartej lidze. Ale najbardziej to gratulują bramki z Barceloną. Strzeliłem ją dla Wisły, ale czasem to mam wrażenie, jakbym ją dla Kmity strzelił. Jakby to Kmita Zabierzów wsadziła Barcelonie tę bramkę.

– Bramka życia – mówię.

– No pewnie. Opowiedzieć panu?

– Jasne.

– No to tak – mówi, wpadając w dobrze przećwiczoną piosenkę. – Jest dwa dwa, czyli w dwumeczu remis. Dogrywka. Pierwsza połowa dogrywki w sumie nic się nie dzieje. W drugiej raczej oni cisną. My nic. Toczymy się do karnych. Bo w karnych zawsze jakaś szansa. No większa niż w meczu, to jest Barcelona w końcu. I nagle po jakiejś ich kontrze następuje nasze niemrawa rekontra. To znaczy oni nas celowo wciągają, wypuszczając nas na atak pozycyjny, w którym nie jesteśmy mistrzami, licząc na to, że jak już nam odbiorą piłkę, to będę mieli przez chwilę luźniej pod naszą bramką. Bo my tak murujemy już raczej. No ale piłki nam nie odbierają. My gramy jak po sznurku. Oni czekają na nasze potknięcie, ale potknięcia nie ma. Piłka idzie z pomocy do Maćka Żurawskiego, ale on nie ma z nią co zrobić, bo już jest przy nim dwóch tamtych, jak przez cały mecz. Przy mnie jest tylko jeden. No to Żuraw gra do tyłu do Mirka Szymkowiaka, Mirek na bok do Kamila Kosowskiego, Kamil po ziemi do mnie i nagle ja mam piłkę w polu karnym Barcelony i nie mam pojęcia, co z nią zrobić w sumie, bo jest tam cholernie ciasno. Więc patrzę na Żurawia, bo to jest już profesor wtedy, a on do mnie... Ale mogę z brzydkim słowem?

– Jasne – mówię.

– No to wtedy Maciej Żurawski, facet, którego ja jeszcze z rok temu miałem na plakacie w pokoju w tej tutaj chałupie w Szczyglicach, patrzy na mnie i mówi: „Obróć w lewo i zapierdol”.

– I co wtedy? – pytam, bo Bryk robi dramatyczną pauzę i bez mojego pytania dalej nie ruszy.

– No i obróciłem się w lewo i zapierdoliłem – mówi. – Gol. Przechodzimy dalej. Oni jadą do domu. Chociaż w sumie to nigdzie nie jadą, bo to u nich było.

– Często pan to opowiada?

– Często – przyznaje. – Jak mam paczkę gdzieś do Zabierzowa, a widzę, że odbiorcą jest mężczyzna, no to już wiem, że znowu będę opowiadał.

***

– Tak było, słowo w słowo – mówi Maciej Żurawski, siedemdziesięciodwukrotny reprezentant Polski, pięciokrotny mistrz Polski, mistrz Szkocji i mistrz Cypru. Spotykamy się w kawiarni w centrum Krakowa. Przez pół godziny naszej rozmowy podchodzi do niego z pięć osób. Witają się, pozdrawiają, ktoś robi sobie z nim zdjęcie. – Piękny gol. Ale obrócił się jednak w prawo, nie w lewo, chociaż zależy z której strony patrzeć w sumie. A potem...

– No właśnie – mówię. – Nie rozumiem tego, co potem...

– Plotki były jednoznaczne. Ale może jest tam coś więcej... – zamyśla się Żurawski. – On ma taką teorię... O tych grach panu opowiadał?

*Reklama

– Nie.

– To niech go pan spyta. Ja nie wiem, co o tym myśleć... Jak go pan poprosi, to odpali wszystkie te stare gry. Coś w tym jest, taka prawda... Chociaż, żeby to miało aż takie znaczenie...

– Powiedział mi tylko, że wszystko szlag trafił na zgrupowaniu w Zwardoniu. Pamięta pan takie zgrupowanie?

– Co roku mieliśmy przed sezonem zgrupowanie w Zwardoniu.

– Chodzi o to przed sezonem 2005/2006. Ostatnim sezonem Bryka... Czyli to będzie lato 2005.

– To mnie już wtedy nie było – mówi Żurawski. – Ja już byłem wtedy w Celticu. Wtedy właśnie przeszedłem. Szkoda może zresztą... W sensie z punktu widzenia Bryka... Bo myśmy się trzymali jakoś. Ja go tak trochę wprowadzałem. Fajny chłopak, a nieśmiały taki. Trener mnie poprosił, żebym go wziął pod skrzydła trochę. Wie pan, on Maciek, ja Maciek...

– Wszystkie Maćki to fajne chłopaki – podpowiadam.

– Otóż to! Chociaż, prawdę mówiąc, znam też paru palantów... No nieważne. Niech go pan o te gry zapyta. Ja tam niewiele o tym wiem. Młodzi cały czas w te gry na zgrupowaniach grali. Całymi godzinami. Mnie jakoś nie wciągnęło. Ja tam sobie wolałem między zajęciami książkę, wie pan, poczytać.

***

Nie jest łatwo porozmawiać z kimś z firmy Electronic Arts, wydawcy serii gier FIFA. (Bo jestem już wówczas po drugiej rozmowie z Brykiem i postanawiam pójść również i tym tropem). Odsyłają mnie od jednej infolinii do drugiej. Sztuczna inteligencja bardzo chętnie rozwiąże dowolny z moich typowych problemów. Problem z instalacją? Naciśnij jeden. Klucz zabezpieczeń nie działa? Naciśnij dwa. Zawartość przesyłki niezgodna z opisem? Naciśnij trzy. Typowe problemy.

Tyle tylko, że mój problem jest raczej nietypowy, nie obejdzie się bez spotkania z inteligencją biologiczną. Na szczęście mój kolega z liceum, Piotrek, dziś wzięty informatyk, przypomina sobie, że zna kogoś, kto zna kogoś. (Piotrek bardzo mi się później przyda do zainstalowania tych wszystkich starych wersji FIFY. „Za nowy masz komputer”, powie. „Muszę ci powgrywać emulatory”).

Z panem z Electronic Arts rozmawiam przez telefon. Dwa razy. Prosi, aby nie podawać w tekście jego nazwiska, bo nie jest pracownikiem do spraw kontaktu z mediami, nie jest upoważniony, aby wydawać oficjalne komunikaty w imieniu firmy, rozmawiamy wyłącznie prywatnie. W pierwszej rozmowie najwyraźniej nie do końca rozumie, o co mi chodzi, chociaż, jak zapewnia, czytał dokładnie mój mail.

– Ale o jakie błędy panu chodzi? – upewnia się. – Faktograficzne? Błędne nazwisko? Nazwa klubu? Coś takiego, tak?

– Niezupełnie – mówię. – Mam raczej na myśli statystyki jakiegoś zawodnika. Zaniżone, nierealistyczne.

– Czyli, że na przykład Leo Messi ma strzału pięćdziesiąt zamiast dziewięćdziesiąt dziewięć?

– No właśnie.

*Reklama

– Nie zdarzyło się. Może i są takie błędy, ale wszystko jest wyłapywane na etapie testowania, przed wypuszczeniem gry na rynek. To są tysiące godzin grania przez setki testerów. Właśnie po to, aby takie rzeczy wychwycić.

– No dobrze – mówię. – Ale gdyby to chodziło nie o Messiego, tylko kogoś z jakiejś mniej ważnej ligi. To wówczas szansa, że się jakiś błąd prześlizgnie jest większa?

– Pewnie tak – przyznaje.

– A kto w ogóle odpowiada za statystyki graczy?

– Cały zespół ludzi. Statystycy z całego świata. Wspierani przez sztuczną inteligencję. Na podstawie realnych osiągnięć zawodników. Z udziałem konsultantów regionalnych.

– Czyli jeśli ktoś ustrzeli w danym sezonie, powiedzmy, dwadzieścia goli w ważnych rozgrywkach, to w kolejnej edycji jego statystyki raczej urosną?

– No tak. Pewnie tak.

Potem pytam go o skargi w tego typu sprawach. Czy jakiekolwiek wpływają? Wtedy się jeży i wycofuje. Zaczyna wygłaszać formułki. Że firma Electronic Arts dołożyła najwyższych starań, aby trafiający do użytkowników produkt... I tak dalej. Na koniec obiecuje jednak, że popyta i sprawdzi. Oddzwoni. I kilka dni później faktycznie oddzwania. Mówi swobodniej. Może dzwoni z prywatnego numeru. Podtrzymuje prośbę o niepodawanie nazwiska.

Skarg formalnych nigdy nie było. A na przykład w konkurencyjnej firmie mieli przypadek, że matka jakiegoś nastolatka podała firmę do sądu, bo dzieciak klasy nie zaliczył, bo cały czas grał w ich grę. Nie wie, jak się skończyło. Ale może mi podesłać artykuł o tym, jeśli chcę.

Pozwów sądowych więc nie było. „Oczywiście często piszą, jak to się mówi, użytkownicy. Czyli furiaci i frustraci”. Czasem się pojawi jakaś petycja, podpisana przez kilkadziesiąt osób. Zawsze w jakiejś sprawie transferowej. Że kogoś tam kupili w międzyczasie, i żeby go dodać. Albo, że kogoś sprzedali, i żeby zdrajcę usunąć.

– To się wszystko zresztą da zrobić samemu. Wszystko można edytować – mówi. – Może pan sobie Jerzego Podbrożnego dać do Realu Madryt, jak pan zachce. Podbrożnego pan pamięta?

– Pamiętam – zmyślam. – A w sprawie indywidualnych statystyk nie było nigdy żadnych skarg ani petycji?

– Nigdy – mówi. – Zresztą statystyki edytować najłatwiej. Może pan dać setkę strzału takiemu...

– Podbrożnemu – wtrącam.

– Właśnie. A o te statystyki też pytałem. Tylko formalnie one są od zera do stu, bo w praktyce nikt nie ma nic poniżej pięćdziesięciu. Więc gdyby dać komuś te pańskie dwadzieścia dziewięć prędkości, to by się nie dało nim grać. Druga liga Wysp Owczych by go przeganiała.

Tym razem najwyraźniej naprawdę przeczytał mój mail, bo na koniec mówi:

– A tego Bryka oczywiście pamiętam. Potwornie szybki. To ten, co strzelił bramkę Barcelonie, nie?

Dziękujemy!

źródło: Pexels

***

– Nie chcę powtarzać plotek – mówi jeden z członków ówczesnego sztabu szkoleniowego Wisły, pragnący zachować anonimowość. – Nagle stracił tę swoją szybkość. Może z tego powodu, o którym wszyscy mówili, a może nie z tego. Nie wiem. No ale bez tej jego szybkości... Mieć Bryka bez szybkości... To jakby mieć Roberto Carlosa bez strzału. Bez sensu trochę. Zresztą potem nikt inny go też chyba nie chciał, co jakoś potwierdza te plotki niestety. W sumie żal chłopaka. Wtedy były inne czasy trochę. Myśmy nawet psychologa w klubie nie mieli. Teraz to by się ktoś zajął, przyjrzał, zainteresował. Ale wtedy... Nie wyrabiasz, odpadasz. Taki to był czas. Wisła miała wtedy taką pozycję, że mogliśmy mieć każdego gracza od jutra. Wszyscy do nas pukali. Konkurencja była gigantyczna. Na miejsce Bryka było gotowych pięciu innych. Zresztą wielu z jego mniej więcej rocznika pięknie się u nas rozwinęło. Trochę żałuję, wiadomo. Pewnie trzeba było pójść za chłopakiem, zobaczyć, co się tam dzieje, nie odpuszczać. Dziś by się tak zrobiło. Ale wtedy... Znaleźli się inni. Bryka odpuściliśmy. A za samą tę jedną bramkę przeciw Barcelonie pomnik mu się należy. Szkoda, że przepadł. Nie mam pojęcia, co się z nim dzieje. Pan coś wie?

– Jest kurierem w DPD – mówię. – Paczki dostarcza. Wrócił do rodzinnych Szczyglic.

– A to tyle dobrego, że coś robi, że pracuje, że zarabia na siebie. Wiele widziałem gorszych historii. Wielu chłopaków, którzy stoczyli się do samej podłogi. Naprawdę wielu. To jest paskudna branża. Sam mam dwóch synów. Zabroniłem im kopać. Nie ma mowy, powiedziałem. Jeden jest dziś fizjoterapeutą. Drugi ma sklep zoologiczny. Wyszli na ludzi. A tym Brykiem mnie pan jakoś pocieszył trochę. No bo jak pracuje, to znaczy, że wyszedł z tego najgorszego. W piłkę może i nie wygrał, ale przynajmniej życia całkiem nie przegrał.

***

– Nie mogę o to nie zapytać – mówię do Bryka przy kolejnym spotkaniu. – Bo to się w aluzjach pojawia właściwie u wszystkich moich rozmówców. Wszyscy w odniesieniu do pana sugerują to samo.

– Czyli co? – pyta Bryk.

– Alkohol – odpowiadam. – Picie.

– I to ma być powód tego wszystkiego? – pyta.

– Chyba tak.

– Aha – mówi. – Picie, no tak... Ale picie przed Zwardoniem czy już po Zwardoniu? Bo dla mnie to jednak różnica.

***

Kupuję te wszystkie stare FIFY na Allegro. Chodzą drożej niż te nowsze, te sprzed trzech, pięciu lat. Bo sprzed pięciu lat to jest po prostu staroć. A sprzed piętnastu czy dwudziestu to jest już vintage, to ma wartość kolekcjonerską. Te stare FIFY są zresztą dostępne tylko na nośniku fizycznym, czyli na mniej lub bardziej porysowanej płycie. Nie ma ich na żadnej platformie. Dlatego też ceny rosną.

Piotrek instaluje mi te FIFY i wgrywa odpowiednie emulatory. Przy okazji opowiada mi trochę o historii całej serii. Pierwsza wyszła w roku 1994. Nie było tam jeszcze prawdziwych nazwisk piłkarzy. Grało się facetami o zmyślonych nazwiskach. Dopiero stopniowo do serii pozyskiwano licencję wszystkich reprezentacji i wszystkich ważniejszych lig. A w takiej grze NBA jeszcze w roku 1998 (najlepszy rok w dziejach koszykówki, jak zapewnia mnie Piotrek) byli wszyscy zawodnicy ligi z wyjątkiem jednego. Michaela Jordana. Bo on miał jakieś osobne umowy licencyjne. I zamiast niego w Chicago Bulls był facet, który się nazywał Roster Player, czy coś w tym stylu. Teraz to już oczywiście niemożliwe. W FIFIE też nie. Mają pełną licencję na wszystko. Właściwie to zaczynając karierę piłkarską w dowolnej lidze zrzeszonej w organizacji FIFA – czyli w jakiejkolwiek profesjonalnej lidze świata – oddajesz swoją osobę, nazwisko i wizerunek firmie Electronic Arts. Nie da się rozwijać kariery piłkarskiej poza FIFĄ (organizacją) ani poza FIFĄ (grą komputerową).

W FIFIE 2003 Bryka oczywiście jeszcze nie ma, ale spisujemy z niej statystyki kilku innych piłkarzy Wisły Kraków, aby zobaczyć, jak się zmieniają parametry z edycji na edycję. Różnice nigdy nie są wielkie, Punkt, dwa, czasem trzy. Ktoś miał strzał 75, teraz ma 77. Ktoś miał wślizg 84, a rok później ma 83. Skokowych rewolucji raczej nie ma.

Dziękujemy!
( Rozmowa ) ( Joanna Ruszczyk )

Jak fotograf Andrzej Tobis zobaczył polskie duchy?

W FIFIE 2004 po raz pierwszy pojawia się Bryk. Nie ma go jeszcze w domyślnym pierwszym składzie, siedzi na ławce. Ma niezłe statystyki, mniej więcej na poziomie całej drużyny, choć oczywiście gorsze od takiego na przykład Żurawskiego. Wyróżnia się prędkością. Ma jej aż 90. Najwięcej w całej drużynie. (Drugi jest Kamil Kosowski z prędkością 88). Trzeba przyznać, że dobry mieli research ci programiści, skoro już w wypadku ligowego debiutanta, jakim wtedy był Bryk, wiedzieli że jego największym atutem jest szybkość.

W FIFIE 2005 – wypuszczonej wczesnym latem, tuż przed rozpoczęciem sezonu 2005/2006 w większości lig europejskich – Maciej Bryk jest już domyślnie w pierwszym składzie Wisły Kraków. Strzał ma lepszy o trzy punkty – pewnie efekt dwudziestu trafień w lidze, a może i tego jednego przeciwko Barcelonie. Cała reszta statystyk mniej więcej taka sama jak w edycji z 2004. Punkt więcej, punkt mniej najwyżej. Z jednym wyjątkiem. Prędkości. Tu Bryk ma kuriozalne 29. Pewnie to jest czeski błąd. Pewnie miało być 92. Pewnie statystycy wyliczyli mu tutaj dwupunktowy wzrost po znakomitym poprzednim sezonie.

Faktycznie nie da się nim grać. Nie dochodzi do żadnego podania. Nie jest w stanie skleić żadnej akcji. Doganiają go wszyscy obrońcy. Piotrek, który jest w FIFĘ znacznie lepszy ode mnie też nie potrafić nim zrobić ani jednej sensownej akcji. Całą Wisłą gra się bardzo ciężko z taką kotwicą na środku ataku. Gramy dwa pełne mecze. Ja przeciw niezłej wówczas Koronie Kielce (przegrywam 2:0). Piotrek ze słabiutkim Górnikiem Łęczna (wygrywa 1:0 strzelając bramkę jednym z pomocników). Wystarczy wymienić Bryka na kogokolwiek innego i już się gra dużo łatwiej przeciw dowolnemu polskiemu przeciwnikowi. Robimy z Piotrkiem eksperyment i dwa razy symulujemy cały sezon, pozwalając komputerowi, by losował wyniki na podstawie statystyk. W wersji z Brykiem na środku ataku Wisła kończy sezon na czwartym miejscu. W wersji bez Bryka Wisła jest pierwsza. W rzeczywistości Wisła skończyła tamten sezon na miejscu drugim. Grając raczej bez Bryka niż z Brykiem.

***

– Całkiem przekonująca historia – mówi doktor Szymon Kulawiec, wykładowca w Instytucie Kulturoznawstwa UJ, zajmujący się grami wideo jako tekstami kultury. – Czasem słyszy się taki protekcjonalny sąd, że młodzi mają trudności w odróżnieniu świata wirtualnego od rzeczywistego. To jest teza zupełnie chybiona.

– Bo nie mają takiego problemu?

– Bo samo to rozróżnienie jest sztuczne – wyjaśnia Kulawiec. – Świat wirtualny jest pełnoprawną częścią świata rzeczywistego. Doświadczanie grania w grę komputerową jest częścią zmysłowego doświadczania świata fizycznego. Borges kiedyś powiedział, że lektura książki nie jest doświadczeniem mniej realnym niż spacer w parku, powiedzmy. To samo można powiedzieć o grach komputerowych.

– A jeśli kilka osób gra ze sobą razem?

– Wtedy jest to dodatkowo doświadczenie społeczne. Jest jak najbardziej rzeczywiste w każdym sensie tego słowa. Tak jak kontakty towarzyskie prowadzone przez internet nie są wcale namiastkami prawdziwych relacji społecznych, jak to czasem sugerują starsi, ale prawdziwymi relacjami społecznymi po prostu. Tak samo tutaj... W tej pańskiej historii. Wydaje mi się bardzo prawdopodobne, że tutaj fakt cyfrowy... Zaznaczam, fakt, a nie żadna iluzja... Że taki fakt cyfrowy wpływa przyczynowo-skutkowo na sferę sportową. Jak najbardziej możliwe.

Podobnego zdania jest profesor Monika Kozioł z Instytutu Psychologii Stosowanej UJ, badająca między innymi procesy grupowe i relacje rówieśnicze zachodzące na platformach gamingowych.

– Pośród graczy grających przez dłuższy czas razem w jakąś grę, nawet jeśli nigdy nie widzieli się na oczy w realu, można zaobserwować wszystkie procesy opisane przez klasyczną psychologię społeczną – mówi. – Te same role grupowe, ta sama dynamika, te same korzyści i straty emocjonalne.

– Czy porażka w grze, w którą grupa gra wspólnie, może prowadzić do utraty pozycji w tej grupie?

– Zdecydowanie. Może prowadzić do ostracyzmu, izolacji, nawet wywoływać agresję. Opisana przez pana grupa jest o tyle specyficzna, że zarazem wymaga współpracy (bo jesteśmy drużyną), jak i rodzi silną rywalizację (bo walczymy o miejsce w składzie). Poza tym trzeba zwrócić uwagę na bardzo wyraźne zatarcie granic...

– Między tym, co rzeczywiste, a tym co wirtualne? – pytam.

– Tak – mówi profesor Kozioł. – Tutaj tych granic nie ma prawie wcale. Jeśli gram w grę postacią, która nazywa się tak samo jak ja, która jest do mnie pod wieloma względami podobna, to można powiedzieć, że ja właściwie nie gram postacią, tylko sobą. A wszystko to dzieje się w kontekście wspólnego grania kilku graczy, którzy też grają takimi samymi podobnymi do siebie postaciami. Wszystkie ewentualne porażki ponosi wtedy nie postać, ale ja. To są moje porażki. Ta figurka na ekranie to jestem ja po prostu. W odbiorze moim własnym i w odbiorze mojej grupy społecznej. I to, co się dzieje na tym ekranie, może się bardzo łatwo przenosić na inne sfery. Może zadziałać na zasadzie wspieranego przez całą grupę samospełniającego się proroctwa.

Dziękujemy!

źródło: Pexels

***

– To jak to było w tym Zwardoniu? – pytam.

– Opowiedzieć?

– Jasne.

– No to dobra – mówi Bryk. – Ale bez nazwisk. Bo ja tu nie mam do nikogo konkretnie pretensji. To się samo trochę tak ułożyło. Moment był niedobry. Żuraw wyjechał do Szkocji. Mirek Szymkowiak poszedł do Turcji. Luki się zrobiły w składzie. Zaostrzyła się, jak to mówią, rywalizacja.

– Pan był wtedy jednym z faworytów do pierwszego składu.

– No pewnie tak. Zgrupowanie miało wszystko zweryfikować. I faktycznie zweryfikowało. Już pierwszego dnia, po pierwszych zajęciach.

– Co było na tych zajęciach?

– Nie na zajęciach – prostuje Bryk. – Ale po zajęciach. Zszedłem na świetlicę. Chłopaki przy takiej wielkiej plazmie dookoła. Podpięte pady. Na ekranie FIFA. Nowa edycja. Właśnie wyszła. Grają oczywiście Wisłą, no czyli nami grają…

– Kiedy się zorientowaliście?

– No od razu. W pierwszym meczu. Przecież to masakra była. Odpalał to pan sobie?

– Odpalałem – przyznaję.

– No to sam pan wie. I od razu się zaczęło. „Nie da się nim grać”. „Bryk, no tobą się grać nie da”. A jak zobaczyli w statystykach to całe dwadzieścia dziewięć... I to akurat w szybkości...

– Wszyscy moi rozmówcy podkreślają, że pan był bardzo szybki.

– No bo byłem. A wtedy śmiechy cały dzień. Myślałem, że minie, ale gdzie tam. Cały pobyt innego tematu nie było. Ja wtedy w gry specjalnie nie grałem, w Szczyglicach późno mieliśmy komputer. Ale dla chłopaków, tych młodszych, to było całe życie. Jeden ze starszych próbował mi w tym jakoś pomóc... Może jakby Żuraw jeszcze był z nami... Ktoś tam nawet podobno do trenera poszedł.

– Co trener powiedział?

– Że o co chodzi? Co mi zawracacie głowę jakąś swoją durną gierką? No bo w sumie rzeczywiście...

– Nie myślał pan, aby to wyedytować? Bo to przecież głupi błąd tylko.

– To bym dopiero życia nie miał. Zresztą oni cały czas tam sobie statystyki podkręcali. Więc następnego dnia i tak zawsze ktoś wciskał „Przywróć ustawienia domyślne”. A domyślnie to ja miałem prędkości dwadzieścia dziewięć. A potem... Nie wiem który, bo za rękę nikogo nie złapałem. Chociaż się domyślam... Dość, że ktoś załatwił, że jak nam przydzielali numer na następny sezon, to ja dostałem...

– Dwadzieścia dziewięć.

– Zgadł pan. No i już nie odpuścili. A potem na każdym treningu, jak mi coś nie wyszło, to zaraz było: „Panie trenerze, bo nim się nie da grać”. „Panie trenerze, bo on nie ma prędkości”. I tak dalej, i tak dalej... Przy każdym moim błędzie. A tych błędów to się nagle zaczęło jakoś robić coraz więcej...

– A potem?

– A potem to już pan wie. Ale to dopiero potem. Po Zwardoniu. Bo przed Zwardoniem nie. Taka to była kolejność.

***

– A jak mam zły dzień w pracy, bo to jest jednak bardzo ciężka praca – mówi Bryk, wyglądając przez okno swojego domu w Szczyglicach, przez które widać tutejszy Orlik – to wie pan, co robię? Odpalam sobie tę FIFĘ. Tę z 2005 roku. I nawet nie edytuję statystyk. Tak się wyrobiłem, że nawet z tamtą prędkością wszystkich rozwalam. Gram zawsze Wisłą. Wygrywamy Ligę Mistrzów na luzie. Czasem sobie tylko Maćka Żurawskiego z powrotem sprowadzę z Celticu. No a Brykiem się gra ciężko, to fakt, ale nie omijam go, podaje do niego normalnie. No i królem strzelców to Bryka nie zrobię, ale parę bramek w sezonie nim zawsze strzelę. Ze stałych fragmentów gry. Bo ustawiam, aby Bryk bił karne i wolne z bliska. Ale czasem to i z gry coś tym Brykiem strzelę. Nie po rajdzie oczywiście, ale po ataku pozycyjnym, z zatrzymanej piłki. Obrócę się i walnę.

– Tak jak z Barceloną? – mówię.

– Jak z Barceloną – odpowiada.

Maciej Miłkowski (ur. 1980) – prozaik, tłumacz, eseista, psycholog. Opublikował trzy zbiory opowiadań oraz tom esejów „Anatomia opowiadania”, poświęcony konstrukcji arcydzieł krótkiej formy. Autor powieści „System Sulta”, nazywanej thrillerem filozoficznym. Nakładem wydawnictwa W.A.B. ukazała się właśnie jego druga powieść „Ostatnia szansa”.

( Mintowe Ciasteczka )

Nasza strona korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Jeżeli chcesz dowiedzieć się jak to działa, zapraszamy na stronę Polityka Prywatności.