Tim Robinson w serialu Krzesła, fot. Sarah Shatz/HBO

„Czy HBO tak w ogóle może?”. Serial „Krzesła” Tima Robinsona

( 24.11.2025 )

Jeśli biały, heteroseksualny mężczyzna spada z krzesła, to jest to tylko i wyłącznie wina krzesła. W serialu Tima Robinsona absurdalna, przerysowana żądza odwetu na firmie produkującej fotele biurowe staje się wdzięcznym tłem do refleksji nad męskością w kryzysie. „Krzesła” to ekstremalna komedia, którą trzeba traktować ekstremalnie poważnie.

Rada dla osób, które jeszcze nie widziały „Krzeseł”, pierwszego pełnometrażowego serialu Tima Robinsona, amerykańskiego komika przez wiele lat związanego z „Saturday Night Live”. Odcinek piąty lepiej oglądać w domu i ewentualnym towarzystwie wyłącznie osób dorosłych. To epizod naładowany surrealnym dowcipem aż po sam niedorzeczny i – być może nie do końca legalny – finał. Po jego emisji dziennikarz magazynu „Forbes” pytał w swoim artykule: „Czy HBO tak w ogóle może?”. Swoją drogą, ciekawe, że najlepsze tegoroczne seriale komediowe, czyli „Próba generalna” Nathana Fieldera i właśnie „Krzesła” Tima Robinsona funkcjonują na granicy między tym, co wypada, a tym, co intuicyjnie uznalibyśmy za niedopuszczalne. Fielder działał nie zawsze w zgodzie z zasadami etyki, żeby pokazać, jak żeruje się na osobach uczestniczących w programach typu reality. Robinson używa nieprzyzwoitych treści i drugoplanowego bohatera uzależnionego od pornografii, by obnażyć patologię czasów, w których nie wiadomo, ile seksu w przestrzeni publicznej to za dużo seksu w przestrzeni publicznej. I niech będzie, że finał piątego odcinka „Krzeseł” – robię, co mogę, by uniknąć spoilerów – potwierdza zarzuty, że komedia Robinsona jest nieznośnie chłopacka, bo budowana na szczeniackich gafach, jednoznacznych sprośnościach i żartach o kupie. Tylko że ta chłopackość czemuś służy. Na przykład diagnozie konfliktów wewnętrznych, które przeżywa współczesny mężczyzna. Taki jak Ron Trosper.

Dziękujemy!

Kadr z serialu „Krzesła”, fot. Sarah Shatz/HBO

Upokorzony facet idzie na wojnę

William Ronald „Ron” Trosper jest normikiem. To pracownik biurowy średniego szczebla w firmie projektującej i budującej centra handlowe. Żyje w jednym z wielu przezroczystych miast gdzieś w Ohio, ma żonę i dwoje nastoletnich dzieci. Nosi brzydkie garnitury. Wdaje się w bezproduktywne dyskusje z przypadkowymi kelnerkami, bo każdą, choćby nieznacznie krytyczną opinię na temat swojej pracy traktuje jak zamach na własną tożsamość. Gdy mu źle, zamyka się w samochodzie i oddaje oczyszczającym wzruszeniom przy muzyce Elliotta Smitha (nie szydzę, użycie piosenki refleksyjnego wrażliwca, którego pogrążyły nałogi, w serialu o destrukcyjnym rozczarowaniu sobą, jest mistrzowskim posunięciem). Pewnego dnia Ron Trosper ma wystąpić przed współpracownikami z ważną prezentacją. I właśnie wtedy spada z krzesła, ku niekontrolowanej uciesze wszystkich, którzy widzą wywrotkę. Jest taki cytat precyzyjnie obrazujący dysproporcję zagrożeń, z którymi w patriarchalnym porządku mierzą się kobiety i mężczyźni, najczęściej przypisywany Margaret Atwood, choć podobno to nie autorka „Opowieści podręcznej” sformułowała tę myśl, a jej studenci i studentki. Mężczyzna boi się, że kobieta go wyśmieje, a kobieta boi się, że mężczyzna ją zabije. I ta pierwsza część jest właściwym punktem wyjścia, by zrozumieć głównego bohatera serialu „Krzesła”. Stereotypowy facet, socjalizowany w egotycznej kulturze, dotkliwie przeżywa publiczne upokorzenie. By pomścić swój, w tym przypadku dosłowny, upadek, jest gotów pójść na wojnę z całym światem. Albo przynajmniej producentem felernych krzeseł. Trosper rozpoczyna prywatne śledztwo, przekonany, że ma do czynienia z wielopiętrowym spiskiem, a w stopniowo wyniszczającej go wendecie towarzyszy mu nieoczekiwany i szemrany sojusznik – narwaniec uzależniony od porno. Gdy produkcje wielkich platform streamingowych coraz bardziej upodobniają się do siebie, jakby scenariusze pisało to samo narzędzie AI, któremu wydano dokładnie te same polecenia, Tim Robinson z bezwstydem złośliwego błazna miesza komedię z thrillerem w formalnie świeżej hybrydzie. „Krzesła” są nieobliczalne, niepokojące, gęste od groteskowych zwrotów akcji i abstrakcyjnych żartów. Ale serial jest też błyskotliwą refleksją nad tym, jak współczesna kultura nie pozwala mężczyznom na swobodną ekspresję emocjonalną i trywializuje tzw. „kryzys wieku średniego”. Uwaga, spoiler, choć akurat nie odbierze przyjemności z oglądania. Jedną z najbardziej poruszających scen w serialu jest ta, w której Ron Trosper ogląda rodzinne zdjęcia sprzed lat i płacze nad nieuchronnym upływem czasu.

*Reklama

Dziękujemy!

Kadr z serialu „Krzesła”, fot. Sarah Shatz/HBO

Komedia zażenowania, czyli łagodny masochizm

Ron Trosper jest nie tylko doskonale napisaną, ale i znakomicie zagraną postacią, a w roli głównej Robinson obsadził oczywiście sam siebie – ryzykownie, bo dłuższa, bardziej zniuansowana emocjonalnie opowieść wymaga znaczniej bardziej rozbudowanego emploi niż zwięzły, kilkuminutowy skecz. Wybrnął, więc tym bardziej zastanawia, dlaczego kierownictwo planu nie podchodziło do Robinsona szczególnie entuzjastycznie, gdy lata temu zaciągnął się na pokład „Saturday Night Live”. Skecze, w których występował, były regularnie skracane, aż wreszcie przeniesiono go z obsady do zespołu piszącego żarty. „Dzwonił do mnie w każdą niedzielę rano, kompletnie zdołowany. Zastanawiał się, czy w ogóle jest zabawny” – zdradzał kilka lat temu na łamach „The New York Times” aktor Sam Richardson, znany m.in. z popularnej w poprzedniej dekadzie politycznej satyry „Figurantka”. Richardson, podobnie jak twórca „Krzeseł”, pochodzi z Detroit i pamięta Robinsona jeszcze z występów w lokalnych amatorskich klubach ze standupem. „Byłem wtedy przekonany, że to najzabawniejszy gość na świecie. Jego żarty miały rytm, którego nie da się nauczyć. Naprawdę, czapki z głów. Nigdy nie widziałem, żeby położył dowcip. A przecież wszyscy czasem kładziemy. Tymczasem Tim za każdym razem potrafił przejąć piłkę i zrobić celny wsad” – to też Richardson i jego koszykarskie analogie. Sam Robinson podobno jest chorobliwie nieśmiały i małomówny. Gdy dziennikarz zadaje mu pytanie, zmienia temat i ostatecznie nigdy nie udziela odpowiedzi. „Podczas spotkania twarzą w twarz jest łagodny, uprzejmy, serdeczny. O rodzinie opowiada z nabożnym szacunkiem. Kocha być tatą, mówi, że ma wspaniałe dzieci, a jego żona, w której zakochał się jeszcze w liceum, pracuje jako inżynierka w Chryslerze. «Jest mądra» – zaznacza z przejęciem” – to fragment tego samego artykułu w „The New York Times”. Magazyn opublikował sylwetkę Robinsona dwa lata temu, gdy ten ruszał z kolejnym sezonem realizowanego dla Netfliksa cyklu komediowego „I Think You Should Leave”. Tytuł – „Myślę, że powinieneś wyjść” – wyjaśnia treść. Robinson wprowadza do nudnych, codziennych interakcji tyle napięcia i dyskomfortu, że wreszcie przekracza granice osoby czy osób biorących udział w rozmowie lub spotkaniu. Uprawia komedię zażenowania – podobnie jak wspomniany już Nathan Fielder, Larry David w swoim znakomitym serialu „Pohamuj entuzjam” czy twórcy amerykańskiego „Biura”. Cringe dziś okazuje się nie tylko popularnym językiem komedii, ale i estetyką, która – obok nostalgii – definiuje kulturę ostatnich dwóch dekad. Inscenizowany przypał może mieć potencjał terapeutyczny, zwłaszcza dla osób, u których kurtuazyjny kontakt jest źrodłem lęku. Niektórzy wprowadzają też teorię „łagodnego masochizmu”. Żart, który boli, oswaja z życiem, które sprawia jeszcze większy ból. Logiczne.

Dziękujemy!
( Esej ) ( Recenzja ) ( Wojciech Engelking )

Pieniądze nie istnieją

Dziękujemy!

Kadr z serialu „Krzesła”, fot. Sarah Shatz/HBO

Mężczyźni płaczą, słuchając Elliotta Smitha

W „Between The Bars”, piosence z płyty „Either/Or”, dialogującej z koncepcjami Kierkegaarda, tragicznie zmarły wokalista i kompozytor Elliott Smith wykłada podstępną naturę uzależnienia. „Bars” z tytułu to z jednej strony knajpy, po których krąży w alkoholowym amoku, a z drugiej – metalowe pręty więziennej celi. To nie przypadek, że akurat ten utwór wybrzmiewa w pierwszym odcinku „Krzeseł”, gdy Ron Trosper musi po raz pierwszy zmierzyć się z poczuciem kompromitacji, przetrawić wstyd. Śledztwo, które za chwilę rozpocznie, by dowieść, że nie jest godną politowania ciamajdą, bo to przecież złe krzesło było, wciągnie go jak nałóg. Odbije się na kondycji psychicznej, namiesza w życiu rodzinnym, zagrozi karierze. Tim Robinson konsekwentnie pisze komedię – nie tylko w „Krzesłach”, ale też w swoich wcześniejszych skeczach – o napompowanym męskim ego. Jego humor jest dosadny, ale nieuczciwie byłoby sprowadzać twórczość komika do tendencyjnej satyry na tradycyjną męskość, manifestowaną w karykaturalnych wybuchach złości. Mężczyźni grani przez Robinsona wrzeszczą. Ale mężczyźni grani przez Robinsona również płaczą. Po ciemku, przy muzyce Elliotta Smitha albo spazmatycznie podgryzając hot doga. Przeżywają konflikt wewnętrzny. Mężczyzna, którym powinni być, kłóci się w nich z mężczyzną, którym się czują. I tak serial o gościu, który spadł z krzesła, demaskuje duszące normy, które rządzą naszym społeczeństwem. Czy upadek Rona Trospera zwiastuje wyczekiwany upadek pewnego świata?

„Krzesła”, HBO, ocena po sześciu odcinkach: 8/10

( Mintowe Ciasteczka )

Nasza strona korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Jeżeli chcesz dowiedzieć się jak to działa, zapraszamy na stronę Polityka Prywatności.