Dlaczego literatura nie potrafi opowiedzieć o milenialsach? Esej Wojciecha Engelkinga
( 11.08.2026 )
Milenialsa spotyka się dziś wszędzie: w pracy, popkulturze, mediach i na platformach streamingowych. Dlaczego więc w powieści tak często zamiast jego życia dostajemy gotowy zestaw wyobrażeń o tym, jak to życie powinno wyglądać? Od Beatriz Serrano i Sally Rooney po Vincenza Latronica – szukamy wielkiej powieści milenialskiej, która być może nigdy nie powstanie.
Milenialsa spotyka się dziś wszędzie
„Auf der Suche nach dem Bürger”, „czyli W poszukiwaniu mieszczanina”. Pod takim tytułem w 1945 roku ukazał się esej węgierskiego filozofa Györgya Lukácsa, w którym autor pytał o kondycję literatury opowiadającej o życiu mieszczańskim i tworzonej dla mieszczan. Chociaż „literatury” to zbyt szeroko powiedziane. Gdy Zachód wygrzebywał się z II wojny światowej i jego miasta leżały w gruzach albo zapełniały się uchodźcami, ten, kto mówił: „literatura” i myślał o szerokim gronie odbiorców, zmierzał do jednego: do powieści.
„W poszukiwaniu mieszczanina?” – oto pytanie, które otwiera ów esej. „Czyż nie spotyka się go dzisiaj wszędzie? Czy kultura współczesna (przynajmniej na Zachodzie), od ekonomii aż po literaturę i muzykę, nie jest kulturą na wskroś mieszczańską?”. A mimo to, argumentuje Lukács, mieszczańskich powieści ze świecą szukać. Półki w księgarniach powinny uginać się pod ich ciężarem, tymczasem brakuje „epopei świata opuszczonego przez bogów”, która przedstawiłaby historyczno-społeczną totalność klasy mieszczańskiej przez ukazanie „typowych postaci w typowych okolicznościach” i zaprezentowałaby w ten sposób „historię życia prywatnego narodów” (to nie Lukács, lecz Balzak, wysoce przezeń ceniony).
Przywołuję te pytania, zadane u progu zamierzchłej epoki, bo chciałbym je dziś powtórzyć. Uważam, że współczesna literatura zachodnia znalazła się w sytuacji analogicznej do tej, o której pisał węgierski filozof. Zamiast portretu określonej klasy społecznej, literaturze brakuje dziś opisów pewnej grupy wiekowej. Grupą tą są milenialsi.
A przecież, jak niegdyś mieszczanie, tak dziś milenialsi dominują na rynkach pracy w zachodnich społeczeństwach (w Stanach w 2024 roku, wedle danych Departamentu Pracy, było to 34% wszystkich zatrudnionych), więc to oni powinni wyznaczać normy stylu życia, w imię których tworzy się dzieła kultury. To milenialsi stworzyli podstawowy w 2025 roku sposób konsumowania przemysłu kulturalnego, czyli platformy streamingowe. Ponadto, jeśli idzie o muzykę, najchętniej słucha się na nich właśnie artystów z tego pokolenia. Milenialsi wyprzedzają swoich kolegów i koleżanki z generacji X – dane podaję za „Wall Street Journal” – nawet pod względem awansów w życiu zawodowym; za chwilę odziedziczą też największy majątek w historii międzypokoleniowych transferów, przejmując go od pokolenia baby boomers. A mimo to zdają się grupą niemalże nieobecną we współczesnej literaturze. To wrażenie jest potęgowane przez kolejne medialne zawołania o wielką milenialską zachodnią powieść (jako pierwsza sformułowała je w 2015 roku brytyjska krytyczka Nathalie Olah), która dałaby pełny obraz życia tego pokolenia.
Korzystając z namysłu Lukácsa sprzed ponad półwiecza, chcę zawołanie Olah odrobinę odwrócić i powiedzieć: owszem, milenialsa, jak kiedyś mieszczanina, spotyka się dzisiaj wszędzie. Jednakże wielka zachodnia milenialska powieść, ukazująca wewnętrzne sprzeczności tej grupy – tego żądał od mieszczańskich pisarzy Węgier – nie powstała i nie powstanie. Co więcej: nie może powstać, ale nie ze względu na samych milenialsów. Postaram się wytłumaczyć, co jest źródłem kłopotu, na przykładzie dwóch powieści, które – mimo wszystko – udało się w Polsce przełożyć i wydać, a więc „Ogrodu rozpaczy ziemskich” Beatriz Serrano i „Intermezzo” Sally Rooney. Czemu wybrałem akurat te, okaże się w następnych akapitach. Na koniec wspomnę o jeszcze jednej, która stanowi wyjątek od opisywanej przeze mnie reguły – ku czemu jednak ten wyjątek milenialską powieść zaprowadzi, nie sposób dziś przewidzieć.
ilustracja: Kamil Rekosz
Powieść jak ubranie we właściwym rozmiarze
Wielka milenialska powieść została unicestwiona, zanim ktokolwiek zdołał ją stworzyć, tym zaś, co ją unicestwiło, był właśnie nacisk na to, by powstała. Zasadnicze okazało się jednak nie to, o jaką grupę wiekową chodziło – ta zwyczajnie się napatoczyła, znalazła w niewłaściwym miejscu i, co kluczowe, w niewłaściwym czasie. Zabójcze w owym roszczeniu było, że dotyczyło ono właśnie powieści.
Wspomniany apel opierał się na dwóch przekonaniach. Pierwsze z nich zakładało, że taka powieść zwyczajnie musi powstać. Nie sposób, sądzono, by tak liczna grupa wiekowa uniknęła szansy na samostanowienie w literaturze. Drugie, lukácsowe z ducha: że to, co powstanie, musi być powieścią właśnie. Przekonanie krytyków, że ten gatunek może pomieścić prawdziwszy obraz rzeczywistości niż inne, wyrastało z przeświadczenia, że współczesne życie strukturalnie jest powieści właśnie najbliższe, dlatego nie ma co szukać lepszej formy na jego opisanie. Miałaby powieść być jak ubranie we właściwym rozmiarze: można spróbować wdziać mniejsze, ale po co?
Gdy najmłodsi milenialsi dojrzewali w latach 90., w istocie tak było: powieść zagarniała, co się dało. Przełom wieków był czasem tryumfu tego gatunku w jego wysokoartystycznym wydaniu: właśnie po powieść wówczas sięgano, by zrozumieć, co się komu przydarzyło w życiu i co się jeszcze może przydarzyć. Robiła to przede wszystkim dorosła już wówczas generacja X, która doczekała się własnych wielkich pisarzy w rodzaju Breta Eastona Ellisa. To było oczywiste: kto chce zrozumieć pokoleniowe doświadczenia, w księgarni kieruje się do działu, w którym sprzedają powieści.
Czy to z tej popularności wyniknęły wołania o wielką powieść milenialską i przekonanie, że takowa powstanie? Nie. Na hegemoniczną pozycję powieści w dyskursie lat 90. wpłynęło coś więcej. Umocnił się wówczas dogmat, że świat zastygł w swojej właściwej formie, za którą, w kontekście politycznym, uznano liberalną demokrację. Ten dogmat wydał wiele zatrutych owoców. Przyjęto, że nie ma sensu walczyć o dalsze zmiany, bo zachodnie społeczeństwa są na najwyższym etapie rozwoju, a ludzie powinni żyć wedle ustalonych norm. Używając terminologii Guya Deborda i Jeana Baudrillarda, w latach 90. życie stało się więc inscenizacją i reprezentacją tych norm, które narzucała liberalna demokracja. Nie chodzi mi tylko o to, że wówczas pojawiły się zasady dyktujące, jak powinno wyglądać życie osób identyfikujących się jako X i Y. Tak było w społeczeństwach Zachodu zawsze. Pod koniec XX wieku te oczekiwania zaczęły jednak w radykalny sposób poprzedzać życie jako takie, regulując każdy możliwy aspekt codzienności i pozostawiając niewiele przestrzeni na dowolność.
Milenialsi są ofiarą tych oczekiwań. Znaleźli się w świecie w roli tych, którzy mieli przeprowadzić go z tysiąclecia do tysiąclecia, jako, zgodnie z porządkiem alfabetu, przedostatnie pokolenie w historii świata. Jednocześnie lwią część sposobów, które mieli stosować, wypracowano w świecie lat 90.; jeden z tych sposobów zakładał, że główny gatunek literacki, w którym człowiek wyraża swoje doświadczenie, to powieść.
Wzorce
We wprowadzeniu do sążnistego kompendium „The Edinburgh Companion to the Millennial Novel” Loïc Bourdeau oraz Christopher Lloyd wymieniają kilka cech powieści milenialskiej, w których manifestuje się radykalne poprzedzenie życia przez wyobrażenia o życiu. Wyliczmy: pisanie utworu literackiego z określonym nastawieniem do świata (a więc z ambicją, by się z nim rozprawić, a nie przedstawić), odtwarzanie „wzorca życia społecznego poprzez antyfizyczność i ulotność postaci”, przekonanie o uwarunkowaniu ludzkiej biografii przez czynniki takie jak klasa oraz płeć. Nagromadzenie tych cech sprawia, że „nastawiona na vibe (…), formalnie powieść milenialsów rozkoszuje się cienkością swojej powierzchni, tym, że posiada ona żywy, precyzyjny estetyzm i odtwarza pewne idiomy oraz postawy zakorzenione w konkretnych doświadczeniach”. Zgadzając się z większością przytoczonego zdania, polemizuję z jego ostatnią częścią. Idzie mi o to, że konkretne doświadczenia w powieści milenialskiej pozbawione są konkretności. Nie funkcjonują jako odbicia kierowanych dowolnością i przypadkowością ludzkich zachowań, ale mają manifestować daną formę życia, będąc odzwierciedleniem abstrakcji, idiomów i postaw, nie na odwrót.
Ten brak konkretu można dostrzec w „Ogrodzie rozpaczy ziemskich” Beatriz Serrano. Oto mamy trzydziestolatkę w Madrycie, nieźle wynagradzaną pracowniczkę agencji reklamowej; jeśli chodzi o życie prywatne, potrzeby fizjologiczne zaspokaja, umawiając się na szybki seks z sąsiadem. Oprócz tego ostatniego, jej rozrywki sprowadzają się do picia wina na balkonie i przeglądania YouTube’a. Pracy szczerze nie cierpi, a ta niechęć osiąga punkt zwrotny, kiedy samobójstwo popełnia jedna ze starszych koleżanek, z którą chciała nawiązać bliższą relację. Pewnego razu – oto Ogrodu… finał – wyjeżdża z całym zespołem na wycieczkę integracyjną, podczas której wygłasza wykład na temat feminizmu. Wykład nie jest ani spektakularnym sukcesem, ani klęską. Tyle.
„Ogród rozpaczy ziemskich” nie jest opowieścią o życiu: nie opisuje doświadczeń, które byłyby unikalne dlatego, że przeżywa je właśnie bohaterka tego utworu. W tej książce mamy raczej do czynienia ze zbiorem zawczasu obecnych w dyskursie (i przez to stereotypowych) reprezentacji życia: pracy, seksu, alienacji, używek, mediów społecznościowych. To, co przeżyte, trafiło do utworu Serrano od razu zapośredniczone we wskazaniu, jak powinno być przeżyte. Bohaterka utworu Hiszpanki jako bohaterka powieści milenialskiej nie staje się milenialką, ponieważ doświadcza konkretnych wydarzeń, które ją kształtują: doświadcza ich, ponieważ jest milenialką, więc taka jest jej zadana tożsamość. W efekcie wydarzenia tracą walor konkretności, konieczny, by – zgodnie z myśleniem Lukácsa – stały się faktycznie powieściowymi.
W „Teorii powieści” filozof przedstawiał dwie strategie organizacji tego gatunku. Pierwszą z nich, skompromitowaną w powieści Serrano, nazywał abstrakcyjnym idealizmem. Jej bohaterką jest „dusza, która nie może już znaleźć świata odpowiadającego jej ideom”. Te ostatnie, powiada Lukács, istnieją wyłącznie w jej świadomości, a świat powieściowy tylko czeka, by się za to na duszy zemścić. Przykładem podobnej duszy jest dla Lukácsa „Don Kichot”. Bohaterowi powieści Cervantesa wiatraki wydają się olbrzymami; świat mu jednak prędko udowadnia, że nie są one niczym więcej niźli wiatrakami. Bohaterka „Ogrodu rozpaczy ziemskich” – owszem – nie widzi świata, ale zbiór idei, czyli wspomnianych olbrzymów. Gdy rozpłyną się w powietrzu, zamiast nich ukaże się nie prawdziwe życie, lecz pustka.
ilustracja: Kamil Rekosz
Literatura jest udanym produktem?
Przywołałem „Ogród…” jako powieść pomijalną: jedną z wielu, które pojawiały się w ostatniej dekadzie na powierzchni dyskursu, przez chwilę były medialnymi wydarzeniami, a potem słuch o nich ginął. Stanowiły próby wprowadzenia w życie wskazanego wyżej przekonania: że powieść milenialska kiedyś w końcu powstanie, bo ta grupa wiekowa, jak każda, będzie dążyła do literackiej autorefleksji. Owo przekonanie pochodzi spoza sfery estetyki i ludzkiego samorozumienia, stanowiąc raczej przykład myślenia biznesowego: o literaturze jako o produkcie.
To teza postawiona kilka lat temu przez brytyjską pisarkę, krytyczkę i fellow millennial Olivię Sudjic. Sudijc wskazywała, że wołanie o wielką powieść milenialską to element biznesowej strategii, której jedynym celem jest sprzedawanie innym milenialsom czegoś, co udaje ich własną historię. Najdoskonalszym przykładem wykreowania w jej ramach udanego produktu (z technicznego punktu widzenia są to znakomite powieści) jest twórczość Sally Rooney. Jeżeli Serrano jest nazwiskiem, które pojawiło się i zniknie, z Rooney jest inaczej. Jej ostatnia powieść, acz odmienna od „Ogrodu…”, również kompromituje pewną strategię organizacji gatunku powieściowego, którą wskazywał w „Teorii powieści” Lukács – i ujawnia popadnięcie milenialskiego myślenia w utrwalone formy, nie zaś w samo życie.
Kluczowy w ostatniej powieści Rooney jest tytuł. Wskazuje on na moment przejściowy i w takim też znajduje się dwójka bohaterów. Pierwszy z braci jest prawnikiem po trzydziestce, drugi – nieco młodszym, niegdyś genialnym szachistą. Obydwaj są do świata niedopasowani, co objawia się w tym, jak wyglądają ich związki: starszy uwikłany jest w dwa, jeden dobrze wyglądający na papierze, z ambitną równolatką, drugi gorzej – ze studentką, którą sponsoruje. Z kolei młodszy brat romansuje z kobietą w wieku brata starszego. Na koniec udaje się rodzeństwu nawiązać nić porozumienia, choć ich relacja była dotychczas oparta na wzajemnym wytykaniu sobie wad.
Już na poziomie tytułu powieść Rooney odnosi się do sposobu myślenia, który życie traktuje jedynie jako własną reprezentację. Pisarka nie pragnie oddać realistycznej dynamiki kluczowych momentów w ludzkim życiu, które mają swoją autonomiczną logikę, bo zazwyczaj nie wiadomo, jak i czy w ogóle się skończą. Kryzys wieku średniego, którego reprezentację opisuje Rooney, jest od razu elementem całościowo pomyślanej biografii; elementem większego sensu, który posiadać może forma życia, a nie życie samo.
W drugim z wyszczególnionych przezeń sposobów organizacji powieści – nazywanym romantyzmem rozczarowania – Lukács dostrzegał stan świadomości, która tęskni za utraconą jednością, nie wierząc w możliwość jej realizacji. W nowej powieści Rooney mamy do czynienia z paradoksem: z jednej strony ta jedność nie zostaje utracona, gdyż zapewniają ją reprezentacje, z drugiej: nie oznacza to, że bohaterowie Irlandki nie odczuwają owej tęsknoty. Ona bierze się z tego, że forma życia, która jest im zadana i którą żyją, tę tęsknotę zakłada. W efekcie, do czego namawiał pisarzy pragnących stworzyć powieść mieszczańską Lukács, nie podejmują z nią walki, i sama forma powieściowa również tego nie robi.
Rozczarowania
Dekada, w której szczególnie głośno zanoszono apele o napisanie wielkiej milenialskiej powieści, czyli drugie dziesięciolecie XXI wieku, była w zachodnim dyskursie dekadą przejrzenia na oczy. Okazało się wówczas, że to, co wypracowaliśmy sobie u schyłku poprzedniego stulecia (czy też: co dla milenialsów wypracowano u schyłku poprzedniego stulecia), wcale nie jest najbardziej zaawansowaną ani nawet ostateczną wersją pożądanych układów społecznych. Przejrzenie to wydarzyło się – jak się zdaje – wszędzie poza literaturą, z wyjątkiem jednego może zachodniego pisarza.
„Do perfekcji” Vincenza Latronica jest przykładem z tego gatunku, który Lukács nazywał realistycznym idealizmem – formą pojednania między dwoma opisywanymi wyżej trybami pisania o doświadczeniu w powieści. Pojednanie to zasadza się na tym, jak pisze filozof, że postaci takiej powieści nie szukają już większego sensu poza życiem, dostrzegając go takim, jakie ono jest – nawet wówczas, gdy składa się już z samych idei i i ich reprezentacji. Tak jest w wypadku milenialskich bohaterów Latronica, świadomie żyjących nie życie, ale sposób życia. I oni, i ich twórca znakomicie zdają sobie sprawę: życie nie jest im dostępne, dostępna jest wyłącznie jego reprezentacja. Stworzyć powieść milenialską – znaleźć milenialsa – oznacza więc opisać tę reprezentację. Powiada Lukács: „Wielki realista nie przywraca sensu światu przez idee, lecz odkrywa sens w jego wewnętrznym porządku. (…) Wielcy powieściopisarze realistyczni osiągają pojednanie nie poprzez transcendencję, lecz poprzez całkowite zanurzenie w immanencji”: nie poprzez szukanie sensu na zewnątrz, ale dostrzeżenie go w tym, co wydarza się tu i teraz.
Historia zachodniego ducha widziała już wiele gatunków literackich, które po latach swej świetności stały się co najwyżej ciekawostkami. Jeżeli powieść nie zanurzy się w życiu na nowo, czeka ją podobna przyszłość.
Tekst został opublikowany w drugim roczniku drukowanego magazynu „Mint” (2026).