Reksio mieszkał ciekawiej niż my. Dlaczego nasze mieszkania straciły osobowość
( 28.07.2026 )
Nawet gdy ma się dziś kredyt, to mieszka się w produkcie finansowym, który ma drożeć w nieskończoność. Procentującą w czasie inwestycją stały się już także metraże usługowe: patokawalerki i garaże (nierzadko o zbliżonej powierzchni). Kolejki ustawiają się do komórek lokatorskich, piwnic, schowków na miotły, skrzynek pocztowych i lęgowych budek. Tylko czekać, aż będzie można sobie pomieszkać na godziny w dużym automacie paczkowym.
Z serialu o Reksiu lubiłem tylko odcinek, w którym ten neurotyczny kundel ujawnia wnętrze swojej budy. Nie ja jeden; wielu pamięta w zasadzie tylko ten epizod. Półka, trzy książki, lampuchna, wyłącznik, szczęśliwy Reksio w wyrku, a nad wyrkiem pamiątka: portret Reksia bobasa ze smoczkiem w pysku. Odcinek „Reksio i świerszcz”, bo w nim pokazano tę przytulną mikrokawalerkę, zaspokoił wczesne potrzeby w zakresie podglądactwa wnętrz – fetyszu wielu dorosłych w każdym wieku. Reksia zastępuje dziś godnie pindylion portali, profili na social mediach i papierowych periodyków. Pełno w nich mieszkań oraz domów jak spod igły, wypieszczonych przez architektów wnętrz i stylistów, z PR-owymi poezjami od ultrasów wnętrzarstwa. A w internecie, pod zdjęciami: nalot zachwytów, serduszka, lajki, kubły cukru. Czasem tylko nieśmiało ktoś jęknie, że nie wie, czy to mieszkanie, hotel, czy może już biuro. Fakt, dziś coraz trudniej je odróżnić – i bardzo dobrze, bo sprzyja to stymulującej mózg zabawie w wytęż wzrok i znajdź dziesięć szczegółów, którymi różnią się dwie wylizane fotorelacje.
Liże je zresztą chyba ten sam jęzor. Wszędzie szarości, beże, omdlałe biele, a jeśli kolor, to barwy wczesnej fermentacji. Wszystko kojąco mgliste, rozmiękłe, bez kontrastów, napięć, blików słońca, widoków z okien, nawet jeżeli w realu wnętrza te jednak jakoś się od siebie różnią. Mili ludzie powiedzą, że trochę Vermeer, niemili, że rozgotowane kluchy. Bez ryzyka w postaci żywej barwnej plamy, wygłupu, mebla od czapy, czegoś osobistego, niechby i z jarmarku czy rupieciarni, po babci albo nawet po sobie samym z dawnych czasów. Żadnych kompromitujących Reksiów ze smoczkiem. Co więcej, wnętrza te są samowystarczalne – ich zdjęcia zawierają zero procent ludzi, którzy by tylko bałaganili, psuli i zużywali. Elegancja, sterylność, bezczas i, słowo klucz, bezpieczeństwo.
Wszystko mieści się bowiem w trendzie, który – z myślą o młodszych oraz starszych aspirantach klasy średniej – miesza modernę z powściągliwą klasyką i smaży je na wolnym hygge. To bezpieczny trend łączący mieszkania, hotele i droższe knajpy, co w Polsce stanowi wspaniałe novum. Można teleportować się autem do hotelu odległego o setki kilometrów i nadal być u siebie w domu lub w pracy, z jako taką szansą na odmienny widok z okna. Jak Alicja po drugiej stronie lustra: musiała gnać, by nie ruszyć się z miejsca. I jeszcze: trafić dziś do knajpy z wystrojem sprzed dwóch lub trzech dekad, to jak znaleźć termin u lekarza specjalisty na przyszły wtorek. Żadnych palimpsestów. Wszystko nowe. Polskie wnętrza to dziś nie paw ani papuga, barwne szaleństwem postmodernizmu. Zmieniły się w szaro-beżowego gada, który co jakiś czas musi zmieniać skórę, zacierając ślady przeszłości. Zofia Rydet umarłaby na ten widok z nudów, ale Rydet nie ma, zeszła z innych powodów, są za to i rządzą lokatorzy, a w zasadzie inwestorzy, bo ostatnio każde lokum przesunęło się do wora z napisem „inwestycja” lub „lokata kapitału” (słowo „lokator” nabiera nowego sensu).
Ilustracja: Piotr Grabowski
I tak, nawet gdy ma się dziś kredyt, to mieszka się w produkcie finansowym, który ma drożeć w nieskończoność. Procentującą w czasie inwestycją stały się już także metraże usługowe: patokawalerki i garaże (nierzadko o zbliżonej powierzchni). Kolejki ustawiają się do komórek lokatorskich, piwnic, schowków na miotły, skrzynek pocztowych i lęgowych budek. Tylko czekać, aż będzie można sobie pomieszkać na godziny w dużym automacie paczkowym. Metr kwadratowy to dziś twarda waluta, realny ekwiwalent bitcoina. Nie można osłabiać go indywidualną okrasą – wystrojem nie od szablonu, który utrudni obrót lub wynajem. Wreszcie, koszt wzbogacenia od środka półproduktu zwanego stanem deweloperskim jest tak duży, że lepiej nie ryzykować. Da się architektowi wnętrz zgodę na szaleństwo, a potem zostanie się jak Himilsbach z angielskim, bo było to szaleństwo wnętrzarza, a nie własne. Dla inwestora pożądanym odpałem byłaby na przykład sentymentalna fototapeta. Dobrze jednak wie, że za taką patologię opuszczą go aspiracyjni znajomi, a opieka społeczna zrobi najazd na chatę, by sprawdzić, czym jeszcze naraża dobrostan, zdrowie i przyszłą pozycję swoich dzieci. Idzie więc w standard, mimo że chciałby inaczej. Dowodzą tego najnowsze badania reakcji mózgu. Co innego podoba się ludziom naprawdę (neurony wariują), a co innego deklarują potem ustnie (neurony mają to gdzieś).
Architekci od wystroju i aranżacji nie wyskakują więc z szalonymi pomysłami, bo przecież chcą jeść. Poddają się klientom bez bicia. Z robienia wnętrz jest zresztą nierzadko więcej forsy, niż z projektowania architektury mieszkaniowej w szerszym zakresie. Tym bardziej że w cenie projektu muszą znaleźć się poprawki do świeżo oddanych inwestycji – mieszkań o jakości odpowiadającej marnej zapłacie za projekt całego budynku. Przesuwanie kontaktów, ścianek działowych, walka z idiotycznymi portfenetrami, zabiegi o jako taką ustawność – to wszystko pompuje kieszenie wnętrzarzy. Czasem są oni i projektantami kiepskiego bloku, i łataczami własnych błędów – w roli projektantów wnętrz. Jak ktoś ma skłonność do paranoi, to wywęszy spisek. Kto wie, czy nie słusznie. W październikowym numerze miesięcznika „Architektura & Biznes” młoda architektka pisze o tym, jak powszechnie wnętrzarze ratują projekty „normalnych” architektów. Trudno przy tym uwierzyć, że ci ostatni nie wiedzą, jak poprawnie wygospodarować miejsce na łóżko lub biurko. Jak nic, biorą dolę za dostarczanie kolegom od wnętrz materiału do licznych poprawek.
Potem, gdy spiskowcy ogarną wszystkie korekty, machają te beżowo-szare wnętrza, które mają jeszcze ten atut, że koją nerwy mieszkańców, zszarpane ilością wydanych na lokum pieniędzy. Informują też, że jesteśmy już w Polsce raczej poważni. Może nie old money, ale i nie wrzaskliwi nouveaux riches. No i pieszczone wnętrza nie pierwszy raz w historii mają chronić przed chaosem zewnętrznego świata, nawet jeśli w Polsce jest to nadal chaos wyobrażony. Klasa aspiracyjna zawsze boi się jednak na zapas. Było tak w mieszkaniach dziewiętnastowiecznych bourgeois, podobnie mościliśmy się w PRL-u. To kolejna odsłona beżowoszarej terapii wiecznym hygge, dalekim echem przytulnej i luksusowej – jak na kundla – reksiowej budy. Czy te wystroje nam w czymś pomogą? Twórca Reksia chciał, by bohater w ostatnim odcinku popelnił samobójstwo. Siekierą. Nie miał na ratę kredytu? Poturbowała go płynna nowoczesność? Wystraszyła wizja wojny? Co prawda wytwórnia uratowała neurotyka, w ostatnim kadrze psina niby się uśmiecha, ale wnioski i tak budzą niepokój.
Tekst został opublikowany w drugim roczniku drukowanego magazynu „Mint” (2026).