Kawa chodzi za mną od lat. Rozmowa z Dominiką Olszowy
( 15.01.2026 )
Skupiam się na otoczeniu. To chyba wynika z tego, że nie mam siły iść dalej, więc ogarniam lokalne podwórko. Zresztą miałam z tego powodu wyrzuty sumienia, ale potem to zaakceptowałam i uznałam, że jest ok.
Na wernisaż twojej nowej wystawy „Elementy dekoracyjne wnętrz” w Zamku Ujazdowskim szłam z myślą, że kawy już na pewno nie będzie, bo ile można? A tu cała sala z obrazami z rozlaną kawą!
Kawa chodzi za mną od wielu lat. Fascynuje mnie estetyka, którą zbudowaliśmy wokół niej. Dekoracje wnętrz, kolory, instalacje i kawiarniane rzeźby. Różne graficzne przedstawienia filiżanek, piany z mleka, pary – w reklamach często są panie, które wynurzają się z kawy i wirują, albo wędrujące po domu dłonie z dymu budzące rano mieszkańców. Jest jeszcze kultura wypalania ziaren, parzenia kawy. Ale mnie ten wyselekcjonowany produkt nie kręci, tylko ten dla wszystkich, uniwersalny.
Kawa to rytuał codzienności. Trochę banał.
Bardzo lubię banał i jego potencjał. Mogę dotrzeć do wielu osób poprzez kawę. Podoba mi się ambiwalencja związana z kawą – z jednej strony uczucie spokoju, relaksu, a z drugiej napięcie, kofeinowe drgawki, kop do zapierdzielania. Nawet jak ktoś kawy nie pije, to się z nią na co dzień styka. To czarna tafla, którą przerabiam na swój sposób i nadaję jej nowe znaczenia.
Dominika Olszowy, „Elementy dekoracyjne wnętrz”, fot. Tomasz Koszewnik, dzięki uprzejmości CSW Zamek Ujazdowski w Warszawie
Powinnam chyba przyznać, że wkurzają mnie twoje prace. Te beże, panele, rzeczy oblepione ni to błotem, ni betonem. Pokraczne, trudno to znieść. Ciekawe odczucie.
Bardzo mi miło. Może chodzi o sztuczność, której używam? Chcę właśnie przez to wydobyć autentyczność. Te beże też mi coś robią, ale nie potrafię nazwać tego odczucia. Niby ktoś chciał zrobić ładnie, ale wyszło tak, że jest nieprzyjemnie, robi ci się troszkę niedobrze. Moim zdaniem to ładne, ale mam świadomość, że jednocześnie jest brzydkie. Brzydota jest zwyczajna, prawdziwa. Piękna!
W moim rodzinnym domu szlachetność, prawdziwość materiałów była ważna. Drewno, skóra. Były skórzane komplety wypoczynkowe. Czarne, eleganckie. Może to bycie w kontrze do domu rodzinnego? Teraz pomyślałam, że zahaczam o dom, ale chcę też dotknąć czegoś innego – dlaczego coś jest uważane za brzydkie, złe? Ktoś urządza dom tak jak pozwalają mu na to finanse, wychowanie, gust – a ktoś inny to podważa, twierdzi, że to brzydkie, tanie, kiczowate.
Nie boisz się, że twoja wystawa może zostać odebrana właśnie jako krytyka, naśmiewanie się?
Jest takie ryzyko. Nie chciałabym przekroczyć tej granicy i być odbierana jako osoba, która się naśmiewa z estetyki taniego wnętrza. Wystarczy, że sztuka sama w sobie jest elitarna. Podobają mi się rzeczy, które dla większości osób z mojego środowiska są brzydkie. Ludzi nie stać na to, żeby kupić rzeczy naturalne, szlachetne – i ja to właśnie lubię, bo to jest prawdziwe. Ta estetyka dużo o nas mówi, skoro ludzie masowo ją wybierają.
Dominika Olszowy, „Elementy dekoracyjne wnętrz”, fot. Tomasz Koszewnik, dzięki uprzejmości CSW Zamek Ujazdowski w Warszawie
Pochodzisz z zamożnego domu, ale po śmierci twojego ojca było wam trudniej. Może te biedne wnętrza też są opowieścią o stracie?
Może tak być. Śmierć cały czas za mną idzie. Cały czas muszę o tym mówić, co mnie męczy. Nagła śmierć taty spowodowała, że wszystko się wywróciło do góry nogami – a miałam piękny, bogaty dom i kochającą się rodzinę. Mama się rozchorowała, wszystko się posypało. Żyjesz jako nastolatka w przekonaniu, że świat jest taki, jaki jest, a nagle się okazuje, że wygląda zupełnie inaczej – na przykład, że trzeba zarobić pieniądze, i że nie jest to łatwe. Musiałam iść do pracy, żeby studiować. Śmierć była traumatyczna, ale traumatyczne było też to, że moje życie zmieniło się diametralnie. Mam poczucie jakby to były dwa różne światy: życie przed śmiercią i po niej.
Najnowsza wystawa jest trochę jak dom. Mam poczucie, że tytułowe „Elementy dekoracyjne wnętrz” zakrywają prawdziwe wnętrze tego domu.
Z zewnątrz wydaje się, że w środku jest ciepło i miło, ale w każdym domu wydarzają się tragedie.
Kiedy zaczynałam pracę nad tą wystawą, chciałam zrobić nic. Zastanawiałam się, czy nie zagrać pustką. Zgasić światło, wybić szyby i niech tam hula wiatr i mróz. To by było najbliższe mojemu stanowi i momentowi, w którym jestem teraz w sztuce.
Dlatego dałaś na wystawę „Cmentarz wiecznego wypoczynku”, pracę z 2008 roku?
Stworzyłam tę pracę w Zamku Ujazdowskim na inną wystawę, tylko wtedy pokazałam ją w tej pierwszej sali. Ale teraz okna są tam odsłonięte, więc tym razem przesunęłam pracę o salę dalej, w miejsce bez okien. Wróciłam do tego dzieła, bo wydało mi idealnym komentarzem do wystawy o kryzysach, o wypaleniu zawodowym.
„Cmentarz…” to połączenie śmierci, pracy i wypoczynku: nawiązanie do przepracowania. Narzuciłam sobie zabójcze tempo, kiedy powstawał. Cały czas w nim jestem. Zajeżdżanie siebie to chyba moja ucieczka, ale chodzi też o przetrwanie. Ciężko jest żyć ze sztuki — biorę wszystko, żeby mieć pieniądze na życie.
Pikowane obiekty skojarzyły mi się z trumienkami dziecięcymi. Śmierć twojego dzieciństwa?
W sumie może być o tym, że ono się tak nagle skończyło. Ale ja nigdy w ten sposób nie myślałam o tej pracy. Mój tata umarł na raka. Cierpiał z bólu, leżąc właśnie na skórzanym wypoczynku. Myślę, że podświadomie zrobiłam to cmentarzysko ze skóry w kolorze ciała, skóry, która po śmierci rozkłada się jako pierwsza. Te mebelki są nierówne, ułomne, trochę jakby chore.
Wystawa „Odsłonięty brzuszek” sprzed dwóch lat też jest o braku sił i kryzysie. Nie opuszcza cię to.
„Cmentarz…” był też dowcipem. Nauczyłam się śmiać z mojej tragedii. Potrafiłam i potrafię do dzisiaj żartować ze śmierci mojego ojca. To mi ułatwia przetrwanie.
A jak się żartuje ze śmierci ojca?
Bardzo głupio. Najlepiej z koleżankami, które doświadczyły podobnych strat i traum. Śmierć bliskich jest najtrudniejsza i ustawia dużo tematów w życiu. Mi umarło już bardzo dużo bliskich osób. I weź rób sztukę po takim doświadczeniu. Albo weź nie rób o tym. Wydaje mi się, że przez to moje granice w dotykaniu spraw tabu zostały przesunięte gdzieś dalej.
Od paru lat przechodzę wypalenie zawodowe, ale dopiero od niedawna mogę powiedzieć, że to jest to. Wcześniej tego nie wiedziałam. Czuję się, jakbym orała pole, z którego wyciągam czasem malutkie, śliczne kryształki. To pole jest ogromne. Usłyszałam w jakimś podcaście, że wypalenie zawodowe to moment, kiedy zaczynasz nienawidzić to, co wcześniej kochałaś. Czuję gulę w gardle, kiedy myślę o pracy, a jednocześnie gdzieś tam daleko bardzo to kocham. Okropne i mocne uczucie.
Dominika Olszowy, autoportret
Stąd wystawa „Globus histericus”?
Tak, chciałam z pomocą wystawy przecisnąć za dużą kulkę przez za małe gardło. Wtedy byłam w żałobie po wujku, a musiałam zrobić solową wystawę. Ciężko mi było nie powiedzieć, jak się właśnie czuję. Ale chciałam, żeby wystawa nie była tylko ciężka – żeby miała też lekkość i nadzieję na zmianę.
Dzięki sztuce materializujesz różne emocje, odczucia.
Chciałabym, żeby była uniwersalna. Gałkę osobistych emocji przekręcam na chłód.
Materializuję atmosferę, energię – te miękkie „rzeczy”, ale też efemeryczne, jak na przykład światło. Staram się je zatrzymać. To się wiąże ze śmiercią. Staram się utwardzić to, co zaraz może odejść, co może zniknąć. Jak para po gorącej kawie.
Kojarzy mi się to z pukaniem do drzwi— to tytuł jednej z prac na wystawie.
Chciałam wyłapać stan zdenerwowania, który możesz czuć, kiedy jesteś bezpieczna u siebie w domu, i nagle ktoś puka. Jesteś ciekawa, a jednocześnie zaniepokojona. Ten niepokój jest dziwny, a zarazem naturalny, bo oddaliliśmy się od siebie i nie odwiedzamy się spontanicznie. To ciekawa sytuacja w kontekście poczucia bezpieczeństwa w domu.
Czy bardziej jego braku? W twoim domu — na wystawie nie jest milutko, raczej lękowo i trochę jak z horroru. Ptaki rozbijają się o okna…
Zobaczyłam takie odbicie u siebie w domu. To jest jak malarstwo, rysunek. Piękne, jakby ktoś ptaka umoczył w jakimś pyle i wazelinie. Widać na szybie nóżki, skrzydełka. Ślad. Może przeżył?
Dominika Olszowy, „Elementy dekoracyjne wnętrz”, fot. Tomasz Koszewnik, dzięki uprzejmości CSW Zamek Ujazdowski w Warszawie
Oby. Złapałaś słońce w firankę. Jest trochę jak duch.
To jest o niemocy. Słońce próbuje wyjść, ale jest jednak przytrzymane, zmaga się z firankami, które są zalepione. Próbuje się wydostać, ale nie może. Ale jest jednak słońcem – czymś jasnym, niematerialnym światłem. Może wyjdzie.
W ostatniej sali są jakby wycinki wnętrz.
Dom z czarną dziurą. Miękkie okno, które spływa. Tak, ten dom się burzy.
I wchodzi natura, na przykład mokry piach, który wygląda jakby był przed chwilą wyjęty z rzeki.
Kocham naturę i dobrze się w niej czuję. To jedna z niewielu rzeczy, która szybko koi. Przeczytałam notatkę o tym, że dawniej w Polsce wierzono w to, że jaskółki na zimę nie wylatują do ciepłych krajów, tylko zakopują się w piasku w pobliżu rzeki czy jeziora. To mnie wzruszyło, ale też rozbawiło, że ludzie naprawdę wierzyli, że te małe ptaszki zakopują się w mokrym piachu, żeby przezimować. Wydało mi się to zaskakująco trafne i piękne w kontekście kryzysów, z którymi walczę i o których jest ta wystawa. Pojawia się ziemia, która jest związana ze śmiercią, bo zakrywa ciała, skrywa kości. To mogłyby być groby jaskółek, ale one jednak starają się przeczekać zimę i wylecą na wiosnę.
Dominika Olszowy, „Elementy dekoracyjne wnętrz”, fot. Tomasz Koszewnik, dzięki uprzejmości CSW Zamek Ujazdowski w Warszawie
Dotykałam tego piachu – jest chyba w zastygniętym kleju. Łączysz naturalne ze sztucznym.
Może dlatego, że ludzie tacy są, że naturę usztuczniają. Używam w pracach piachu też dlatego, że na świecie to towar deficytowy. Na taką skalę, że powstają mafie piaskowe, które potrafią ukraść całe plaże czy wyspy. Piasku używamy do nowych technologii, produkcji szkła, silikonu do powiększania piersi, czy w budownictwie – to beton do tworzenia naszych domów. Żyjemy w świecie nie tylko deficytu wody, bez której po prostu nie ma życia, ale też piasku. Pracuję teraz nad rzeźbą – wysychającym źródłem piasku. Będzie to pomnik fontanny, który stanie na Placu Centralnym w Warszawie.
Zaraz będą pewnie komentarze, że to fontanna gówna, że gówno wybiło w centrum Warszawy.
Dlaczego tak myślisz?
Bo robię niedopieszczone formy, brzydko-ładne. Wydaje mi się, że uodporniłam się na tego typu komentarze, a jednak wciąż trochę się boję tego hejtu.
Dużo u ciebie rozlanych, zastygłych cieczy, kropel, lepkości, iluzji wody.
Mokrych szmat.
Brudu, błota…
Powinnam zrobić wystawę „Szmaty i ciecze”.
O co chodzi?
Chyba o brudki, o wilgotność, która jest przeszywająca, nieprzyjemna, ale żywa. Woda to życie. Może też o to, że kiedyś przyśniła mi się śmierć, która była czarną materią, trochę jak błoto z drobinami tęczowych odblasków, a trochę jak tłuste opalizujące kałuże na asfalcie. Miks asfaltu, ziemi i tęczy — nieprzyjemne, ale też piękne. Zawsze myślałam, że to mleko, a to pewnie jest olej czy benzyna. Interesują mnie kałuże. Wydaje mi się, że to się bierze z fascynacji codziennością. Idziesz, patrzysz w ziemię i widzisz jakieś brudne rzeczy w kałużach. Kałuże są piękne. Nikt ich nie zauważa, a tak naprawdę to takie widoki budują naszą codzienność.
Skupiam się na otoczeniu. To chyba wynika z tego, że nie mam siły iść dalej, więc ogarniam lokalne podwórko. Zresztą miałam z tego powodu wyrzuty sumienia, ale potem to zaakceptowałam i uznałam, że jest ok.
Dominika Olszowy, „Elementy dekoracyjne wnętrz”, fot. Tomasz Koszewnik, dzięki uprzejmości CSW Zamek Ujazdowski w Warszawie
Te różne stany skupienia cieczy wynikają z tego, że mówisz o różnych stanach emocjonalnych? Jest jakieś połączenie?
Lód może się zamienić w wodę, która wyparuje. Ze stałości, twardości, siły można przejść w kruchość, delikatność. Efemeryczność. To się też łączy z uczuciem na wiosnę: mam ochotę zeżreć cały maj, zatrzymać go w sobie – a nie da się.
Ja wielu rzeczy nie wiem. Moje prace są wymyślone, jest w nich jakiś koncept, ale też dużo intuicji. Pozwalam sobie na robienie błędów. Wręcz je lubię. Często po zrobieniu pracy przychodzą do mnie jej nowe znaczenia i sensy. To daje mi poczucie wolności.
Czyli prowadzi cię intuicja?
Tak jest chyba ze wszystkim w naszej rzeczywistości, że może, choć nie musi, łączyć się w sposób nieświadomy. Każdy z nas ma to inaczej zakodowane. Połączenia są głęboko w nas i często nie mamy do nich dostępu. Super, że mogę to wyciągnąć w nie do końca świadomy sposób i materializować w sztuce. Choć czasami nie wiem, jak to opowiedzieć, i zostawiam jakie jest — niedopowiedziane.
W ostatniej sali wystawy pokazujesz śmieszne filmiki. Co to za zwierzęta, które jedzą banany?
Nietoperze. Dużo ich oglądałam, pomaga mi to. Wzruszam się, kiedy na nie patrzę. To wideo jest jeszcze nieskończone, będę je chyba podmieniać. Daję sobie prawo do skończenia tej pracy później, bo nie jesteśmy w fabryce, gdzie rzeczy powstają na taśmie. Tym bardziej na wystawie o kryzysach.
Zestawiłam cztery obrazy wideo na szarych ścianach: pieski liżące szyby, nietoperze jedzące banany, aligatory, które próbują przejść na drugą stronę płotu i twarze ukryte w drzewach. Moim zdaniem to opowieść o poszukiwaniu przyjemności w tak małych, banalnych rzeczach, jak oglądanie zwierzątek. Ale jednocześnie te dźwięki lizania są trochę nieprzyjemne… Filmy są zapętlone. W kółko to samo w tym samym pokoju.
Dominika Olszowy, „Elementy dekoracyjne wnętrz”, fot. Tomasz Koszewnik, dzięki uprzejmości CSW Zamek Ujazdowski w Warszawie
Może trzeba z niego wyjść? Interesuje cię rzeczywistość na zewnątrz? Deklarowałaś, że nie robisz sztuki zaangażowanej.
Przeżywam światowe kryzysy, czuję je i przejmuję się nimi, więc to jest w mojej sztuce. Ale boję się i nie chę mówić o tym wprost. Wolę to opowiedzieć na przykład poprzez poezję, bez dosłowności.
Brałam ostatnio udział w wystawie w Białymstoku o bagnach – w kontekście sytuacji na granicy polsko- białoruskiej – którą kuratorowała Kasia Rożniak. Mokradła od dekad są miejscem schronienia, ucieczki. Ludzie chowają się na bagnach, ale też umierają. Błoto jest o naszym regionie: to piąty żywioł Europy Wschodniej. Błotko, czyli miks dwóch podstawowych deficytów: wody i piasku.
Teraz już wiem, dlaczego tak wiele twoich prac jest jakby uwalana w błotku. Natura może pełnić funkcję obronną – a czy sztuka ma jakiś wpływ na rzeczywistość?
Czuję zgrzyt w robieniu prac o katastrofie klimatycznej z nastawieniem na to, że można coś przez to zmienić, bo sztuka jest jednak elitarna i dociera do małej grupy odbiorców. To środowisko, które w większości jest świadome. Mam poczucie, że to się mieli cały czas w jednym pokoju, nie wychodzi na zewnątrz.
Żeby czuć, że mam wpływ, potrzebowałabym realnie pomagać. Ale przy wymyślaniu tej wystawy myślałam o sytuacji w Gazie i wojnie w Ukrainie. Chciałam o tym opowiedzieć poetycko, jakby przez sen, wyciągnąć moje odczucia, stan niemocy, który może i inni odczuwają. Znalazłam swój film o kocie Czwartku, który zrobiłam na pierwszym roku studiów. Zaanimowałam kotka tak, że mówi Powszechną Deklarację Praw Człowieka, którą napisano po II Wojnie Światowej w celu uniknięcia wojny w przyszłości. Zwierzę, które my, ludzie, traktujemy jako gorszą istotę, przypomina nam, co jest istotne. Jednocześnie samo jest drapieżnikiem, a w tle, na oknach, są ślady po rozbitych gołębiach.
Uciekasz od dbałości o formę, a jednocześnie podjęłaś się nowej techniki: witrażu.
Witraże pojawiły się w kryzysie. Brzydkie?
Te latarnie straszne. Znów mam nieprzyjemne odczucia.
Przy wystawie w Galerii Foksal „Mózg ofiary erupcji Wezuwiusza zamienił się w szkło” chciałam się czegoś nowego nauczyć i poszłam na kurs witrażu — z budżetu wystawy, a to rzadkie. Pomogło mi to, bo nie musiałam wymyślać, być kreatywna, tylko miałam zadania techniczne, proste czynności. Czasem chcesz sobie podziubać i nic więcej. Ale ostatecznie nie zrobiłam witrażu na tamtą wystawę.
Dominika Olszowy, „Elementy dekoracyjne wnętrz”, fot. Tomasz Koszewnik, dzięki uprzejmości CSW Zamek Ujazdowski w Warszawie
A jak sobie radzisz z błotem i brzydotą na rynku sztuki?
Poszłam na ASP, na intermedia, trochę niechcący. Dostałam się z ostatniego miejsca i to był game changer. Okazało się, że mogę wszystko. Zrobić film, teatrzyk, napisać tekst, przynieść kamień, coś wyrzeźbić. Zakochałam się w tych studiach i zachwyciłam sztuką. Nie przypuszczałam, że mogę być artystką, a na razie udaje mi się utrzymywać tylko ze sztuki. To mój wielki sukces. Choć okupiony dużym stresem i niepewnością. Czasem słyszę, że mogłabym robić weselsze i ładniejsze prace.
Przecież poczucie humoru i absurd są twoimi znakami rozpoznawczymi.
Kiedyś było tego więcej, wszystko robiłam na luzie, punkowo, w geście buntu wobec mistrzów. A teraz jest kryzys, śmierć… Jest bardziej poważnie – choć tego nie chcę i boję się, że zostanę już tylko w poważnych tonach. Wszyscy wiemy, że jest ciężko, ale dobrze jest znaleźć w swojej sytuacji coś przewrotnego, absurdalnego.
Trochę się martwiłam, że będziesz się zakrywała humorem w tej rozmowie.
Akurat dzisiaj jestem w takim nastroju, że tego nie robię, ale mogłoby tak być.
Między prawdą a oszukiwaniem?
Ciebie nie oszukałam.
Dominika Olszowy, „Elementy dekoracyjne wnętrz”
Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski w Warszawie
29 listopada 2025 – 15 marca 2026
kuratorka: Ewa Gorządek