Olga Drenda smiles in Polish

Karol Owczarek
książka
wywiad
3.11.2023
12 min. czytania

W ostatnich latach nieuśmiechanie się Polaków zostało wyolbrzymione przez mem „Smiles in Polish”. O memach z piesełem, bece z papieża i granicach żartu rozmawiamy z Olgą Drendą

Czym się różni gołąb od zwłaszcza?

Wiem, ale nie mogę teraz sobie przypomnieć całości.

Gołąb siada na dachu, a zwłaszcza na parapecie.

To ja chciałabym cię zapytać: jak wygląda gęś?

Hmm.

Oczami.

Ok, pośmiane. Zadałem to pytanie, bo chciałem cię sprawdzić – w Słowie humoru wspominasz, że w trakcie pisania książki i robienia riserczu zaczęły cię śmieszyć umiarkowanie zabawne żarty.

Poszerzyło mi się spektrum wyrozumiałości dla różnych typów humoru, również tych, które wydawały mi się już wyeksploatowane. Zaskoczyło mnie to, bo sądziłam, że po iluś latach konsumowania wyrobów kultury sztywniejemy w swoich upodobaniach i stajemy się nudziarzami. 

Jakie było twoje największe zaskoczenie, jeśli chodzi o rzeczy, które cię rozśmieszają?

Akurat przychodzi mi do głowy nieśmieszna, ale bardzo ciekawa moim zdaniem historia Bronisława Opałki, występującego jako Genowefa Pigwa. To przypadek artysty, który został pochłonięty przez swój performans. Chciał grać jazzowe ballady, a został świętokrzyską gospodynią – trochę archaiczną, ale raczej zdroworozsądkową. Miał też pod koniec życia proces za hodowanie marihuany na własny użytek, bo był przewlekle chory i potrzebował jej jako środka przeciwbólowego. Jego biografia to gotowy materiał na film, gorzką komedię. Smutny kabareciarz to zawsze poruszająca figura.

Kojarzy mi się to z Andrzejem Grabowskim, wybitnym aktorem teatralnym, który był mocno utożsamiany z postacią Ferdka Kiepskiego.

Akurat w jego przypadku stało się to źródłem renesansu ekranowego jako aktora, bo zaczął dostawać główne role w filmach. Okazało się, że można skorzystać na takim sformatowaniu. Przykładem aktora komediowego, którego trudno mi traktować poważnie, jest Cezary Pazura, bo przez większość kariery operuje tym samym zestawem min i gestów. Chętnie zobaczyłabym u niego woltę à la Mickey Rourke czy Katarzyna Figura, bo zawsze ciekawią mnie ewolucje artystyczne – ktoś po wielu latach zaczyna robić coś zupełnie innego niż dotąd, i to z powodzeniem. Trudno mi sobie wyobrazić taką metamorfozę akurat u Pazury. Ale może się mylę… To akurat cytat z Kilera. Na pewno doceniam jego rolę Ogórka Ola w produkcji Jarzynki i przyjaciele i fakt, że czyta tam, jako głos pluszowego ogórka, powieść Günthera Gurke-Grassa Blaszany ogórek.

W polityce też pojawiają się postaci, które w zamierzony lub niezamierzony sposób występują w karykaturalnej roli, choćby Janusz Kowalski czy Donald Trump.

Wielu polityków znajduje upodobanie w graniu pajaca. Być może po prostu tacy są, a może uważają, że to skuteczna strategia. Grozi im co prawda za mocne utożsamienie z rolą i los Genowefy Pigwy, ale gra toczy się o wysoką stawkę, więc na pewno są świadomi tego ryzyka.

Kowalski chyba poszedł w tej grze za daleko, gdy uznał zwrot „nóż się w kieszeni otwiera” za groźbę. Powstało wtedy wiele zabawnych memów, w których zestawiono jego wizerunek z dosłownym rozumieniem związków frazeologicznych.

To było zbyt znane powiedzenie, żeby udało mu się z siebie zrobić ofiarę, więc się ośmieszył. Udawanie, że nie rozumie się żartu lub nadinterpretowanie słów bywa skuteczne, ale też niebezpieczne. Po tym jak uczestniczka powstania warszawskiego, Wanda Traczyk-Stawska, powiedziała ze sceny do zagłuszającego jej przemowę narodowca, Roberta Bąkiewicza: „Milcz głupi chłopie, chamie skończony”, niektórzy komentatorzy przekonywali, że była to pogardliwa, klasistowska wypowiedź. Moim zdaniem celowo dokonywali nadinterpretacji, bo chcieli wywołać inbę. W przestrzeni polityki i mediów pokusa wrzucenia mentosa do coli bywa bardzo silna.

Kiedy żart się wypala?

Zwykle wtedy, gdy zyskuje na popularności i z niszy wchodzi do mainstreamu i reklamy. Tę drogę widać dobrze na przykładzie plebiscytu na Młodzieżowe Słowo Roku. To, które wygrywa, przestaje być używane przez młodzież.

W 2022 roku wygrała „essa”, a rok później była już wśród kandydatów na Boomerskie Słowo Roku.

Bo po tej wygranej zaczęło pojawiać się w komercyjnym obiegu i zostało spalone. Podobnie było z żartami z „San Escobar”, wymyślonego przez pomyłkę przez ministra spraw zagranicznych, czy croissantem wziętym za „laguna” przez jedną z mieszkanek Krakowa. Żarty łatwo się wypalają, również ze względu na szybkość wymiany i liczbę informacji w internecie. Kiedyś mielenie żartu w społeczeństwie odbywało się dużo wolniej i mieliśmy więcej czasu, żeby się z niego nie śmiać.

Jest jednak pewne zjawisko, który mimo upływu lat się nie wypala. To cenzopapa. Beka z papieża wciąż się kręci, być może dlatego, że część społeczeństwa to oburza, a reklama nie sięga po ten motyw, bo się boi.

Zauważyłam jednak, że wątki cenzopapowe się normalizują. W nowym filmie Roberta Glińskiego Figurant, który jest poważnym dramatem psychologicznym o człowieku działającym w strukturach SB i inwigilującym Karola Wojtyłę, jest mowa o tym, że papież (wówczas jeszcze biskup) ma jedną słabość – lubi kremówki. Żarty z papieża, które zaczęły powstawać niedługo po jego śmierci, na początku miały być najbardziej krawędziowymi z krawędziowych żartów. Na chanach nie tworzyli ich antyklerykałowie, tacy jak czytelnicy „Nie” czy „Bez dogmatu”, tylko zwykli śmieszkowie, którzy chcieli szokować. Znam ten schemat z subkultury metali, do której sama należałam – nie wierzyłam w szatana, ale sądziłam, że fajnie jest udawać, że się wierzy, bo wtedy zgredy się boją. Szkalowanie papieża miało ten sam cel, to był taki kinder-nihilizm. Memiarze mieli również ubaw z zastawiania pułapek – powstała na przykład strona, która zachęcała do zebrania miliona polubień dla Jana Pawła II. Pozornie było to propapieskie działanie, ale znakiem dla wtajemniczonych był coraz bardziej żółty portret papieża. Cenzopapy zaczęły żyć własnym życiem, bo podkopywały jedną z największych polskich legend i wpisywały się w ideologiczny spór, który trwa w Polsce do dziś. Wyrósł z nich bardzo kreatywny nurt. Niektóre memy to wybitne okazy absurdalnego humoru. 

Czy oprócz papieża istnieją inne, równie żywotne figury memiczne?

Papież budzi duże emocje w Polsce, więc ma szczególną pozycję. Ale obserwuję recykling starych memów, których bohaterowie pojawiają się w nowych wcieleniach. Na przykład pieseł wciąż ewoluuje i funkcjonuje w memosferze. Na samym początku był słodkim pieskiem, który nie umiał poprawnie mówić, potem stał się psim wcieleniem Adama Miauczyńskiego z Dnia świra, po drodze były też próby przywłaszczenia sobie pieseła przez alt-prawicę jako nowej żaby Pepe, a gdy parę miesięcy temu okazało się, że prawdziwy pieseł, Cheems, umarł, była autentyczna żałoba w całym internecie. 

Czyli odwrotnie niż z papieżem, który z legendy stał się memem – pierwowzór pieseła z mema stał się legendą.

Silnym memem, który nie chce odejść i bardzo ewoluował, jest też Wojak, czyli zgrzebnie narysowana twarz smutnego mężczyzny. Pierwowzór pojawił się na polskim chanie: kolejny przykład wkładu polskich memiarzy w światową kulturę. Wokół Wojaka powstało całe uniwersum postaci wyrażających złożone stany emocjonalne i postawy, dla których jeszcze nie było nazwy. Coś, co zaczęło się jako śmieszkowanie, przerodziło się w poważne zjawisko. Bardzo je cenię, to takie doładowane semantycznie: skróty, które w pigułce przedstawiają coś, co majaczyło gdzieś na peryferiach mojej wiedzy.

Skoro jesteśmy przy poważnych kwestiach, to zadam poważne pytanie. Czy poprawność polityczna i „woke culture” to zagrożenie dla swobody żartowania?

Z pewnością coraz mniej przychylnie traktowane są żarty o danej grupie społecznej opowiadane przez kogoś spoza tej grupy. Ale sami jej przedstawiciele zwykle są skłonni do autoironii i autostereotypizacji. Uważam, że nadmierna ostrożność jest wrogiem wszelkich relacji. Często w ogóle uniemożliwia komunikację i generuje konflikty na zupełnie innym polu. Zamiast kłócić się o sedno problemu, kłótnia zjeżdża na bok, wybucha o to, czy w ogóle można używać niefortunnego słowa. Na humor – jeden ze sposobów budowania więzi między ludźmi – składa się również tak zwana wtopa, czyli to, że coś mogło nie wyjść, okazać się porażką. Pisał o tym w XIX wieku Henri Bergson, pokazywał to też w swoich filmach Charlie Chaplin. Szansa na realne porozumienie i zwiększenie wrażliwości leży w przyzwoleniu na wtopy. Myślę, że wtopa leży blisko sedna bycia człowiekiem. Nadmierna ostrożność, nawet motywowana dążeniem do sprawiedliwości, może budować dystans i wzajemny wstręt. Powstają tematy nietykalne, a ludzie zaczynają postrzegać siebie wzajemnie jak tożsamościowe awatary posklejane z uprzedzeń.

Parę miesięcy temu w „Szkle kontaktowym” padł transfobiczny żart, który miał duże konsekwencje – autor żartu odszedł z programu, a w geście solidarności z nim odeszło też dwóch innych znanych satyryków. Nie znaleziono tam porozumienia.

Nastąpiły przeprosiny, ale dotknięty tymi słowami dziennikarz, ojciec transpłciowej córki, której żart dotyczył, ich nie przyjął. W takiej sytuacji jestem ciekawa, co sama córka miała do powiedzenia o tej sytuacji i czy w ogóle chce być tematem ogólnopolskiej inby. Akurat moi znajomi ze społeczności trans mają w sobie dużo autoironicznego humoru. Wśród nich są zatwardziali śmieszkowie, którzy śmieją się z własnych przemian ciała i nieporozumień społecznych. Oczywiście to się dzieje w zaufanym kręgu, bo jednak na co dzień muszą trzymać mocno gardę wobec nieprzyjaznego świata. Wtedy przydaje się bardziej konfrontacyjny rodzaj śmiechu, by samemu czy samej nie dać się wykpić. To pewnie doświadczenie każdego, kto należy do jakiejś mniejszości aktualnie będącej na celowniku. 

Trudno jednak wyczuć, co i kiedy uchodzi.

Moim zdaniem wspaniale dzieje się wtedy, gdy ktoś, przy kim myślisz, że musisz być bardzo ostrożny i uważać na każde słowo, mówi ci: wyluzuj, możemy porozmawiać normalnie. Takie sytuacje zdarzają się częściej niż sądzimy. Jestem zwolenniczką budowania nieoficjalnych paktów wyłamujących się poza dyskursy; partyzantki na rzecz bycia po prostu człowiekiem.

Społeczna wrażliwość się zmienia, można więc przypuszczać, że figury medialnego błazna typu Wojewódzki raczej są skazane na wymarcie.

Bo to typ agresywnego błazna. To, jak jest odbierany, oddaje stan relacji społecznych. Jeżeli ludzie śmieją się razem z takim napastliwym, bezpardonowym żartownisiem, to znaczy, że myślą, że opłaca im się trzymać z silniejszym. Smutne zjawisko.

Czy są osoby publiczne, które twoim zdaniem potrafią uprawiać satyrę i żartować z wyczuciem w obecnych realiach?

Wojciech Mann i Robert Makłowicz są wzorami wyważenia. Może też Joanna Kołaczkowska. Jeśli chodzi o młodsze pokolenie, to patrząc na liczby w internecie, jednym z najpopularniejszych dostarczycieli treści humorystycznych jest Michał Marszał. Bywa krawędziowy, ale bardzo rzadko przekracza granicę i uderza tak, że mogłoby to mieć to konsekwencje w postaci hejtu. Wydaje mi się, że wśród najpopularniejszych profili satyrycznych teraz łatwiej trafić na tzw. bezbek albo pretensjonalny humorek niż na coś realnie ryzykownego.

Polacy ewidentnie umieją w humor, skąd więc stereotyp, że chodzą smutni po ulicach?

W ostatnich latach nieuśmiechanie się Polaków zostało wyolbrzymione przez mem „Smiles in Polish”. Został przez nas zaadoptowany, bo chyba wciąż lubimy przegrywskie a zarazem autoironiczne rzeczy. To część pozytywnego oswojenia słowiańsko-babciowego świata, podobnie jak żarty z tego, że mamy kosz pod zlewem albo z naszej domorosłej zaradności. Uważam, że to fajne zjawisko. A za sprawą TikToka, w którym ludzie z różnych krajów robią swoje wersje tego samego skeczu, okazało się, że nie tylko w Polsce są kosze pod zlewem. Są dobre strony globalizacji żartów – to pokazuje wędrówkę folklorystycznych wzorów. Humor należy do współczesnego folkloru, tak jak na przykład legendy miejskie, i ma typowe motywy, które pojawiają się w różnych społecznościach czy szerokościach geograficznych. 

Wiele osób publikuje w social mediach wykwity polskiej myśli estetycznej, często kuriozalnej. Ty, jako twórczyni profilu Duchologia, jesteś najbardziej znaną reprezentantką tego nurtu. Twoim celem jest ironizowanie czy ukazanie nieoczywistego piękna?

Myślę, że nie ma nic złego w lekkiej ironii i tym, że pokazujemy zaskakujące zestawienie reklam czy głupią literówkę. Ironia nie musi być złośliwa czy wroga. Moim głównym celem jest dokumentowanie, bo najbardziej interesuje mnie wyjątkowość fotografowanych miejsc – to, że są efektem czyjejś pomysłowości, którzy zmienia się ekspresowo. Być może dwadzieścia lat temu takie dokumentowanie mogła wynikać z beki czy kompleksów, na zasadzie: dlaczego u nas wreszcie nie może być „normalnie”. Teraz jest odwrotnie. Chciałabym, żeby to peerelowskie i transformacyjne projektowanie to było nasze normalnie, a przynajmniej żeby było jednym z możliwych wariantów. Bo zobaczyliśmy jaka jest alternatywa. Alternatywa to deweloperka i Żabka na każdym kroku. A to jest zupełnie nieśmieszny kierunek, choć widzę już potencjał dla humoru – na przykład orientujesz się, że idąc na spacer dotarłeś do innego powiatu, bo osiedla i Żabki wszędzie są takie same.

Co po Słowie humoru? Dalej zanurzasz się w żartach czy zbierasz materiał do książki na inny temat?

Żarty się skończyły. Teraz będę już śmieszkować biernie. Strasznie długo pracowałam nad tą książką. W trakcie poważnie chorowałam, zresztą do dziś męczę się z konsekwencjami – dlatego postrzegam ukończenie Słowa humoru jako wielki wygryw, możliwy oczywiście dzięki wielkiej życzliwości teamu wydawnictwa Karakter, które wierzyło we mnie z zapałem kibiców-hoolsów, no i trochę też dzięki mojemu uporowi. Książce o humorze towarzyszyły zatem zupełnie nieśmieszne przygody. Piszę następną książkę, ale na razie mogę zdradzić tylko tyle, że będzie bardziej terenowa.

Olga Drenda, Słowo humoru, Karakter 2023, s. 288