Andrzej Piaseczny, mat. prasowe
Andrzej Piaseczny, mat. prasowe

() Patronat

Dzisiaj łatwo jest spektakularnie zabłysnąć. Rozmowa z Andrzejem Piasecznym

( 18.08.2026 )

Trzydzieści lat po Piaskomanii Andrzej Piaseczny wraca do początków swojej kariery. Opowiada o młodości, buncie, używkach i piosenkach, które potrafią przetrwać dekady. Zastanawia się też, czy w czasach, gdy gwiazdą można zostać z dnia na dzień, da się nią pozostać na trzydzieści lat.

Na Great September w Łodzi wystąpi trzydzieści lat po premierze „Mafia FM”, ostatniej płyty zespołu z jego udziałem. Od tamtej pory w jego karierze zaczął się nowy rozdział – Andrzej Piaseczny pozostaje dziś jednym z najbardziej rozpoznawalnych głosów polskiej sceny muzycznej.

Spotykamy się w warszawskiej kawiarni, w przerwie między nagraniami. Zgodnie z krążącą legendą, na kawie się nie kończy. – W którymś momencie stwierdziłem, że ciasteczka są jednak może lepsze. Niekoniecznie rosnący od nich cholesterol, ale przynajmniej nie jest to śmierć od zakrztuszenia się własnymi wymiocinami.

„Przerzuciłam się na uzależnienie od słodyczy. Nie zostałem Jimim Hendrixem, ale ciasteczkowym potworem”. Dlaczego akurat Hendrixem?

Hendrix, jak wiadomo, to dość szeroki katalog używek. Nie tylko alkoholu i mocnych narkotyków. Chcemy tego czy nie, muzyka, i to w całej rozciągłości, zawdzięcza im niemało. Nie jest to z mojej strony pochwała sięgania po substancje niedozwolone, ale prawda jest taka, że bez nich nie byłoby połowy historii muzyki.

Wracając do Hendrixa: wszyscy dobrze wiemy, jak skończył. Wiesz, ja nigdy nie powiem, że artyści są lepszymi ludźmi. Bo nie są. Natomiast gdyby faktycznie nie byli bardziej wrażliwi niż reszta, i nie mam tu na myśli wyłącznie muzyki, tylko sztukę ogółem, nie byłoby tego wszystkiego. To wrażliwość uruchamia naszą fantazję. Bez emocji nie ma sztuki. W związku z tym jest to zawód podwyższonego ryzyka. Bo kiedy tylko dostajemy do rączek zapałki, zwykle się nimi podpalamy. Pewnie nie ma sensu tego między sobą porównywać – ale jest cała masa artystów, którzy popadali w szaleństwo nie tylko z powodu chorób własnych. Oni w jakimś stopniu sami się w stronę tych chorób podprowadzali. Najczęściej pod wpływem.

Niektórzy, jak chociażby Eric Clapton, w pewnym momencie przerzucali się na czekoladki. Nie wszyscy jednak zdołali zerwać z nałogiem. Jimi, Janis Joplin czy Whitney Houston – długo można by wymieniać. Sam w którymś momencie stwierdziłem, że ciasteczka są jednak może lepsze. Niekoniecznie rosnący od nich cholesterol, ale przynajmniej nie jest to śmierć z zakrztuszenia się własnymi wymiocinami.

W tym roku przypadła 30. rocznica premiery „Niecierpliwych” nagranych wraz z Robertem Chojnackim. Jest to jeden z tych kawałków, w którym od razu właściwie słychać, że śpiewa ten, kto sam te słowa pisał.

Tym, czy coś stanie się popularne czy nie, często rządzi przypadek. Bardzo często. Albo i inne mechanizmy, niekoniecznie zawsze rynkowe. Nie żeby przemawiała tu przez mnie jakaś gorycz: stało się, jak się stało, i dobrze. Czym jest ta piosenka? No, erotykiem. Miałem tyle lat, ile miałem. 24, 25? Nie pamiętam dokładnie.

Spotkałem się całkiem niedawno z Markiem Krajewskim, naszym naczelnym kryminalistą – ponieważ już któryś raz miałem okazję z nim rozmawiać, popłynęliśmy sobie na różne tematy. I Marek mówi mi tak: „Słuchaj, wszystko dobrze, ale pamiętaj, że sztuka najbardziej intensywnie rozwija się do 30. roku życia”. To wtedy powstają największe utwory, nie tylko w muzyce. Cóż tu więcej rzec: młodość. Chyba nic tak nie wpływa na światło człowieka, który decyduje się uprawiać sztukę. Z czasem, o ile nie zacznie przygasać, światło to przybiera inny kolor.

Dziękujemy!

Andrzej Piaseczny, mat. prasowe

A więc znów ten wszechobecny kult młodości.

Czy kiedykolwiek później jeszcze odczuwamy tak intensywnie?

Pamiętasz okoliczności, w jakich ten tekst powstawał?

Nie wiem. Nie uciekam od twojego pytania, naprawdę nie pamiętam.

Ponieważ staram się trochę czytać o ludziach, wiem, że miewają różne tryby pracy. Są pisarze, którzy po prostu pracują zmianowo, od deski do deski. Wchodzą do warsztatu co rano i z przerwą pracują do 15. Co napiszą, to napiszą. Pozostali czekają na głos z nieba. Ja na przykład nigdy nie potrafiłem pisać poezji. Od zawsze niosła mnie w tym przede wszystkim muzyka. Tak wygląda początek mojej pracy, w przygniatającej większości. Punktem wyjścia jest określone brzmienie. Mam jakąś melodię, którą jakiś czas w sobie noszę – coś tam sobie ośpiewuję, w trakcie coś wpada do głowy. Czasem coś nosisz i potem odrzucasz, innym razem musi się ulać, i już. Nie jest też tajemnicą, o czym zresztą mówiłem już wielokrotnie, że nie jestem wówczas specjalnie grzeczny.

Jest naprawdę niewiele piosenek, których okoliczności powstania potrafię po latach przytoczyć. Inaczej niż w przypadku Jacka Cygana, który potrafi opowiedzieć o każdej piosence, jaką napisał. Co, gdzie, kiedy i dlaczego. Sam piszę troszkę dla siebie, może czasem dla kogoś. Bardziej z potrzeby wykonawstwa. Żaden ze mnie wirtuoz sztuki piosenkopisania. Wspominam o tym, bo kiedy przytaczam Cygana, mam na myśli naprawdę wielkie teksty. Znaki czasu, hymny nieomal. Warto mówić o tym głośno, że taka forma uprawiania sztuki potrafi wydać na świat małe arcydzieła.

Jakie były twoje hymny?

Nie chciałbym, by to teraz wyglądało na narzekanie na rzeczywistość. Koło czasu się toczy, to naturalne. O niektórych rzeczach się zapomina, wypadają z obiegu – niektóre nie: „Czas nas uczy pogody”, „Zielono mi”, „Autobiografia”… Naprawdę mam całe mnóstwo takich piosenek. Wszystkie utwory, jakie Wojciech Młynarski napisał dla Ewy Bem, to są majstersztyki. Czy „Moje serce to jest muzyk” to dzieło pomnikowe? W pewnym sensie, pod względem warsztatowym: tak, choć to utwór o lżejszym rejestrze. Podsunąłem przed chwilą zastrzeżenie, że nie chciałbym wyjść na dziadygę, ale muszę teraz sam sobie tutaj zaprzeczyć. Faktycznie jest tak, że bardzo mało słyszę dziś takich piosenek, które byłyby do powtórzenia – i które przetrwają kolejnych 10 lat. A może to tylko moja nieuważność.

*Reklama

Świat trochę przyspieszył, więc może nie ma co porównywać jednego z drugim. Nie chciałbym uprawiać takiej krytyki dla samej krytyki. Bo cóż ja wiem o tym, co może zapaść w głowę i serce człowieka, który dzisiaj ma 15-20 lat? Oni być może w ogóle nie będą już znali Ewy Bem. Będą mieli własne znaki czasów. Jeśli takie są.

Strasznie mało słucham polskiej muzyki. Nie z zacietrzewienia, to w ogóle nie jest kwestia świadomej decyzji. Po prostu, obecny świat… unosi się na innych falach muzycznych.

Wróćmy jeszcze do czasu, kiedy to szaleństwo wokół ciebie dopiero się nakręcało. Czy chciałbyś, żeby wtedy ktoś starszy czy bardziej doświadczony ostrzegł cię, powiedział cokolwiek? Zwrócił uwagę na coś, co by ten twój start odmieniło?

Chciałbym, ale bym nie posłuchał. Od tego jest młodość.

Od czego jeszcze?

Od tego, żeby się buntować. Żeby wątpić, negować.

Dzisiaj jest dla mnie jasne, że są pewne rzeczy z katalogu umiejętności warsztatowych, które po prostu trzeba posiąść, żeby móc uprawiać tę sztukę właściwie. Czy Degas i Picasso potrafili operować rysunkiem klasycznym?

Jeszcze jak. Picasso przeszedł całą edukację artystyczną.

Chyba mało się wciąż o tym mówi, a jeszcze mniej myśli. Wracając: dzisiaj wiem, że powinienem przejść szkołę po to, żeby móc być sobą. Takim, jakim sam chcę być. Ale nikt, komu spróbowałabyś to powiedzieć na etapie jego skądinąd słusznego buntu, nie będzie chciał w to wierzyć.

Dziękujemy!

Andrzej Piaseczny, mat. prasowe

A czy jest coś, czego z tych swoich początków żałujesz? Co zrobiłbyś inaczej?

Non, je ne regrette rien. Niczego nie żałuję, mówię poważnie. Gdybym pomyślał teraz nad tym głębiej, pewnie znalazłyby się takie miejsca. Takie, które lepiej, gdyby były inne. Ale czy to na pewno było możliwe, żeby były inne? Czy byłbym dzisiejszym sobą, gdyby tak było?

Wiele jest rzeczy, na które dziś reaguję skrzywieniem twarzy. Może warto byłoby kogoś za coś przeprosić, coś zrobić inaczej. Albo nie robić tego w ogóle. Ale to wtedy dziś nie byłbym już ten ja, którym się po drodze stałem. Naprawiać rzeczy z perspektywy czasu – w porządku, ale zmieniać? To wiesz, trochę jak wyjąć kostkę z już ułożonego domina. Ono nie pójdzie już dalej.

Dziękujemy!
( Muzyka ) ( Rozmowa ) ( Jakub Knera )

Nas też uważano za pasożytów. Rozmowa z Kneecap

Czy ktoś, kto dzisiaj wchodzi na scenę, ma łatwiej czy trudniej?

Nie potrafię tego ocenić. Obecny rozwój technologiczny sprawia, że gwiazdą da się zostać właściwie z dnia na dzień, z tym można bardzo krótko świecić. Czy wiele spośród osób, które świeciły w ostatniej dekadzie, przetrwa próbę, dajmy na to, 30 lat? Czy będziemy jeszcze mogli obserwować takie kariery? Tego nie wie nikt.

To nie jest wyłącznie kwestia sztuki, by podać przykład Łatwoganga: zabłysnął, ale musiał się potem wycofać. Każda akcja, która przynosi spektakularny rezultat, również w sztuce, nie pozostaje bez wpływu na nasze bieżące życie i problemy. Można spektakularnie zabłysnąć, a potem równie spektakularnie samemu sobie tak podciąć nogi, że będzie się o tym podcięciu jeszcze długo potem pamiętać. Albo może i w ogóle się już więcej nie wstanie.

Nasza rzeczywistość naprawdę była kompletnie inna. Czy ja w ogóle mogę i potrafię to porównać?

Dziękujemy!

Andrzej Piaseczny, mat. prasowe

Wracasz czasem do Andrzeja, którym byłeś jako chłopak? Przed Piaskomanią?

Zdarza się, chociaż chyba coraz rzadziej. Wprawdzie to śpiewam całe życie, bo to zaczęło się jeszcze w szkole podstawowej. Zazwyczaj wiele więcej nie pamiętamy. Jeśli cokolwiek, to migawki. Pojedyncze obrazki rodzinne z rodzicami, czy z wakacji. Albo urywki z tych już naprawdę dramatycznych wydarzeń.

Dramatycznych?

Kiedyś spadłem z płyt, mogłem się tam zabić. Na naszym blokowisku stały takie płyty do budowania wielkopłytowych bloków. Dzieciaki po nich biegały, przeskakując z jednej sterty na drugą. Skacząc spadłem pomiędzy te płyty, strasznie się obiłem. Pamiętam, że kiedy wróciłem do domu, zamknąłem się w łazience, byłem naprawdę poharatany. Nie wiem jakim cudem, ale rodzice nic nie zauważyli. Lima nie było, były za to guzy i podrapania.

Cofnijmy się do 92. Rodziła się Mafia, a i ja przy okazji – czy miałeś już wtedy jakieś wyobrażenie tego, jak ta kariera może wyglądać?

Rzadko kiedy mamy do czynienia w młodym wieku z na tyle rozwiniętą świadomością, by wiedzieć, co chcemy robić dalej. Raczej sprowadza się to do marzeń typu: „Hej, mamo, mamo, będę gwiazdą”, cytując kawałek „Królowie życia” Kombi. Stety niestety, mam dość zapobiegliwy charakter, jeśli chodzi o planowanie własnego kawałka rzeczywistości. Taki już jestem. Jak na tak młode lata, dosyć wcześnie jednak zadałem sobie pytanie: co ja właściwie chcę robić? Wtedy zdecydowałem, że spróbuję śpiewać na poważnie. Marzenia o drodze muzycznej zrodziły się w okolicach drugiej klasy szkoły średniej.

Jest tak, że jak już postawisz w życiu na jakąś pasję, za wszelką cenę chcesz się potem w tym realizować. By zostać kimś. Tylko co to znaczy kimś? Tego na początku kariery nie wie chyba nikt.

Chyba że rodzisz się Jimmym Page'em. Miałeś jakichś idoli na tamtym etapie? Czego słuchał Andrzej przed dwudziestką?

Nasza rzeczywistość muzyczna była kształtowana głównie przez program Trzeci Polskiego Radia. Gdybym musiał opowiadać teraz o gatunkach, zrobiłbym to raczej niechętnie. Muzyka to jest taka istota, która poddaje się bardzo szerokim i różnorodnym wpływom. Sądzę, że coraz mniej sensowna jest rozmowa oparta o sztywne ramy stylów czy gatunków. To już takie trochę démodé, nie sądzisz?

Przechodząc do konkretów: począwszy od Genesis i Petera Gabriela, przez Eurythmics i Yahoo, od George’a Michaela po Kate Bush. Często do nich wracam, najczęściej jadąc samochodem. Słucham głównie ze starych płyt. Nie chcę przesadzać, ale pamiętam każdą z tych piosenek, od deski do deski. Oczywiście byli też Depeche Mode, choć nie byłaby to prawda, gdybym teraz cię tu przekonywał, że sam byłem Depeche’em. Ale był czas, że ich dyskografię miałem w palcu. Spektrum było raczej szerokie. Stąd taka, a nie inna odpowiedź na pytanie: „Kim ja chciałem wtedy być?”. A skąd ja miałem to wiedzieć? Chciałem po prostu śpiewać, tyle.

Dziękujemy!

Andrzej Piaseczny, mat. prasowe

Pamiętasz swoje pierwsze płyty? Czego słuchałeś najcześciej?

Płyty? Winyle w latach 80. to był cud. My kupowaliśmy kasety. Piractwo kwitło na maksa. Czegokolwiek chciało się posłuchać, szło się na bazarek i tam kupowało przegrywane kasety. W tamtej Polsce nie było mowy o dostępie do czegoś takiego jak płyty winylowe. W Warszawie był taki sklep, Digital, można było tam przyjść ze swoją kasetą – i na nią przegrywali ci muzykę. Chodziłem wtedy do liceum, pamiętam, że był to czas, gdy odkryłem Basię Trzetrzelewską. Boże, jak mi się to podobało. Spiratowałem co się dało.

Czarny winyl to było wtedy marzenie. Pochodzę z Pionek pod Radomiem, miasto słynęło kiedyś z tłoczni płyt, zakładu Pronit. Zdarzało się, że w naszym kiosku można było czasem kupić taką płytę jeszcze przed światową premierą. Nie mam pojęcia, jaką drogą tam trafiały, czy ludzie wynosili je z tego Pronitu, czy jak? Mówisz, że urodziłaś się na początku lat 90., a to były jeszcze czasy, że jak ktoś miał w domu telefon na kabel, to mógł sobie czasem międzymiastową zamówić. Dzwoniło się do operatora i zamawiało połączenie do innego miasta. Zadzwonił tak do mnie kiedyś kuzyn z Gdańska, bo usłyszał, że u nas w tych Pionkach można było dostać płytę Jethro Tull w kiosku. Okazało się, że była to prawda. Kupiłem mu tę płytę i wysłałem.

Gdybyś spotkał dziś tego dwudziestoletniego Andrzeja, co byś mu powiedział?

Daj spokój, chłopie. Dziesięć wdechów i wydechów. Co ma się wydarzyć, to i tak się wydarzy.

Tekst powstał we współpracy patronackiej z festiwalem Great September, który odbędzie się w Łodzi 10-12 września.

( Mintowe Ciasteczka )

Nasza strona korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Jeżeli chcesz dowiedzieć się jak to działa, zapraszamy na stronę Polityka Prywatności.