Nowy Jork musi jeść, a chińska klasa pracująca odpoczywa w „przysiadzie”. Film „Take Out” na Festiwalu Pięć Smaków
( 17.11.2025 )
„Take Out” to film nowojorski, który ani nie robi z siebie pocztówki, ani nie udaje, że wszyscy w tym mieście pracują w korpo. Trudno go było wyszperać, dlatego ucieszyłem się, że trafił na tegoroczną edycję Pięciu Smaków, również w wersji online.
Na Manhattanie klitki z tanim żarciem sąsiadują z apartamentami za grube miliony. Oba światy spotykają się na parę sekund, kiedy trzeba odebrać chińszczyznę. Ming Ding dzwoni do drzwi, wydaje zamówienie, odbiera płatność. Czasem klienci zaszczycą go napiwkiem, rzadziej spojrzeniem w oczy. Ma do uciułania sporo gotówki na spłatę długu, bo amerykański sen nigdy nie jest za darmo. W słoiczku na zapleczu knajpy ląduje więc kolejnych parę dolarów. Jeszcze kilka tysięcy razy i się odkuje.
W „Take Out” podobne sceny powtarzają się wielokrotnie. Ale spokojnie, film o facecie na rowerze szybko się rozkręca. Tempo i energia reżysersko-scenariuszowego debiutu Seana Bakera i Shih-Ching Tsou przypominają to, co widziałem u braci Safdiech w „Good Time” czy „Nieoszlifowanych diamentach”, tyle że „Take Out” czasowo wyprzedził nawet ich pierwsze próby. To film nowojorski, który ani nie robi z siebie pocztówki, ani nie udaje, że wszyscy w tym mieście pracują w korpo. Trudno go było wyszperać, dlatego ucieszyłem się, że trafił na tegoroczną edycję Pięciu Smaków, również w wersji online. Organizatorzy festiwalu zgrali się idealnie z rozstrzygnięciem wyborów na burmistrza Nowego Jorku. Zohran Mamdani w swoim zwycięskim orędziu przekonywał, że to miasto jest i pozostanie miastem imigrantów, zbudowanym i napędzanym dzięki nim. Baker i Tsou w filmie z 2004 roku próbowali pokazać, co to znaczy w praktyce.
Ming Ding wychodzi do pracy o siódmej, wraca po dwunastu godzinach. W krótkich przerwach jara szlugi w „azjatyckim przysiadzie”, pozycji zapisanej w genach chińskiej klasy pracującej. To całkiem naturalna pozycja, kiedy pół życia spędziło się na kucaka, szykując jedzenie, zmywając, no i korzystając z publicznych toalet „na Małysza”. Podczas przerw w lokalu gada się o załatwianiu zielonej karty albo o tym, jak uśmiechać się do mieszkańców Upper West Side, żeby zasłużyć na napiwek. W wokach wielkości mojej całej kuchenki smażą się autentyczne makarony i ryże oraz nieautentyczne, ale uwielbiane na Zachodzie kurczaki generała Tso albo inne „chińskie” dania wymyślone już za oceanem, specjalnie dla amerykańskich podniebień. Z kucek łatwiej też szybko wstać do kolejnego zlecenia. Kuchnia nie przestaje wydawać posiłków ani na chwilę, Nowy Jork musi jeść.
„Take Out”, reż. Sean Baker, Shih-Ching Tsou, USA, 2004
Z głową węża
Pierwszą scenę Baker i Tsou kręcili latem 2003 roku w mieszkaniu, w którym faktycznie przebywała wtedy siódemka nielegalnych imigrantów. To w tej przestrzeni zrozumieli, że rzeczy, za które się biorą, nie tylko mogą, ale wręcz muszą być kręcone z udziałem minimalnej ekipy. Trochę przez mikry budżet, a trochę przez ciasnotę niestudyjnych przestrzeni, znalezionych, nie wymyślonych, w których spędzamy sporą część filmu. Zaleta: można w nich znaleźć, na przykład, odłączoną od prądu lodówkę, w której lokatorzy trzymają ubrania – tego nie wymyśliłby najbardziej sprawny scenarzysta. Mógłby wymyślić karalucha chodzącego po ścianie lub drapanie szczurzych łapek w tle, ale w innym filmie brzmiałoby to zbyt kuriozalnie, hiperbolicznie. Tymczasem w „Take Out” to żadna przesada, tylko codzienność miejsc, którym przyglądają się Baker i Tsou.
Te siedem osób w małej klitce najpewniej umieścił pracodawca – stała praktyka szefów potrzebujących taniej siły roboczej. Oczywiście samo mieszkanie też musi być tanie, ma się tam dać przeżyć, przeczekać do kolejnego dnia pracy, ale niewiele poza tym. Zresztą chińskim migrantom w Nowym Jorku nawet dzień wolny szkoda zmarnować na odpoczynek. Bo kiedy po sześciodniowym tygodniu roboty na dwunastogodzinnych zmianach przychodzi niedziela, można ją wykorzystać, żeby dorobić przy innej fusze, zarobić na fajki – ten jeden dzień harować na siebie, nie na szefostwo, przynajmniej tyle mieć z życia.
Większość wypłaty i tak trafi na spłatę przemytnika, który w ogóle umożliwił pobyt w Stanach. Nazywa się takich wężogłowymi, są niezbędni zwłaszcza podczas fali antymigranckich nastrojów po 11 września 2001 roku. Przyjezdni z Chin są zmuszeni do podjęcia jakiejkolwiek pracy, w jakichkolwiek warunkach, żeby jak najszybciej odpracować swój dług. Za usługę wężogłowi liczyli sobie w momencie kręcenia filmu około trzydzieści tysięcy dolarów.
„Take Out”, reż. Sean Baker, Shih-Ching Tsou, USA, 2004
Po taniości
Haracz przemytników wynosił więc dziesięć razy więcej niż kosztowało całe „Take Out”. Jak na pełen metraż to dosłownie grosze. Sporo (jedna dwunasta budżetu) poszło na gaże dla pięćdziesiątki aktorów i aktorek grających klientów odbierających zamówienia – niektórzy z nich to znajomi reżyserskiej pary, inni znaleźli się na Craigslist, amerykańskim OLX-ie, skuszeni szybkim pięciodolarowym zarobkiem. Jeszcze więcej, pięć stówek z góry (jedna szósta), dostała Wang-Thye Lee, bo poświęciła filmowcom najwięcej czasu – to w lokalu rządzonym jej ręką nakręcono większość filmu i to ona występuje tu w roli samej siebie, Dużej Siostry. Profesjonalni aktorzy z kolei zgodzili się pracować z odroczoną wypłatą.
Sprzęt musiał być tani, więc padło na niewielkie cyfrowe kamery Sony. Najlepiej byłoby kupić własną i po zdjęciach odsprzedać na eBayu, ale trafił się kumpel, który pożyczył Bakerowi i Tsou kamerę na miesiąc za ledwo czterysta dolarów (prawie jedna ósma budżetu). Cechy szczególne tego sprzętu: cyfrowy look, możliwość wciśnięcia się w małe zakamarki, prostota całej maszynerii. Takich samych kamer używali mumblecore’owcy w Stanach, David Lynch w Łodzi, gdy kręcił swoje „Inland Empire”, czy członkowie Dogmy w Skandynawii. Zresztą tym ostatnim najbliżej jest do bezpośredniej inspiracji dla Tsou i Bakera, przynajmniej w kwestii podejścia do realizmu.
Każdy odwzorowany tu element Chinatown działa na rzecz filmowej prawdy. Całość wygląda jak dokument, bo tak też było kręcone – z podglądaniem prawdziwej roboty pracowników restauracji, bez sztucznego oświetlenia, trochę na nielegalu, bez żadnych specjalnych pozwoleń, z przechodniami wchodzącymi w kadr. Szczęście w nieszczęściu: ekipa trafiła na najbardziej deszczowy miesiąc stulecia w Nowym Jorku. Nie trzeba było płacić za sztuczne opady.
Do tego niektórzy bohaterowie nawet nie są z castingu, duet reżyserski wziął ich do projektu, bo byli przekonujący w swoich codziennych obowiązkach. Tak było ze wspomnianą panią Lee, pracownicą restauracji, do której ekipa wpadała przez bity miesiąc, żeby nakręcić przebitki i poczuć, co znaczy dwunastogodzinna „całka”. Na matrony chińskich restauracji z dowozem mówi się Big Sisters. To one trzymają pieczę nad logistyką wydawania posiłków, wykrzykują komendy po mandaryńsku, a równocześnie też gotują i obsługują kasę – wszystko po to, żeby prawdziwy właściciel knajpy nie musiał się babrać w obowiązkach i mógł ograniczyć swój udział do wpadania raz na jakiś czas po urobek.
„Take Out”, reż. Sean Baker, Shih-Ching Tsou, USA, 2004
In & Out
Model robienia kina za psie pieniądze, dzięki uprzejmości bliskich, sprawdza się raz, może dwa, ale znajomości początkujących filmowców szybko się wyczerpują. Festiwalowy sukces „Take Out” pozwolił jednak Bakerowi i Tsou działać w przemyśle filmowym za cudze, większe pieniądze. Tsou produkowała odtąd wszystkie duże filmy Bakera, aż do „Red Rocket”, a w bieżącym roku jej samodzielny debiut reżyserski, „Left-Handed Girl”, będzie reprezentował Tajwan w wyścigu oscarowym. Tak jak „Take Out”, to fabuła o szukaniu lepszego życia w obcym miejscu. Baker też trzyma się tematu migracji – choćby w „Anorze”, nagrodzonej Oscarem dla najlepszego filmu. Tak więc tematyka kolejnych produkcji pozostaje z grubsza podobna do wspólnego debiutu tych twórców, ale okoliczności i warunki powstawania ich nowych dzieł są już jakby z innego porządku.
W przypadku „Anory” mówimy co prawda o niskobudżetowym filmie, ale należy przez to rozumieć, że kosztował sześć milionów dolarów, nie żadne trzy tysiące. Z kolei „Left-Handed Girl” na swój festiwalowy sukces zapracowało raczej głównie podnoszącą na duchu historią, a dopiero w drugiej kolejności – próbą oddania autentycznego doświadczenia migrantek. Nie żebym zżymał się na przechodzenie Bakera i Tsou do mainstreamu albo oczekiwał, że będą trwali przy chałupniczych metodach produkcji filmowej, to się rozumie. Ale jeśli pytacie, który z trójki tych filmów nadal najlepiej odpowiada na doświadczenie tak zwanych dzisiejszych czasów, odpowiedź może być tylko jedna.
Azjatycki Festiwal Filmowy Pięć Smaków odbywa się w dniach 12-30 listopada 2025 roku w Warszawie. Wydarzenie podzielone było na dwie części: stacjonarną w kinach (12-19 listopada) oraz online, która trwała dłużej (do 30 listopada).
Festiwal stacjonarny: Od 12 do 19 listopada 2025, w warszawskich kinach, takich jak Kino Muranów, Kinoteka i Kinomuzeum w MSN.
Festiwal online: Od 12 do 30 listopada 2025, z dostępem do filmów na platformie VOD dla widzów z całej Polski.