Fondue jedzone z podłogi. Recenzja spektaklu „Magiczna rana”
( 12.03.2026 )
Zmęczonych Masłowską – „Magiczna rana” w Teatrze Studio pewnie dodatkowo zmęczy. Zachwyconych – raczej nie zawiedzie. Maciąg i Hetel przekonująco udowadniają, że język Masłowskiej, jeśli tylko znajdzie się na niego metodę, bardzo się z teatrem i teatralną widownią lubi. I może sukces w mainstreamie polega właśnie na tym, żeby rana nie bolała.
Czy Dorota Masłowska ma nam coś jeszcze do powiedzenia? Ci, którzy uważają, że nie, raczej nie mają po co iść do Teatru Studio na inscenizację Radosława Maciąga i Konrada Hetela, chyba że szukają potwierdzenia wyrobionego już przekonania. Masłowska przez lata wytworzyła własne uniwersum, a jego przedłużeniem jest „Magiczna rana” – zwłaszcza ta oglądana na stołecznej scenie. Dwóch Damianów przewodników – chłopiec, który się spuścił w toalecie (Robert Wasiewicz) i jego wujek (Marcin Pempuś), zamordowany przez utopienie diler – równie dobrze mogliby spotkać na swojej drodze bohaterów „Innych ludzi”, obserwować romans znudzonej żony biznesmena z „prowizorycznym” hydraulikiem czy konflikt między współlokatorkami.
Warszawskie kręgi piekielne
Taka rama narracyjna, innowacja względem niepowiązanych w sposób bezpośredni opowiadań, z jednej strony spina całość fabularnie, dynamizuje dramaturgię, wprowadza świeżość i dostarcza sporej dawki humoru, z drugiej – jest stosunkowo infantylizująca, przypomina wędrówkę bohaterek „Wysypy Jadłonomia” w reżyserii Macieja Podstawnego czy „Serca ze szkła. Musical zen” Marii Peszek, kierowanych do młodszej publiczności. Wydaje mi się jednak, że świetnie działa także na widownię nieznającą treści książki – a ten element został zaniedbany w przypadku opartego na książce „Dwie powieści ruchu” Mateusza Górniaka spektaklu „Trzask Prask” w reżyserii Krzysztofa Zyguckiego. Świat w reżyserii Radosława Maciąga nie jest przytłoczony przez język i sprowadzony do banału – jest czytelny, wciągający i precyzyjnie złożony, może nawet do przesady?
„Magiczna rana”, fot. Natalia Kabanow
Oczywiście warto mieć na uwadze, że choć „Magiczna rana” bywa nazywana powieścią trashową, w podstawowym odbiorze to zbiór opowiadań. Teksty oświetlają się nawzajem, ale działają osobno. To pierwsze takie przedsięwzięcie autorki „Wojny polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną”. Wybrany gatunek porządkuje formę literacką: mikroświaty są mniej rozbuchane, bardziej zwarte niż w przypadku innych jej utworów.
Na potrzeby adaptacji twórcy musieli znaleźć spajający całość motyw przewodni. Sięgnęli po schemat wędrówki przez kręgi piekielne – warszawskie, tak jak bardzo warszawskie (w dodatku modne i lubiane) są Masłowska czy Teatr Studio. Wprowadzają tym samym motyw drogi i odwołują się do powieści inicjacyjnej.
Jeśli pójdziemy tym tropem, dwóch Damianów przechodzących przez kolejne obszary surrealistycznego świata aż prosi się o psychoanalityczne odczytanie. Zachęcają do tego również Lynchowska atmosfera oraz świetna scenografia Łukasza Misztala składająca się z aluminiowych rusztowań i przywodząca na myśl plac budowy. Rusztowania tworzą trochę niedokończone, trochę opuszczone światy – ciasne mieszkanie samotnej matki, stary tani hotel, salę fitness, świeżo wyremontowane mieszkanie nuworyszów... W tle widzimy wizualizacje Natana Berkowicza, dodające scenografii ciężaru i intensywności, a także czegoś z psychodelii. W tym wszystkim – dwóch Damianów, chłopiec i mężczyzna, którzy przebywają w oceanie na pograniczu światów i odwiedzają kolejne wyspy. Jeden jeszcze nie rozumie erotycznego napięcia, czego nie ułatwia mu neuroróżnorodność. Erotyczną bliskość między dorosłymi mieści w obszarze niechcianym, wypartym. Wcześniej dowiadujemy się, że matka odbyła stosunek ze swoim partnerem, gdy syn przebywał za ścianą. Wywołało to w nim napięcie i stres, skłoniło do schowania się w łazience, a następnie spuszczenia siebie w toalecie.
Drugi Damian – bezskutecznie szuka nożyczek, by uwolnić się z pętających go więzów, w których go utopiono. W pewnym momencie z obrzydzeniem wyklina kobiety, które przecież obcinają sobie paznokcie, ale żadna nie chce użyczyć mu nożyczek. Jego zdaniem zawłaszczyła je recepcjonistka z hotelu – „przycina sobie nimi paznokcie i Bóg wie co jeszcze”. Pożądane i nieosiągalne, można by zabawić się interpretacyjnie tropem Žižka i Lacana, chociaż nie jestem przekonana, że to zaproszenie twórcy skonstruowali zupełnie świadomie.
„Magiczna rana”, fot. Natalia Kabanow
Wyspy cierpiących kobiet
Znaczące jest, że to mężczyźni wędrują po kolejnych kręgach – tym wyraźniej zaznacza się cierpienie obecnych na scenie kobiet-bohaterek. Mężczyźni to ci wycofani, z niedostatkiem emocji, kobiety – najczęściej te z naddatkiem. Matka i babka ubolewające nad niedostosowaniem Damianka, neurotyczna, rozhisteryzowana Anusia, która rzekomo uwiodła swojego starszego, pełnoletniego kuzyna, a następnie dręczyła go wyznaniami miłości. Ostatnia scena przed antraktem to krzyk mężczyzny w obliczu kobiety-potwora – fitness Godzilli niszczącej miasto w odwecie za to, że została uwiedziona i porzucona. Po antrakcie odbywa się housewarming party, którego organizatorka, Karolina, tkwi w nieszczęśliwy małzeństwie, ale odrzuca wszelką pomoc, zostaje przy narcystycznym mężu i zjada fondue z podłogi. Ostatnia wyspa to odwiedziny u Gabi, niemającej szans na lepsze życie. Z tego przeglądu wynika, że mężczyźni w adaptacji to ci odchodzący, będący z boku, krzywdzący, ale migający się od odpowiedzialności. Kobiety to te cierpiące, rozpadające się, porzucane.
Nie jestem przekonana, że oś genderowa wybrzmiewa równie silnie w książce. Masłowska z wrażliwością odtwarza czy karykaturuje relacje damsko-męskie, płytkość świeżych znajomości, także – różnice w sprawczości. Spektakl ten motyw nierównowagi dodatkowo podkreśla, chociaż oczywiście w obu przypadkach ma on często wydźwięk humorystyczno-parodystyczny. Wykorzystana przez bohatera Anusia zostaje YouTube’ową coachką i doradza innym kobietom, jak postępować z facetami. W erze po „oczyszczeniu” Gonciarza możemy śmiać się bez poczucia zażenowania.
Terapia działa od klasy średniej wzwyż
Mimo że nie do końca przekonuje mnie ukazanie „Magicznej rany” jako męskiej wędrówki inicjacyjnej po wyspach cierpiących kobiet – spektakl jest udaną adaptacją sceniczną. Każda wyspa przynosi obraz rozpadu tożsamości, doprowadza co najmniej jedną postać do kryzysu. W tym kontekście warto podkreślić rolę kostiumów Patrycji Fitzet, łączące wiele różnych tkanin, sieci, szwów, dziur i przedarć – znakomicie korespondują ze sposobem budowania postaci.
Szczególnie ostatnia odwiedzona przez bohaterów wyspa przedstawia bardzo poruszający obraz rozpadu „przegranej” jednostki. To wspaniały popis aktorski Mai Pankiewicz, którą wcześniej widzimy w roli demonicznej recepcjonistki Hotelu Encore, nosicielki magicznej rany. Gabi przychodzi do doktor Pokerfejs – obojętnej psychiatry. Ta może jej poświęcić maksymalnie 10 minut. Bohaterka przeszła próbę samobójczą, którą wypiera i nie chce się do niej przyznać. Nigdy nie była za granicą, nie ma hobby, nie ma żadnej stabilności finansowej ani oparcia w kimkolwiek. Brakuje jej też, co istotne, zęba – ta skaza naznacza ją klasowo i skupia na niej krytyczne spojrzenia. Widzimy zatem osobą niedopasowaną, co rusz karconą wstydem klasowym i wrzuconą w zaklęty krąg braku perspektyw. Gdy cudem dostaje pracę w rzemieślniczej piekarni na Mokotowie, i tak musi ustąpić na rzecz ładniejszej, lepiej usytuowanej klasowo Rusłanki. Tymczasem współlokatorka już od dłuższego czasu chce się pozbyć nielubianej koleżanki, więc korzysta z okazji i zabiera się za pakowanie jej rzeczy.
„Magiczna rana”, fot. Natalia Kabanow
Opisawszy psychiatrze swoje dramatyczne doświadczenia, bezrobotna, bezdomna dziewczyna słyszy, że oprócz przyjmowania leków powinna także wypocząć, zdystansować się od problemów, wyjechać i zająć się ulubionym hobby. To udana krytyka kultury terapeutycznej – i choć oczywiście żadna z osób na widowni, tak chętnie śmiejących się z intelektualnych, mocno warszawskich żarcików podczas housewarming party, nie chciałaby mieć Gabi za współlokatorkę czy pracowniczkę, to jednak ta historia porusza i działa. Śmiejemy się z bezpiecznej pozycji, wszystko jest trochę o nas, ale i podkreśla nasz przywilej. Drzwi do wyjścia z gabinetu prowadzą jednocześnie na statek przypominający rudowęglowiec Ibupron, na który nie udało się wsiąść Dżinie i Parchowi z utworu „Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku”. Czy Gabi trafi na Wyspy Szczęśliwe? Nie sądzę, ale bardziej nieszczęśliwa już nie będzie.
Dla Gabi nie ma miejsca nawet, czy może przede wszystkim, w gabinecie terapeutycznym – jedyne, na co może liczyć, to podróż w jedną stronę na odpływającym statku (lub za pośrednictwem rury kanalizacyjnej wychodzącej daleko w morze). Bardzo cenię u Masłowskiej te momenty, gdy w konstruowanej rzeczywistości coś pęka, a ze szczeliny wycieka skumulowane nieszczęście, łączące groteskę z paradoksalną, beznadziejną nadzieją na ucieczkę. Finałowa scena z udziałem Gabi jest dopięciem motywu akwatycznej ucieczki wyrzutków, którą na początku utworu sygnalizuje spuszczenie się chłopca w toalecie – to świetna, mocno zapadająca w pamięć decyzja interpretacyjna.
Rana, która przynosi korzyści
Oczywiście zarówno książkowa, jak i teatralna „Magiczna rana” w znacznie większym stopniu traktują o klasie niż o płci. Czy jest klasistowska? Nie wydaje mi się, żeby to pytanie w ogóle mogło wybrzmieć w kontekście spektaklu, który został zrealizowany w psychodelicznej, nierealnej konwencji. Komponentu realizmu i przygnębiającej powagi – trochę mi zabrakło. Mam wrażenie, że twórcy próbowali zwiększyć dawkę Masłowskiej w Masłowskiej. Podkreślając analogie do wcześniejszych utworów (choćby na poziomie motywów), w jakimś sensie zatracają wyjątkowość i odrębność książki. Zdaje się, że rama sceniczna opowieści zaproponowana przez Maciąga i Hetela zbytnio przywodzi na myśli „Innych ludzi”, gdzie przeplatały się losy z osób z różnych klas społecznych.
Zastanawiam się nad tym podobieństwem, wracając do przywołanego na samym początku pytania, czy Masłowska jeszcze ma coś do powiedzenia. Czy samo przedłużanie uniwersum utkanego z charakterystycznego, trashowego języka legitymizuje jej wyjątkowy status w kanonie współczesnej literatury polskiej? Zwłaszcza gdy z jednej strony jesteśmy coraz bardziej wrażliwi na pozycję, z której krytykujemy, a z drugiej – uderzanie w klasę średnią i polską aspiracyjność stało się po prostu modne?
Iwona Kurz, rozmawiając z Wojciechem Szotem o autorce „Pawia królowej”, broniła jej przed zarzutem klasizmu. Mówiła o lewicowej hiperpoprawności, wedle której każdą krytykę można uznać za zbyt mało empatyczną. Wydaje mi się jednak, że w utworach Masłowskiej zupełnie nie chodzi o wzbudzanie empatii, raczej o uwikłanie w język, konsumpcję i wszechobecny brud. Jej postaci to tylko trochę my, a częściej ktoś, kogo myślimy, że znamy. I fajnie się z tego pośmiać, poubolewać, w jakim pokręconym świecie żyjemy. Groza tytułowej magicznej rany za bardzo nas nie dotyka – mamy to już przecież rozpracowane, te wszystkie prześnione rewolucje, zwroty ludowe, potransformacyjne traumy, dzieciństwa w traumalandzie.
„Proszę się nie brzydzić, to magiczna rana” – mówi recepcjonistka o świeżych, wciąż broczących nacięciach na przedramionach. – „Nigdy się nie zarasta ani nie goi. Zaklęte w niej cierpienie ciągle się odnawia, pobudzając i przynosząc nieskończone korzyści. Może pani poprosić o co bądź, a to się spełni. Paru osobom już się spełniło”. Rana odnawia się – dziedziczona pokoleniowo, napędzana ciągłą konsumpcją. Można by się jeszcze nad jej znaczeniem dalej rozwodzić, ale zatrzymajmy się i przyjrzyjmy temu, co zostało wprost powiedziane. Rana, jeśli już, to obrzydza. Nie boli. A cierpienie podobno przynosi nieskończone korzyści. Z kolei opisywanie i estetyzowanie go na scenie – środowiskowe uznanie, pełną widownię i poczucie satysfakcji, że oto stoimy przed problemem, który tylko trochę dotyczy nas samych.
„Magiczna rana”, fot. Natalia Kabanow
„Magiczna rana”, reżyseria: Radosław Maciąg
Na podstawie tekstu Doroty Masłowskiej
Teatr Studio, Warszawa