Homar po nowojorsku: sekret Josepha Mitchella. Recenzja „W starym hotelu”
( 02.06.2026 )
Mitchell niestrudzenie krążył po tym ogromnym, wspaniałym mieście, żeby poznać i opisać ludzi, o których na ogół nie wspominano w modnych magazynach.
Nie jadłem wprawdzie nigdy homara, ale mam literacko-filmowe pojęcie o tej czynności. Zatem – czytanie „W starym hotelu” Josepha Mitchella, tomu liczącego ponad osiemset stron, w którym zgromadzono jego teksty newyorkerowskie, jest niczym jedzenie homara. Potrzeba niemało cierpliwości, żeby dobrać się tam w końcu do tego, co najsmaczniejsze i pożywne.
Już sam podtytuł, nadany książce przez polskiego wydawcę, może wprawić czytającego w lekką konfuzję: „Reportaże z nowojorskiej ulicy”. Tyle że w „Nocie od autora” Mitchell, dziennikarz „New Yorkera”, środowiskowa legenda, ekscentryk-zbieracz z Nowego Jorku, oznajmia, że część tekstów „W starym hotelu” stanowią, „jeśli tak je można nazwać”, opowiadania. Skrupulatnie wylicza, gdzie mamy do czynienia z fikcją, a gdzie z faktami. Wychodzi na to, że dziesięć z trzydziestu ośmiu „reportaży” to jednak właśnie opowiadania. Ponad jedna czwarta zbioru. Co więcej – niektóre za temat mają nie Nowy Jork, ale, na przykład, miasteczko Stonewall i hrabstwo Black Ankle w Karolinie Północnej. Z kolei oba teksty poświęcone Joe Gouldowi, genialnemu włóczędze i członkowi nowojorskiej bohemy, określa Mitchell terminem „szkice biograficzne”. Autorka pierwszej z przedmów, Anna Arno, przytacza w niej glosę Adama Gopnika, dziennikarza „New Yorkera”, w której czytamy o „przejrzystym minimalizmie prozy Mitchella”. W jej tekście mowa jest ponadto o tym, że „na szczęście «New Yorker» nie wymagał zachowania czystości gatunku. Przeciwnie – od lat dwudziestych promował «profil»: esej biograficzny, którego bohater zostaje przedstawiony poprzez opisy, anegdoty i rozmowy”. Z kolei David Remnick, autor drugiej z przedmów do „W starym hotelu” i obecny redaktor naczelny „New Yorkera”, uznaje Mitchella za jednego z tych, „którzy w swoim czasie wyznaczali standardy literatury faktu”.
Moją ambicją nie jest piętnowanie nazewniczego zamętu. Często trudno jednoznacznie wskazać gatunek, jakim posługuje się autor. Pisarze po wielokroć sami zaburzają czystość gatunkową. Prozie nadają pozór faktów, a w reportażach, biografiach i wspomnieniach korzystają z technik powieściowych. Najróżniej też definiują prawdę i swoje obowiązki wobec niej.
Joseph Mitchell, „W starym hotelu. Reportaże z nowojorskiej ulicy”, Znak Literanova
Instant klasyk, stróż miasta
To nie koniec kłopotów z dziełem Mitchella, tak długo opiewanym jako klasyk i wzór do naśladowania. Oto bowiem w ostatnich latach znawcy i krytycy coraz śmielej przekonują, że w tekstach, które uchodziły dotąd za literaturę faktu, posługiwał się on fikcją. Michał Choiński, autor książki „The New Yorker. Biografia pisma, które zmieniło Amerykę”, w niedawnym tekście dla „Tygodnika Powszechnego” zatytułowanym „Joseph Mitchell po polsku. Dobra opowieść nie musi być prawdziwa”, napisał:
„W wydanej w 2015 r. biografii Mitchella pt. «Man in Profile», Thomas Kunkel dowodzi, że część miejskich sylwetek, które publikował on dla «New Yorkera», to w istocie albo zlepki różnych, niezwiązanych ze sobą historii, lub wręcz wytwory jego fantazji – na pewno tak właśnie było w przypadku Joe Goulda. Dla wielu zwolenników twórczości Mitchella te doniesienia przyniosły podwójne rozczarowanie: z jednej strony sam legendarny dziennikarz dopuszczał się praktyk nieakceptowalnych z punktu widzenia etyki pracy reporterskiej, a z drugiej tygodnik, który swoją legendę zbudował przecież na rygorystycznym fact-checkingu i przywiązaniu do prawdy, zawiódł zaufanie czytelników, przez lata podchodząc z zaskakującą pobłażliwością do przesyłanych przez niego tekstów”.
Mitchell był kronikarzem Nowego Jorku, choć sam z Nowego Jorku nie pochodził. Urodził się i wychował w Fairmont w Karolinie Północnej. Do metropolii przybył w roku 1929, gdy miał dwadzieścia jeden lat. „[…] wyrobił sobie markę jako autor artykułów w dziennikach «Morning World», «Herald Tribune» i «World‑Telegram»”. Jako felietonista, reporter policyjny i redaktor relacjonował przebieg procesu sądowego sprawców porwania syna Charlesa Lindbergha oraz niezliczone pożary i morderstwa. Przeprowadzał wywiady z właścicielami pchlich cyrków, mieszkańcami jaskiń w Central Parku, handlarzami ostryg, kapitanami statków, tancerkami wodewilowymi, Clarą Bow, Fatsem Wallerem, Albertem Einsteinem i «królową nudystów»”, pisze Remnick w swojej przedmowie początki kariery Mitchella. I dodaje: „Szybko stał się jednym z najpopularniejszych dziennikarzy w mieście”. W 1938 roku zaczął pracować w „New Yorkerze”.
Mitchell niestrudzenie krążył po tym ogromnym, wspaniałym mieście, żeby poznać i opisać ludzi, o których na ogół nie wspominano w modnych magazynach. Zaliczał pieszo ogromne odległości, wsiadał na chybił trafił do metra i wysiadał gdzie bądź, kapryśnie zmieniał autobusy. Latami mapował Nowy Jork. Flaner korzystający z dobrodziejstw zbiorkomu, łazik, socjolog amator, Homer spod niebotyków.
Interesowały go obrzeża, niezbyt wystawne ulice, zapuszczone redy, bardzo stare cmentarze, targowiska, nory, podejrzane knajpy, tanie kina, resztki „holenderskiego Nowego Jorku” i przybytki, w których intencjonalnie zatrzymano czas – ich właściciele i użytkownicy nie chcieli zmiany, efektownych nowości. Konsekwencją odwiedzania takich obszarów był kontakt z biedotą, dziwakami, pracownikami fizycznymi, z lekka nawiedzonymi ewangelizatorami, stukniętymi kolekcjonerami, „byłymi poetami”, klubem głuchoniemych, arystokracją cygańską i, dosłownie, kobietą z brodą. To o nich pisał następnie na łamach „New Yorkera” – o Nowym Jorku karaluchów wyścigowych, eksmisji i purystów walczących z wulgaryzmami niczym biblijni prorocy z szatanem. Pisał o codziennym znoju, zapoznanych obyczajach, ekscentrycznych pasjach, alternatywnych sposobach istnienia w potężniejącej Ameryce lat czterdziestych i pięćdziesiątych, niełatwej sztuce życiowego uniku. Mitchellowi najwyraźniej chodziło o to samo, co Joyce’owi, którego przecież uważał za swojego mistrza i daremnie marzył o stworzeniu nowojorskiego „Ulissesa”, a mianowicie „[…] by dać wyraz niezbadanym głębiom miasta zwyczajnych ludzi”, jak niegdyś ujął to Marshall Berman.
Mało tego – pisze Arno – „podczas swoich miejskich peregrynacji Mitchell przygarniał bezpańskie przedmioty. Znaleziska opisywał troskliwie, zwykle na firmowym papierze «New Yorkera». Na karteczce z lipca 1972 zapisał: «piwnica 78 Duanem drut elektryczny z izolatora nr 2, gwoździe zapewne nie pochodzą z najstarszej części budynku – to znaczy być może z boazerii albo belek zamontowanych podczas remontu. Izolatory z belki (nośnej?) pośrodku sklepienia». Z odłamków Mitchell układał mozaikę starego Nowego Jorku”. Dlatego „bliscy cierpliwie wysłuchiwali jego tyrad o bezdusznym niszczeniu miasta i ohydzie nowych, ostentacyjnie luksusowych budowli”, a on – „znaleziska całymi workami znosił do domu”.
Jego misją, niewykluczone, że obsesją, było coś więcej niż „pisanie o Nowym Jorku”. Straceńcza walka z upływem czasu, niemożliwe do zrealizowania ocalenie miasta przed kulą rozbiórkową i spychaczem, zapomnieniem, nieustającą transformacją, inwazją nowoczesności. Teksty Mitchella byłyby zatem komorami grobowymi albo kapsułami, w których miało przetrwać. On sam – nie tylko kronikarzem, lecz i stróżem tej metropolii nad Atlantykiem, jakże w tym podobnym do Mirona Białoszewskiego wędrującego po Warszawie. W wywiadzie-rzece z Kazimierą Szczuką Maria Janion wspominała:
"Kiedy wychodziłyśmy od niego późną nocą, wychodził z nami, żeby krążyć w nocy po mieście, jesienią czy zimą. Miał takie stare, wytarte palto po ojcu, wyglądał w nim jak nocny stróż. I rzeczywiście był takim nocnym stróżem, który obchodził Warszawę".
Dlatego, gdy pojawiły się zarzuty, iż dzieło Mitchella nie jest najpewniej w stu procentach kronikarskim, werystycznym zapisem, ale kroniką uzupełnioną o efekty wyobraźni i chwyty rodem z beletrystyki, tylu czytelników poczuło się dotkniętych i zawiedzionych. Jakby Nowy Jork, o którym pisał, i ci wszyscy sportretowani przez niego nowojorczycy, stali się raptem mniej prawdziwi i ciekawi, bardziej widmowi.
Joseph Mitchell
Zlot Walejdotów
Nie chcę, żeby ktokolwiek wziął mnie za pyszałka, ale dziwię się, iż potrzeba było aż pogłębionych dociekań biograficznych Kunkela – i jego ekskluzywnego dostępu do notatek po Mitchellu – żeby poczuć pewną nieufność wobec mitchellowskich reportaży i sylwetek. Owszem, zdarzają się osoby tak ubogacone neurologicznie, że potrafią zapamiętać epickie wywody, których byli adresatami lub świadkami, a potem – z pomocą notatek – odtworzyć je z precyzją dyktafonu, no ale bez przesady. Podobnie jest z tymi, co zagadani przez dziennikarza potrafią od ręki uraczyć go reminiscencją bądź gawędą biograficzną o licznych wątkach, postaciach i dygresjach, jednocześnie zachowując strzelisty kierunek narracyjny. Niemało tekstów Mitchella zawiera takie fenomeny.
Opowieści jego rozmówców są uporządkowane, klarowne, profesjonalnie wyposażone w punkty zwrotne i puenty. Kto odtwarzał dopiero co nagrany wywiad, ten wie, że to najczęściej nerwowa ględźba od pytania do pytania. Odpytywani powtarzają się, mylą, plączą. Mitchell, urodzony szczęściarz, najwyraźniej spotykał wyłącznie uczynnych wajdelotów, którzy ot tak nad stołem czy na ławce w parku wygłaszali mowy godne cezarów i audiobooków, a swoje oracje raz po raz inkrustowali wtrętami w rodzaju: „Wychowałam się w irlandzkiej rodzinie, która od pokoleń mieszkała w jednej ze starych irlandzkich dzielnic po zachodniej stronie Greenwich Village, pośród cyganerii i ekscentryków, i wydawało mi się, że sporo już wiem o ludzkiej naturze i zachowaniach, ale szybko się przekonałam, że tak nie jest”.
Oczywiście deklarowanie, że przygotowało się literaturę faktu nie jest w porządku, gdy ów szczerozłoty fakt okazuje się miejscami tombakiem fikcji. Ale nie tylko prawda mówi prawdę o mechanizmach rządzących naszym światem. Prawdziwym może być to, co wygląda i brzmi jak prawdziwe. Mogę czerpać przyjemność i wiedzę z tekstu, który zawiera ulepszacze, cukry i regulatory wyobraźni, byle mnie o tym poinformowano na etykiecie. Chętnie przeczytam sylwetkę kogoś reprezentatywnego dla jakiejś branży, czasów bądź wydarzenia, nawet i złożoną w jedno z kilku takich realnych ktosiów. To nie to samo, co żywot Piłsudskiego ubogacony o fantazje i cuda. Dlatego należy zastanowić się nad opisem półki bibliotecznej, na której legnie opus Mitchella.
Czepiałbym się jedynie newyorkerowskich redaktorów Mitchella, że pozwalali mu na tak obszerne publikacje. Może to moja skorodowana internetem głowa, ale trudno mi uznać (jak wciąż czyni to wielu jego amerykańskich odbiorców-admiratorów) te po większości letnie i rozwlekłe opowieści za arcydzieła. Tak, bywają pośród nich rzeczy dobre i bardzo dobre. Lecz brakuje pisaniu Mitchella pazurów, dosadności, zapału czy wyrafinowania, jakie nadeszły po nim wraz z Nowym Dziennikarstwem, gonzo, felietonistyką zaangażowaną Pete’a Hamilla i Jimmy’ego Breslina,
Joseph Mitchell, „W starym hotelu. Reportaże z nowojorskiej ulicy”, Znak Literanova
gigantów z nowojorskich tabloidów.
Ugotowana noga
„Chłop z ugotowaną nogą czekał swojej kolei w korytarzu, który dzieli salę wykładową od operacyjnej”. Zdanie to, pochodzące z tekstu Babiniaka-Rubinrauta z tomu „Polskie drogi. Wybór reportaży z lat międzywojennych” kołatało mi w głowie, gdy czytałem opasłą księgę Mitchella. „Polskie drogi”, jak i inna antologia pod redakcją Jana Dąbrowskiego (i Józefa Koskowskiego, bo Dąbrowski zmarł nie doczekawszy wydania), „Niepiękne dzielnice. Reportaże o międzywojennej Warszawie”, dają wgląd do rzeczywistości polskiego międzywojnia, idealizowanego, również i obecnie, jak chyba żaden inny moment w dziejach Polski. Oba te projekty łączył pomysł, żeby pokazać II RP bez piłsudczykowsko-ziemiańskiego filtra, z wyłączeniem nostalgicznych wspomnień o Ziemiańskiej, pułkowniku Wieniawie, Lux-Torpedzie i „pięknych warszawskich ulicach”. Tematem miało być to, co wówczas, za Dziadka i sanacji, albo stłumiano propagandą mocarstwową, albo też podawano w tonie sensacji i mrocznej rozrywki w rubrykach kryminalnych i na czołówkach bulwarówek. I tak, obie książki wyszły w czasach PRL, której władze ochoczo demonizowały przedwojenny ład.
„Polskie drogi” i „Niepiękne dzielnice” są w znacznej części relacjami z piekieł – nędzy, bezdomności, prostytucji, sieroctwa, wyzysku, braku pracy, zacofania, nie życia, ale wegetacji. „Polskie drogi” to objazd kraju, a „Niepiękne dzielnice” – obchód Warszawy.
Zwłaszcza „Niepiękne dzielnice” przywodzą na myśl „W starym hotelu”. Autorzy owych tekstów, podobnie jak Mitchell, naumyślnie schodzą z reprezentacyjnych szlaków i w rezultacie eksplorują przedmieścia, getta biedoty, przybytki pomocy społecznej, niebezpieczne rejony stolicy – „[…] Okęcie-Zbarz, ultracywilizacja i superdzicz we wzajemnej odległości stu metrów” – żeby opowiedzieć o tym wszystkim czytelnikom i, być może, wpłynąć na decydentów.
Czytamy więc między innymi o szesnastogodzinnych dniach pracy tak zwanych chałupników, o przeludnionych barakach na Żoliborzu, o uznojonych kanalarzach, o bieda-sklepach, Annopolu, tym „rezerwacie nędzy”, węglarzach i węglokradach, dziewczynach ulicznych – „Krótkie życie. Obłęd. Samobójstwo. Ciągnienie zysków z innych młodych dziewcząt. Kucharowanie w domach publicznych”, jadłodajniach dla ubogich, nieszczęśnikach, którzy na „odludnej przestrzeni pomiędzy mostem Kierbedzia a Kolejowym” sypiają w śmieciach. Sporo w „Niepięknych dzielnicach” tekstów gazetowych, doraźnych, interwencyjnych, zbudowanych prostymi środkami wyrazu i przy użyciu emocji czy moralizowania. Ale, po pierwsze, spełniają swoją funkcję – działają nawet i po dziewięćdziesięciu latach od powstania. Po drugie, rezygnacja (tudzież nieumiejętność zastosowania) z artyzmu, nie oznacza wcale, że nie pojawiają się tu plastyczne opisy, trafne charakterystyki i wybitne frazy streszczające czyjś los i epokę. „Garbarnia wyglądała jak wielki cmentarz w dzień katastrofy”, na przykład.
Nie twierdzę, że w pisaniu Mitchella brakuje ładnych zdań. Jest ich na pęczki, choćby takie: „ […] reputacja firmy ostrygowej częściowo zależała od splendoru jej barki”. Albo: „Na dachu fabryki Spry znajduje się ogromny, elektryczny szyld, który góruje nad rzeką, a w deszczowe, mgliste noce jego pulsujący, powtarzany w nieskończoność komunikat – SPRY DO PIECZENIA, SPRY DO PIECZENIA, SPRY DO PIECZENIA – wydaje się zagadkowym ostrzeżeniem, które New Jersey desperacko próbuje przekazać Nowemu Jorkowi”. Ale Mitchell w swoim pisaniu o Nowym Jorku jest, uważam, zbyt gładki, nazbyt elegancki i ugrzeczniony. Ciąży ku wylewnej epice, a nie wywołaniu u czytelnika wstrząsu bądź szybszego przepływu krwi. Nawet gdy pisze o harówie, bezdomnych „jaskiniowcach” zasiedlających jaskinię w Central Parku, ubogich doby Wielkiego Kryzysu, targu rybnym Fulton, na którym kłębią się tłumy, pozostaje zdystansowany, rzekłbym, flaubertowski. Nie zbliża się nawet do Joyce’a, który lubił pojechać bluzgiem, zadziorną ironią albo mocno fizjologiczną scenką.
Podobno Mitchell zaprzyjaźniał się z tymi, którzy później trafiali do jego tekstów, żeby lepiej ich poznać i obserwować z bliska. Nie twierdzę, że tak nie było. Lecz efekt jest taki, że opowieści o nich są mniej poruszające. Przypominają passusy Dickensa o Londynie i londyńskiej biedzie, sierotach, cuchnących zaułkach, kostycznych, złych krewnych. Literacko znakomite, psychologicznie – jak najbardziej prawdopodobne. Ale kogo dzisiaj porusza i dotyka Dickens? Brakuje mi u Mitchella żarliwszego tonu, własnego osądu, zaangażowania intensywniejszego niż u akwarysty oglądającego przez szybę pielęgnice i glonojady. Zamiast entych homeryckich wyliczeń i szczególarstwa godnego modelarzy, wolałbym, żeby wprost kogoś lub coś napiętnował. Wanda Melcer w reportażu o „dziewczynach ulicznych” nazywała szumowinami mężczyzn bezwzględnie te dziewczyny wyzyskujących. Właśnie – jeszcze i to… Skoro Mitchell to kronikarz zwykłego i „gorszego” Nowego Jorku, nowojorskich peryferii i Nowego Jorku półświatka, marginesu, „zagubionych dusz”, odszczepieńców, to gdzie u niego agitatorzy, kryminaliści, strajki, degeneraci, pracownice seksualne, zabiedzone dzieci, rynsztoki, ludzie, którzy się naprawdę stoczyli? Jan Dąbrowski, zapomniany już dzisiaj dziennikarz i reporter, umiał w swoim tekście o bezdomnych w przedwojennej Warszawie roku 1934 jednym zdaniem oddać tragizm i beznadzieję ludzi pozbawionych domu, poczucia bezpieczeństwa, łóżka. „Podobno śmieci grzeją”.
W przedmowie do „W starym hotelu” Anna Arno pisze, „Mitchell uwielbiał stare kościoły i stare hotele, dawne sklepy, posterunki policji, drukarnie i magazyny. Wspinał się na wieże i strychy, penetrował kanały i piwnice, pachnące jeszcze towarami, które niegdyś tam składowano. Wchodził na rusztowania wznoszonych właśnie wieżowców i mostów. Z bliska kontemplował drążenie tuneli”. Zatem, kto wie, czy bardziej od ludzi nie zajmowało go miasto jako piękna, imponująca struktura, obumierający i reaktywujący się organizm, cywilizacyjny cud, pole energii, w którym skumulowała się historia, tysiące budynków, miliony losów, miliardy słów. W rzeczonych ludziach mógł widzieć w pierwszej kolejności nowojorczyków, personel miasta, komórki Nowego Jorku, a nie – bliźnich.
Joseph Mitchell
Blokada i koniec
Joseph Mitchell był nie tylko kronikarzem Nowego Jorku, totemicznym autorem „New Yorkera”, symbolem dziennikarstwa i klasyką wykładaną początkującym dziennikarzom, ale również ofiarą trwającej bodaj najdłużej w historii literatury blokady pisarskiej. Bo Mitchell nie złamał pióra i nie wyrzucił maszyny do pisania za okno. Wielu świadków potwierdza, że słyszeli tejże stukot dobiegający z pokoju w redakcji „New Yorkera”, w którym miał swoje biurko. Po jego śmierci opublikowano nawet trzy fragmenty autobiograficznej „większej całości”. Niestety, któryś z krytyków ocenił te próby jako zasługujące na drugie miejsce w konkursie na Złego Joyce’a. A jeśli chodzi o reportaże i profile, po ogłoszeniu w roku 1964 „Sekretu Joe Goulda” Mitchell zamilkł na dobre.
„Przez kolejne trzydzieści jeden lat i sześć miesięcy przychodził do pracy niemal codziennie, lecz nie oddał ani jednego tekstu do rubryki «The Talk of the Town». Członkowie zespołu darzyli tego uprzejmego, łagodnego geniusza ogromnym szacunkiem i tylko największy głupiec odważyłby się zapytać o powody jego milczenia. Krążyły teorie na temat tego, co mogło stanąć mu na przeszkodzie: jakaś osobista tragedia, ciężar reputacji, drastyczne zmiany zachodzące w Nowym Jorku. «Wygląda na to, że nie potrafię już niczego skończyć» – przyznał, gdy był już po osiemdziesiątce. «Świat znalazł się w tak strasznym położeniu, że pisarstwo, które zwykłem uprawiać, po prostu nie ma już racji bytu»”. Tak Remnick opisywał długi finał życia i twórczości Josepha Mitchella.
Pisarz zamilkł, wydawszy z siebie piękną, długą pieśń. „Sekret Joe Goulda” jest przykładem mistrzowskiego eseju biograficznego – opisem wyjątkowości drugiego człowieka bez pomijania jego wad, sumą ludzkich słabości, która nie brzmi protekcjonalnie ani dydaktycznie.
Joe Gould był tak tajemniczą, fascynującą i tragiczną personą, że Mitchell napisał o nim aż dwa teksty. Najpierw „Profesora Mewę” w 1942 roku, następnie, blisko ćwierć wieku później, „Sekret Joe Goulda”. „Profesor Mewa” liczy niespełna dwadzieścia stron, „Sekret Joe Goulda” to koronkowa robota na stron sto. „Profesor Mewa” jest typowym dla „wczesnego Mitchella” tekstem o barwnym, nowojorskim dziwaku, który twierdzi, że poznał język mew, pomimo z lekka menelskiego obejścia i bezdomności zgrywa snoba, nadużywa alkoholu, włóczy się, trudni naciąganiem, widzi w sobie symbol bohemy i zrywami, w najróżniejszych punktach Nowego Jorku, pracuje nad gigantyczną „Historią mówioną naszych czasów”. „W swoim dziele umieszcza tylko to, co widział lub usłyszał. […] «Historia mówiona» to śmietnik pogłosek, repozytorium paplaniny, misz‑masz bełkotu, farmazonów, bajdurzenia i dyrdymałów – według szacunków Goulda owoc ponad dwudziestu tysięcy rozmów”.
„Sekret Joe Goulda” jest dalszym ciągiem „Profesora Mewy”, epickim i wirtuozerskim dopełnieniem tej opowieści, a zarazem bolesną demaskacją jej bohatera. Mitchell wnikliwie opisuje życia Goulda – zarówno to pozanowojorskie, jak i nowojorskie, swoje z nim relacje na przestrzeni lat, lokalną sławę, jakiej zaznawał Gould po opublikowaniu „Profesora Mewy”, postępujące u niego zgorzknienie i megalomanię, pracę nad „Historią mówioną”, spiralę biedy, uzależnienia i kryzysów psychicznych, w której ten ostatecznie się pogrążył i przepadł. Co więcej – „Historia mówiona naszych czasów”, która miała liczyć prawie dziesięć milionów słów i być wielokrotnie grubsza od biblii, okazuje się być mitem, humbugiem, majakiem skołatanego umysłu, stosem brudnopisów.
Z tego co wiadomo, Mitchell utożsamiał się z Gouldem. Również i jego ulissejska „Historia mówiona”, mimo zapału, planów i setek dni zmarnotrawionych nad kartką papieru, pozostała ledwie skrawkiem tego, co zamierzał. Niewykluczone, że był nią „Sekret Joe Goulda”. Dlatego też Mitchell zamilkł – albo dlatego, że napisał dzieło życia, albo dlatego, że nie mógł tego dzieła napisać. I czy „Sekret Joe Goulda” jest czystą prawdą, czy jednak prawdą na sterydzie wyobraźni i plotki, nie ma, dla mnie, większego znaczenia. Wybitna literatura to synonim prawdy.
Cytaty pochodzą z: J. Mitchell „W starym hotelu. Reportaże z nowojorskiej ulicy”, przeł. Kaja Gucio i Jakub Marek Klawe; M. Berman „«Wszystko, co stałe, rozpływa się w powietrzu». Rzecz o doświadczeniu nowoczesności”, przeł. M. Szuster.
Joseph Mitchell, „W starym hotelu. Reportaże z nowojorskiej ulicy”
przekład: Kaja Gucio, Jakub Marek Klawe
Znak Literanova 2026