Dlaczego Picasso wielkim artystą nie był?

Aleksander Hudzik
esej
recenzja
sztuka
2.11.2023
9 min. czytania

Jeśli wystawa Picassa w Warszawie coś udowadnia, to chyba tylko to, że i wielkim artystom zdarzały się przeciętne dzieła. Czy warto w tym celu wybrać się do Muzeum Narodowego w Warszawie?


29 sierpnia 1948 roku Pablo Picasso dopalił papierosa przed Muzeum Narodowym w Warszawie. Niedopałek wylądował na kamiennych schodach budynku, który przetrwał wojnę – poraniony, z pokruszoną fasadą – i stał się symbolem zwycięstwa. Do Muzeum Picasso wszedł w asyście dyrektora Stanisława Lorentza, który zadbał osobiście, by malarz mógł odpalić kolejnego papierosa już w sali. 

Wizyta Picassa miała w sobie coś z transakcji. Hiszpański malarz od dekady mieszkający we Francji przekazał muzeum dwadzieścia własnoręcznie zdobionych talerzy. Miły gest, choć jego podróż na wschód miała szerszy wymiar. Picasso był członkiem Francuskiej Partii Komunistycznej od 1945 roku, a do Polski przyjechał na Światowy Kongres Intelektualistów w Obronie Pokoju, organizowany we Wrocławiu. Wydarzenie tyleż propagandowe, co pionierskie, na którym obok artystów, polskich polityków i reprezentantów Związku Radzieckiego, pojawili się najbardziej wpływowi ludzie kultury tamtego czasu: György Lukács, Fernand Léger, Bertold Brecht i Picasso. Mimo nieporozumień, niejasnych referatów i braku odpowiednich tłumaczy wyłonił się jeden jasny postulat – wstrzymania pracy nad bronią jądrową. I Picasso, kronikarz bombardowania hiszpańskiej Guerniki, złożył wyraźny podpis pod ustaleniami kongresu, na samej górze karty wieńczącej kilkudniowe obrady. 

fot. Bartosz Bajerski / Muzeum Narodowe w Warszawie

Po wizycie we Wrocławiu malarz odwiedził jeszcze Kraków i Warszawę, gdzie poza wycieczką do Muzeum spotkał małżeństwo Syrkusów – pary zaangażowanej w ruch komunistyczny, walkę na rzecz pokoju i odbudowę Warszawy. Architekci zabrali Picassa na spacer po warszawskiej Woli. Na osiedlu Koło w jednym z mieszkań Picasso narysował syrenkę, symbol Warszawy, której zamiast miecza dosztukował młot, atrybut proletariatu. Potem partnerka artysty Françoise Gilot przywiozła z Krakowa góralski kożuch i chustę, w których paradowała po ulicach stolicy mimo letnich upałów, a Picasso sportretował ją jako „dziewczynę z Polski”. W 1949 roku przekazał ten rysunek wraz z trzydziestoma trzema innymi do zbiorów Muzeum i na tym zakończono wymianę uprzejmości. W 1953 roku zamalowano rysunek Picassa na Kole, i to na prośbę rodziny, która miała dość pielgrzymujących turystów.

Kilka miesięcy po siedemdziesiątej rocznicy zamalowania syrenki Picassa i w pół wieku po jego śmierci (1973) dzieła artysty wracają do Warszawy. Na dziedzińcu Muzeum Narodowego pojawił się wielki baner z napisem „Picasso” i logo banku Santander – obietnica zetknięcia się ze sztuką malarza, który nie miał u nas ani jednej większej wystawy. Dwadzieścia jeden lat temu w warszawskim Muzeum Teatralnym, w Łodzi i na Zamku Książąt Pomorskich pokazano tylko wystawę „Pablo Picasso. Grafika, ceramika, arrasy”, w której znalazło się 194 grafik artysty. Dwie dekady później, w bogatszej Polsce o nieco lepiej utrwalonych relacjach międzynarodowych, moglibyśmy spodziewać się wystawy kompleksowej, dojrzałej, godnej jedynego dziś warszawskiego muzeum sztuki, które posiada stałą siedzibę. 

Okazuje się jednak, że to tylko fantazje. Już pierwsza sala i kilka średniego formatu prac na papierze zwiastują zawartość kolejnych pokoi. Obok rysunków, które Picasso przekazał przed laty Warszawie, do Narodowego przyjechało kilkadziesiąt litografii, grafik i rysunków z Museo Casa Natal Picasso (Muzeum – Dom Narodzin Picassa) w Maladze. W sumie obiektów jest 127. To dużo czy mało? Dorobek jednego z ojców kubizmu szacuje się na trzydzieści pięć tysięcy obrazów, tyle samo ilustracji i sto tysięcy grafik.

Problem leży nie w liczbie eksponatów, lecz w tym, jak zostały dobrane. W Warszawie zaprezentowano przede wszystkim prace tworzone w latach czterdziestych i później. To czas, w którym Picasso wkracza w niezwykle ciekawą, ale trudną do sklasyfikowania fazę twórczości. Dawno zostawił już za sobą opowieść o kubizmie, przepracował też zachwyt antykiem, surrealizm czy swój okres antywojenny, wynikający przede wszystkim z protestu wobec rządów generała Franco w Hiszpanii. Nie interesuje go już to, co jego przyjaciółka Hélène Parmelin w książce Picasso Plain nazywa „gramatyką konstrukcji”, czyli budowaniem nowych form i tworzeniem oryginalnego języka wizualnego. Picasso jest wolny – wraca do tego, co mu się podoba, żongluje formatami tak samo jak arlekiny z jego ulubionych cyrkowych obrazów. Ale Picasso też popełnia błędy i zdarza mu się stworzyć przeciętne prace, co głośno powiedziała Hanna Gadsby – kuratorka głośnej tegorocznej wystawy poświęconej Picassowi i zatytułowanej „It’s Pablomatic”. Jako człowiek po sześćdziesiątce i doświadczony już artysta, wraca do motywów, które nawiedzały go latami, i choć te wątki są na wystawie obecne, są też rozsypane, niekompletne, albo nieopisane. Mamy wrażenie, że tropimy motywy w wysilony sposób, jakbyśmy znów byli w szkole. Faun, Herkules, minotaur: odhaczone. A przecież o samym tylko minotaurze, obecnym chyba w każdej fazie twórczości Picassa, można by opowiadać na dziesiątki sposobów. Na przykład o tym, jak antyczną postać człowieka-byka zaprzęgnął do budowania własnych współczesnych mitów, choćby w Śnie i kłamstwie Franco z 1937 roku. 

Wspomnianej pracy na wystawie nie zobaczymy, znajduje się bowiem w zbiorach Muzeum Guggenheima w Nowym Jorku. I wspominam o niej tylko dlatego, że w rocznicę śmierci najsłynniejszego artysty dwudziestego wieku wystawienie tych ważnych prac okazało się zaskakująco trudne – walczą o nie setki muzeów na całym świecie. „Picasso: A Cubist Commission in Brooklyn” w Metropolitan Museum of Art. „Picasso in Fontainebleau” w MoMA, „Young Picasso in Paris” w Muzeum Guggenheima, „It’s Pablo-matic” w Brooklyn Musem, żeby ograniczyć się do samego Nowego Jorku. Nic dziwnego, że do Warszawy nie przyjeżdża najsmaczniejszy kawałek tego tortu. Mimo to dzięki wieloletnim staraniom, szukaniem funduszy, wyjazdom, rozmowom i setkami umów wywalczono kilkadziesiąt cennych prac. Trzeba więc grać takimi kartami, jakie się ma, ale i tu muzeum nie przyłożyło się do obowiązków. 

Skoro w Narodowym już od kilkudziesięciu lat leżą talerze Picassa, to dlaczego nie opowiedzieć nimi ciekawych historii? Choćby o tym, że w 1946 roku Picasso podczas wakacji na Lazurowym Wybrzeżu odwiedził miasto Vallauris. Tam poznał właścicieli pracowni Madoura, Suzanne i Georges’a Ramié. Zafascynowany tym, jak maluje się ceramikę, Picasso zaczął tworzyć na talerzach, a efekty swojej pracy po raz pierwszy zaprezentował właśnie we Wrocławiu w 1948 roku. I ta ciekawostka mogłaby być zaledwie wstępem do opowieści o tym, jak Picasso, znany z kilkunastu ikonicznych obrazów, przez całe życie szukał nowych form ekspresji, od kostiumów teatralnych dla Siergieja Diagilewa, przez kurtyny do spektakli Jeana Cocteau, po rysunki na skrawkach papieru (takich jak Gołąbek Pokoju naszkicowany naprędce podczas obrad Kongresu w 1948 roku). Można powielać mity o genialnym artyście, które przyciągają uwagę publiczności, lub wykorzystać to, że nie ma dziś szans na ściągnięcie znanych obrazów do Polski i pokazać innego Picassa, który tworzył znacznie ciekawsze obrazy, gdy uciekał od oczekiwań kolekcjonerów, muzeów i innych instytucji. Tymczasem w Muzeum Narodowym kilka talerzy, zamkniętych w gablotach jak w próżni, czeka na wyrok publiczności: podoba, nie podoba. 

fot. Bartosz Bajerski / Muzeum Narodowe w Warszawie

Wokół wystawy Picassa zrobiono wiele – zatańczono, zaśpiewano, zagrano (Koncert Marcina Maseckiego odbył się pod koniec października). Jedyne czego zabrakło, to dobrej wystawy. Z małoformatowych dzieł dałoby się stworzyć opowieść o Picassie, jakiego nie znamy. Niestety trzeba by się wtedy zmierzyć z tym, w co wierzył Picasso, a Muzeum Narodowe tego wyzwania nie podjęło.

Samej wycieczce Picassa do Polski poświęcono odrębną salę. Wywieszono zdjęcie Picassa z Paulem Eluardem i Françoise Gilot w Warszawie, rysunek Polskiej dziewczyny, jest chyba nawet dokument zamaszyście podpisany przez Picassa podczas Kongresu we Wrocławiu, ale wszystkie te elementy układają się w opowieść pod tytułem „Wielki artysta przyjechał do Polski”. Oczywiście, możemy celebrować to wydarzenie. Gdyby jednak przyjrzeć się zaangażowaniu Picassa w zachodni ruch komunistyczny i temu, jak to zaangażowanie wpłynęło na jego sztukę, a przy okazji – zmierzyć się z tym, co wydaje się polityczną zmorą dla konserwatywnego muzeum, można by sformułować odpowiedź na najważniejsze pytanie: dlaczego Picasso był wielkim artystą. 

Nie tylko dlatego, że potrafił lepiej od rówieśników rozstawiać kwadraty po płótnie, albo dlatego, że był radykalny w swoich wyborach artystycznych, i też nie dlatego, że malował kilkadziesiąt lat. Wielkość Picassa polega chyba głównie na tym, że cały swój talent i gromadzony latami kapitał potrafił postawić na jedną kartę, żeby powalczyć o coś większego niż sztuka: o pokój na świecie i nowe środki masowej ekspresji. To dlatego młody Jackson Pollock i Philip Guston, przyszłe gwiazdy amerykańskiej sztuki abstrakcyjnej, rywalizowali o to, kto trafniej nawiąże do Guerniki, bo kolejne pokolenia niosła wiara, którą rozbudził w nich Picasso – że sztuka zmienia świat, a nie tylko samą siebie. Tymczasem to chyba nie przypadek, że kilka tygodni po otwarciu wystawy do księgarni trafia biografia Picassa, na której wypisano „Geniusz, Ikona, Legenda”.  Do buńczucznego tytułu wystawy można by dopisać te puste slogany, bo wychodząc z Muzeum można czuć jedynie zdenerwowanie, że nie dostaliśmy tu ani Picassa, ani jego dzieł, ani nawet sensownego opisu jego twórczości. A przecież można było opowiedzieć o Picassie w Polsce i Picassie za Żelazną Kurtyną – i zrobić z tej kameralnej opowieści coś wyjątkowego, nawet w skali setek innych rocznicowych wystaw. 

Picasso, Muzeum Narodowe Warszawa

Do 14.01.2024

kurator: Mario Virgilio Montañez Arroyo (Museo Casa Natal Picasso), Anna Manicka (Muzeum Narodowe w Warszawie)