I taki to był tydzień w kulturze. Literacki podcast Baracka Obamy i Polska, która mnoży festiwale
( 14.08.2026 )
Słyszeliście o tym, że Gorillaz zagrało w Polsce? Ja też nie.
A szkoda! Wiem, że dziś każde polskie miasto musi mieć własny festiwal, 38 milionów obywateli trzeba jakoś obsłużyć, zastanawiam się jednak, jak to się stało, że w ciągu dekady Polska stała się krajem festiwalowych żniw. Pisał o tym Bartek Chaciński, dodając do wyścigu o widza jeszcze rozważania na temat tego, jak koncerty stadionowe podbierają festiwalom najmłodszego uczestnika kultury. Ja myślę, że w Polsce po prostu kochamy się dzielić, i jeśli da się w czymkolwiek znów osiągnąć rozbicie dzielnicowe, to my to zrobimy. Od mieszkań na wynajem po festiwale. Dotyczy to też festiwali artystycznych. Zaraz wrzesień, który dekadę temu kojarzył nam się z jednym warszawskim festiwalem sztuki. Teraz co tydzień będziemy mieli kolejne wydarzenia tego samego rodzaju. Skromniejsze, ale własne!
Gorillaz na festiwalu BitterSweet, mat. prasowe, fot. Artur Konopka
Barack Obama odpalił podcast, w którym będzie opowiadał o swoich ulubionych książkach. Z jednej strony były prezydent USA od kilku lat publicznie mówi o swoim zainteresowaniu literaturą, publikując nawet rankingi książek, które przeczytał. Z drugiej ma za sobą karierę podcastera („Renegades” z Bruce’em Springsteenem, „Michelle Obama Podcast” – już bez Bruce’a Springsteena). Jest to też część większego zjawiska, którym stała się popularność książkowych podcastów prowadzonych przez celebrytów. Mam nadzieję, że przynajmniej wpływa pozytywnie na czytelnictwo.
Bruce Springsteen i Barack Obama w podcaście „Renegades”
Mi by się marzył taki polski polityczny book club i widzę go tak. Lech Wałęsa z Aleksandrem Kwaśniewskim spotykają się co miesiąc, by poczytać swoje ulubione lektury – biuletyny działkowca, broszury polityczne, opakowania po lekach – po czym przechodzą do czytania własnych postów w mediach społecznościowych, kłócą się, podają sobie nogi i wychodzą ze studia w gniewie.
A tymczasem odpocząłem sobie po maratonie festiwali filmowych, żeby wreszcie nadrobić premierę, na którą czekałem w te wakacje najbardziej – czyli serial „The Hawk” na Netflixie. Tak już mam, że gdy widzę twarz Willa Ferrella, to zaczynam się śmiać. A serial o wracającym na szczyt golfiście-fajtłapie jest zrobiony w konwencji, w której Ferrell spisuje się najlepiej. Zapatrzony w siebie, przekonany o własnej wielkości nieudacznik to przecież postać jak z „Anchormana” czy „Braci przyrodnich”. Serial Netflixa nie jest tak dobry jak te filmy, ale na pewno udało się twórcom zrobić coś, czego nie udało się osiągnąć „Farciarzowi Gilmore'owi 2”, innej tegorocznej produkcji o starzejącym się golfiście. A tym osiągnięciem jest bycie zabawnym.
Will Ferrell w serialu „The Hawk” (Netflix)
I taki to był tydzień w kulturze.