I taki to był tydzień w kulturze. Zmartwychwstanie Kanye Westa i premiera „Requiem dla snu”
( 17.04.2026 )
W tym tygodniu w Warszawie, a za tydzień w Krakowie premiera spektaklu „Requiem dla snu”. To wydarzenie jest dla mnie jeśli nie zmartwychwstaniem, to powrotem z czyśćca. Film Aronofsky'ego z 2000, zrealizowany na podstawie książki Huberta Selby’ego, Jr. (prawa do ekranizacji kupiono od pisarza za tysiąc dolarów) był dla mnie, wówczas jeszcze dzieciaka, formatywnym doświadczeniem.
Nowe zjawisko w polskim malarstwie: przecieruchy.
Już chyba w każdej warszawskiej galerii jest jeden artysta, który maluje szaro-żółtawe anemiczne obrazy, gdzie farby jest tak mało, że największą atrakcją na płótnie jest samo płótno.
Może to symptom recesji: farby drogie, a oszczędzać trzeba. Może to żart z kolekcjonerów, którzy kupią i taki obraz, na którym prawie nie ma obrazu. Może, jak z wszystkim, to moda, która zostawi nas z masą podobnych obrazów i jedną-dwiema osobami artystycznymi, które się po tej modzie ostaną.
W warszawskich galeriach największą atrakcją na płótnie jest samo płótno.
A tymczasem kilkanaście dni po Wielkanocy świat przygląda się prawdziwemu zmartwychwstaniu. Bo chyba nie da się inaczej opisać tego, co dzieje się wokół Kanye Westa, który niedawno wydał przeciętny, zrealizowany przy pomocy AI album „Bully”, oraz oświadczenie napisane chyba też przy pomocy ChataGPT, w którym przeczytacie o tym, że walnął się w głowę i tak włączył mu się półroczny tryb antysemity. Teraz Kanye West twierdzi, że jednak nie chciał, że jednak był Holocaust. Że nie kocha Adolfa Hitlera, za to „kocha Żydów”.
Kanye West niedawno wydał przeciętny, zrealizowany przy pomocy AI album „Bully”.
I choć nie jest to najszczęśliwszy moment na takie deklaracje, okazało się, że koncert w Los Angeles sprzedał się na pniu, publiczność zapomniała, a Kanye ma pojawić się w Polsce, w Chorzowie, 50 kilometrów od Oświęcimia i Brzezinki. (Kanye, gdybyś miał chwilę wolnego, warto się wybrać!)
No i można sobie z tego dworować, a można pogratulować wam, osoby prawicowo-poglądowe. Oto macie powód do świętowania, bo okazało się, że jak człowiek ma wystarczająco dużo pieniędzy, to cancel culture jednak nie istnieje.
W tym tygodniu w Warszawie, a za tydzień w Krakowie premiera spektaklu „Requiem dla snu”. To wydarzenie jest dla mnie jeśli nie zmartwychwstaniem, to powrotem z czyśćca. Film Aronofsky'ego z 2000, zrealizowany na podstawie książki Huberta Selby’ego, Jr. (prawa do ekranizacji kupiono od pisarza za tysiąc dolarów) był dla mnie, wówczas jeszcze dzieciaka, formatywnym doświadczeniem. Był spotkaniem z narkotykami, zanim się z nimi spotkałem naprawdę. Wtedy nie czułem tego ciężkiego moralizatorskiego tonu „Requiem”, który sprawił, że w latach wczesnomemicznych film stał się parodią samego siebie. A muzykę Kronos Quartet podkładano pod każdy możliwy filmik utrzymany w duchu moralnej paniki. Z drugiej strony, w czasach Adderallu, Xanaxu i aplikacji działających jak gry hazardowe, „Requiem dla snu” dotyczy nas chyba bardziej niż ćwierć wieku temu. O tym przeczytacie za kilka dni w rozmowie Minta z twórcami spektaklu, Janem Czaplińskim i Jakubem Skrzywankiem.
A ja jestem niezwykle ciekaw, co da się wycisnąć z filmu i książki, które zestarzały się nie najlepiej, ale napewno lepiej niż nasza relacja z poziomem dopaminy.
W tym tygodniu w Warszawie, a za tydzień w Krakowie premiera spektaklu „Requiem dla snu”.