Ich własna liga. Recenzja albumu Big Thief

Ich własna liga. Recenzja albumu Big Thief

( 23.09.2025 )

Single nie wyczerpują bogactwa tej płyty, o połowę krótszej niż poprzednia. Że bas nie wyparował z brzmienia Big Thief najlepiej słychać w ruzbujanym „No Fear”, rosnącym powoli, lecz w sposób nieunikniony, aż z klasycznej ballady staje się neurotycznym hymnem, urywającym się zupełnie nagle.

Wobec poprzedniego albumu Big Thief, Dragon New Warm Mountain I Believe in You, poeta Tomasz Bąk użył słowa, którego mi zabrakło, może dlatego, że już nie piszę wierszy: szczodry. Przymiotnik został ze mną na długo, bo najlepiej nazywał wszechstronne bogactwo piątej płyty amerykańskiego zespołu, wyróżnionej nominacją do Grammy. Co najważniejsze, była to szczodrość podwójna: dotycząca zarówno rozmachu płyty, którą bez zażenowania moglibyśmy nazwać epicką, jak i jej brzmieniowego zróżnicowania. Zespół pracował nad albumem w trakcie pandemii, kiedy my oglądaliśmy „Rodzinę Soprano” i rozwijaliśmy branżę dostaw. Big Thief rozwijało wyłącznie spektrum swojego brzmienia: dwadzieścia utworów o łącznej długości trwania zbliżonej do filmu „Walka żywiołów” Baumbacha, dających się podzielić według teorii humoralnej na cztery grupy stylistyczne, złożyło się ostatecznie na wspaniały album, który z perspektywy czasu wydaje mi się jednak nieco płaski. Nie jest to wada dyskwalifikująca, bowiem wiele płaskich rzeczy jest wspaniałych i z godnością pełni swoje funkcje, na przykład drogi i naleśniki, wracam jednak do niego znacznie rzadziej, niż do pierwszych czterech płyt. Jednocześnie mam świadomość, że Dragon New Warm Mountain I Believe in You jest niekwestionowanym ukoronowaniem błyskawicznego rozwoju artystycznego kapeli.

Trzy lata się przelata

Nie dziwiło mnie jednak, że na kolejny krążek musieliśmy czekać najdłużej w ich dotychczasowej karierze, bo aż trzy lata. Każdy z członków zajmował się wówczas swoją karierą solową, a jako zespół towarzyszyli w nagraniach piętnastej płyty Tuckerowi Zimmermanowi, nieco zapomnianemu rówieśnikowi Joan Baez, mieszkającemu na belgijskiej prowincji. 

*Reklama

Nie dziwiło, bowiem był to czas wielu zmian: „mnóstwo bólu, żalu, rozwoju, decyzji i zagadek”, jak przyznawali w wywiadzie z Pitchforkiem. To słychać. W kontekście najnowszego albumu Double Infinity kluczowe było rozbicie symbiotycznej jedności łączącej sekcję rytmiczną z wokalem Adrienne Lenker, którą można porównać z pływaniem synchronicznym w wodzie. Ta jedność, będąca jednym z kluczy do fenomenu Big Thief, była oczywista w trakcie ich koncertów, na których łączyli się emocjonalnym bluetoothem i spoglądali na siebie z czułością i czujnością, odczuwalnymi w ich brzmieniu. Basista Max Oleartchik, urodzony w Tel Awiwie wnuk kompozytora Edwarda Olearczyka, autora między innymi „Pieśni na cześć towarzysza Bieruta” i syn Alona Oleartchika, autora muzyki do filmu „Riki Riki”, opuścił zespół w połowie zeszłego roku z „powodów interpersonalnych”, których możemy się tylko domyślać, a nasze domysły będą krążyły wokół miejsca jego zamieszkania: Tel-Awiwu. Trzy lata temu Big Thief planowało w tym mieście koncert, z którego dochód miałby zostać przekazany palestyńskim organizacjom charytatywnym, lecz po fali gróźb i protestów został odwołany. Oleartchik na swoim Instagramie wzywa oczywiście do zawieszenia broni, ale miał także przypięty post dotyczący zbiórki funduszy dla IDF, więc życzymy mu powodzenia w Szeolu.

Dla zgranej paczki, jaką jest Big Thief, był to cios porównywalny z rozwodem. W tej materii mają jednak doświadczenie: Adrianne Lenker i gitarzysta Buck Meek rozwiedli się w 2018 roku, co skończyło się, podobnie jak w przypadku Fleetwood Mac, nagraniem znakomitych piosenek.

Dwa rozwody i bez pogrzebu

Po odejściu basisty zespół funkcjonował jako trio uzupełnione o dwóch zaprzyjaźnionych muzyków, ale nowa sytuacja wymusiła na nich zastosowanie nowych rozwiązań. Zaowocowało to albumem mniejszym objętościowo, ale także szczodrym. Double Infinity niewątpliwie bierze swój początek w miejscach ciemnych i zimnych, z których pochodziły także utwory takie jak „Wake Me Up to Drive” czy „Simulation Swarm” (w teorii humoralnej są muzycznym odpowiednikiem czarnej żółci) z poprzedniej płyty, lecz nowe utwory proponują znacznie bardziej rozbudowane aranżacje, faktury i struktury, opierające się już nie tylko na rytmicznej symbiozie i songwriterskim geniuszu Lenker. Niech dowodem tej zmiany będzie fakt, że wydanego już w 2023 roku absurdalnie chwytliwego singla „Born To Loving You”, który spokojnie mógłby znaleźć się na „Rumours” wspomnianych już Fleetwood Mac, a następnie w reklamach słodkich napojów gazowanych i nie, brakuje na najnowszej płycie – podobnie jak „Vampire Empire”, które swego czasu zgorszyło widzów Colberta.

Wrażenie przyjemnego, ale jednak chłodu spotęgowane jest miejscem nagrania płyty. Zamiast bowiem pracować w kalifornijskich chatkach z czającym się za każdym rogiem pożarem, nagrywali zimą w nowojorskiej Power Station – tym samym miejscu, gdzie Springsteen nagrywał „Born in the U.S.A.”, Grace Jones „Slave to the Rhythm”, a Bjork – „Vesperine”. Rozgrzewała ich praca grupowa, która stała się nie tylko lekiem na rozstanie z basistą (nie od dziś wiemy, że najlepszym sposobem na złamane serce jest poróbstwo), ale także katapultą do odnalezienia nowego brzmienia.

Głębokie zanurzenie

Big Thief zawsze było elastycznym zespołem, stawiającym na eklektyczność brzmienia w takim samym stopniu, jak na szczerość. Już w wypuszczonych przed premierą czterech singlach, zwłaszcza w otwierającym album „Incomprehensible”, słychać było nowy kierunek. Synkopowany rytm oraz melodia pełniąca raczej funkcję usługową względem brzmienia sugerowały, że nowa płyta nie będzie może kopernikańskim przewrotem artystycznym, ale z pewnością krokiem w inną stronę niż dotychczas.

Dziękujemy!
( Literatura ) ( Recenzja ) ( Maria Karpińska )

Odpowiedź na literackie fomo. Przegląd Marii Karpińskiej

Drugi singiel, „All Night All Day”, jeszcze lepiej ilustruje tę zmianę. Intro przywołuje bowiem jednoznaczne skojarzenia z folkowym „No Reason” z poprzedniej płyty: figlarności towarzyszy tu jednak znacznie większa głębia (więcej perkusji, cytra, pianino i chórki równie słodkie, co u Leonarda Cohena), a także mrok i gorycz tekstu. Funkcję koncertowego, choć nieco egzystencjalnego przeboju najmocniej bierze na siebie singlowe „Grandmother” z bezcennym udziałem multiinstrumentalisty Laraajia, którego ambientowy album „Day of Radiance” niemal pół wieku temu ukazał się w klasycznej serii Briana Eno. W tym szlagierze, który z rzewnej pożegnalnej piosenki na wysokości refrenu staje się nagle tłustym jak zlew w akademiku stadionowym hiciorem, słychać bogactwo nowych warstw w muzyce Big Thief. Dzieje się tam więcej, niż na dwóch ich pierwszych płytach razem wziętych. Jednocześnie efekt ten nie jest uzyskiwany przez dodanie Nowojorskiej Orkiestry Symfonicznej, lecz bardzo subtelne nawarstwianie detali, takich jak brzmienie bębnów, bas i wokalizy Laraajia. Zawsze myślałem, że piosenką na mój pogrzeb będzie jednak „Cattalis”, ale proszę też puścić „Grandmother”.

Single nie wyczerpują jednak bogactwa tej płyty, o połowę krótszej niż poprzednia. Że bas nie wyparował z brzmienia Big Thief najlepiej słychać w ruzbujanym „No Fear”, rosnącym powoli, lecz w sposób nieunikniony, aż z klasycznej ballady staje się neurotycznym hymnem, urywającym się zupełnie nagle. Regularnie bywający na koncertach fani będą szczególnie zadowoleni z nagrania znanego od lat „Happy With You”, które jednak straciło nieco ze swojej ostrości: w wersji płytowej powtarzanie tytułowych słów nie nosi już znamion desperackiej próby przekonywania samej siebie, lecz w tej piosence noszącej cechy zarówno Goldfrapp, jaki i Saint Etienne zdaje się umiarkowanie żarliwym wyznaniem. To zresztą jedyny utwór, który można uznać za most łączący Double Infinity z jej poprzedniczkami: wyparowały więzi łączące zespół z klasykami folku, takimi jak John Prine, słychać znacznie mniej frywolności, a rolę drumli z poprzedniej płyty pełnią „poważne” instrumenty.

Big Thief sami dla siebie stali się punktem odniesienia. Szósty album to z pewnością ich najdojrzalsze muzyczne osiągnięcie, płyta raczej do wielokrotnego zanurzania się niż grania przy ognisku. Spokojna rewolucja na własnym podwórku, kolejny szczodry gest.

(Big Thief, Double Infinity, 4AD)

( Mintowe Ciasteczka )

Nasza strona korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Jeżeli chcesz dowiedzieć się jak to działa, zapraszamy na stronę Polityka Prywatności.