Ile na dziesięć? Polskie kino „tam na dole”

Michał Walkiewicz
esej
film
recenzja
2.11.2023
10 min. czytania

Michał Walkiewicz obejrzał wszystkie polskie filmy erotyczne, jakie istnieją. To historie nie tylko o erotyce, ale też o Polsce

Marcysia ma dwadzieścia pięć lat. Interesuje się modą i światem celebrytów, a do snu lubi czytać Metafizykę moralności Kanta. Choć całe życie spędziła w smażalni ryb na pomorzu, teraz jedzie do Warszawy. Chce zostać prawniczką, dziennikarką śledczą i szefową agencji reklamowej. W stolicy poznaje fotografa Andreę, który zawsze ma przy sobie nóż sprężynowy, lecz z ust pachnie mu chabrami. Andrea zabiera ją gdzieś daleko stąd – na Sycylię – i sprzedaje mafii. Bije, bo kocha. Kocha, więc bije. Tonąc w bagnie, Marcysia nie chwyta krzaczka, tylko muskularnej dłoni amerykańskiego wydawcy magazynu dla mężczyzn, Stevena. Czy dziewczyna wyzwoli się z sideł namiętności? Czy uda jej się zrobić karierę w marketingu? Wreszcie – czy Andrea i Steven z powodzeniem namówią ją na trójkąt?

Choć nowy film producentów 365 dni, Pokusy i Heaven in Hell pojawi się w kinach oraz na platformach streamingowych dopiero w walentynki, stojący za kamerą delfin z planety Nibiru już teraz przekonuje, że jest na co czekać. Trzeba kuć żelazo póki gorące, w końcu ero-polo, czyli rodzime filmy o seksie we Włoszech, to wciąż chodliwy towar. Niedawno obejrzałem wszystkie, co do jednego. Nie po to, żebyście wy nie musieli, tylko po to, żeby nie zostać za peletonem. To balzakowska komedia o dwóch ważnych sprawach – o seksie i o Polsce.

Seans pierwszy: 1095 dni

Nie wszystko w kinie zaczęło się od Braci Lumière. Niektóre rzeczy zaczęły się od Blanki Lipińskiej. Choć nie nazwałbym rodzimej tradycji kina erotycznego ubogą, na pewno jest to tradycja sporadycznych westchnień. Rozpada się na pojedyncze sceny i zręby nurtów, współtworzą ją autorzy walczący o haust powietrza pod butem cenzury. Na drodze do spełnienia zawsze przecież coś stało – jak nie polska szkoła filmowa, to kino moralnego niepokoju. Jak nie moralny niepokój, to post-tranfsormacyjna szarzyzna, a jak nie szarzyzna, to Śląsk. Nic dziwnego, że i akademicy, i popkulturowi detektywi odbijają się jak kulka we flipperze między Borowczykiem, Kaliną Jędrusik, komediami erotycznymi lat osiemdziesiątych i Renatą Dancewicz. Nie trzeba jednak analizować wyników kasowych (te zresztą, z racji ogromnego sukcesu produkcji erotycznych w streamingu, pozostają niemiarodajne), by wiedzieć, że dopiero paraliterackie sukcesy Lipińskiej zaowocowały jakimś tąpnięciem. Na złe i na gorsze.

Jeszcze kilka lat temu trylogia 365 dni w reżyserii Barbary Białowąs i Tomasza Mandesa budziła słuszne kontrowersje. Opowieść o mafijnym bossie Massimo oraz porwanej prawniczce Laurze mogła być softcore’ową nudą, ale fabuła miała jakiś tam przekaz: że gwałt jest spoko, że lepiej cierpieć z pieniędzmi niż bez, że najlepszy facet to ten o anielskiej twarzy i diabelskim przyrodzeniu. W sensie narracyjnym i stylistycznym to w zasadzie telenowela: począwszy od spiętrzenia absurdalnych zbiegów okoliczności, przez statyczne pogaduchy dwóch postaci w jednym pomieszczeniu, po bohaterów reprezentujących nie więcej niż jedną cechę charakteru. W wymiarze społecznym i kulturowym to z kolei zmarnowana szansa – choćby na to, by jakoś ten nieszczęsny mit „pięknej i bestii” przenicować i pokazać, że nie jest on atawizmem, tylko dziedzictwem patriarchalnej kultury. Wtedy jednak przydałyby się postaci z jakimiś lękami, obsesjami i nadziejami, które rozmawiają ze sobą jak prawdziwi ludzie, a nie zafiksowane na celu automatony. Nie wiem, czy Blanka Lipińska rozmawiała kiedyś z żywym człowiekiem, ale wystarczy krótki risercz w Globalnej Sieci Internet, by wiedzieć, że nie trzeba kochać drugiego człowieka „najbardziej na całej kuli ziemskiej”. Wystarczy „na świecie”.

Seans drugi: aspiracje

Tam, gdzie mowa o seksie, tak naprawdę chodzi o władzę. A skoro władza, to i pieniądze. Bohaterkami ero-polo zazwyczaj są przedstawicielki wyższej klasy średniej albo kobiety, które do tejże klasy aspirują. Mężczyźni to rekiny biznesu lub pięknoduchy z ciężką ręką i miękkim sercem – jedni dokonują fuzji grup kapitałowych jeszcze przed śniadaniem, drudzy mieszkają na plażach, a na ich dobytek składa się nóż myśliwski, pianka do surfingu i ruter z szyszek. Preferowani są Włosi, no bo jak Włoch, to wiadomo, albo żel na włosach i garnitur od Armaniego, albo lniana koszula, gołe stopy, kiść jarmużu w dłoni i puchaty pies na smyczy. Świat, który ich wszystkich otacza, to destylat jakichś zbiorowych fantazji o wielkomiejskim luksusie i prowincjonalnej arkadii; o Helu, na którym nie ma turystów; o Warszawie, która nigdy nie śpi; o Sardynii, gdzie słońce świeci nawet w nocy.

W Pokusie Marii Sadowskiej dziewczyna z prowincji (Helena Englert) jedzie do stolicy robić karierę dziennikarską. Nie w tygodniku opinii, tylko w serwisie plotkarskim (pal licho, że mamy XXI wiek i utrzymałaby się ze swojego popularnego podcastu). W szklanym zamku rządzi korporacyjna harpia, na stancji karty rozdaje raperka przypominająca Oliwkę Brazil, a oszołomionej dziewczynie scenarzyści podrzucają takich absztyfikantów: wyliniałego piłkarza (Piotr Stramowski celuje w połączenie Grzegorza Krychowiaka i Pee-Wee Hermana) oraz włoskiego (duh!) bizmesmema (Andrea Preti). Hedonistyczna Warszawa kusi bohaterkę nocnymi klubami i apartamentami z widokiem na trzy wieżowce. Wiadomo jednak, że wszystko to dym i lustra, że za piękną fasadą nie ma żadnych wartości. W poszukiwaniu tych ostatnich dziewczyna stanie się forpocztą ruchu #metoo w brukowych mediach i urządzi polowanie na seksualnego drapieżnika.

Dość powiedzieć, że nici, którymi uszyto tę historię, nadawałyby się do cumowania statków. To rzeczywistość, w której redakcja serwisu o nazwie „Glam” jest w stanie wynająć na festiwalu w Cannes pięciogwiazdkowy hotel dla trzech osób i w której skrzywdzone kobiety urządzają w mieszkaniu bohaterki centrum kryzysowe (jedna hakuje skrzynkę mailową podejrzanego, druga przykleja jego zdjęcia na szybie, że niby poszlaki i dowody w sprawie). Nie wiem, czy jest sens pytać, skąd reżyserka i scenarzyści czerpią wiedzę o świecie. Przypomnę tylko, że w poprzednim filmie Sadowskiej bogaty i odnoszący sukcesy filmoznawca przemawiał do studentów na sali wykładowej wielkości Camp Nou. Zaś w jeszcze innym, czyli w Dziewczynach z Dubaju, inscenizowała scenę orgii tak jakby wszystko działo się w starożytnym Rzymie. Choć akurat ten ostatni film zasłużył na taryfę ulgową. Jest – nieudaną, ale jednak – próbą zmierzenia się z tematem pracy seksualnej oraz pokłosiem transformacyjnych przemian.

Niemniejsze ambicje zdradza Pokolenie Ikea Dawida Grala. Stawiam dolary przeciwko orzechom, że ani twórcy adaptacji, ani autor literackiego oryginału, Piotr C., nie lubią być zestawiani z Blanką Lipińską. Kino zweryfikowało jednak marketingową blagę, wszystkie te „diagnozy współczesności”, opowieści o „komunikacyjnej aporii” oraz o tym, że w domach z betonu nie ma wolnej miłości. Historię samoświadomego trzydziestolatka (Bartosz Gelner), który próbuje uwieść dziewczyny o imionach na wszystkie literki alfabetu, ogląda się jak sojowe American Psycho. Nie ma tu wprawdzie celnych społecznych diagnoz, ciekawej kompozycji, wiarygodnego konfliktu, dobrego aktorstwa ani precyzyjnej reżyserii. Znalazło się jednak miejsce na szczyptę cynicznego humoru. W myśl zasady, że nawet zepsuty zegar dwa razy na dobę pokazuje właściwą godzinę, czasem pomiędzy Gelnerem a Michaliną Olszańską pojawiają się jakieś iskry. Kiedy jednak w finale bohater musi wybierać pomiędzy miłością do „pięknej i niezależnej kobiety” a seksem z „brakującą literką” (co urasta do rozmiarów antycznej tragedii), ręka zamiast na południe, wędruje na północ, w okolice czoła.

Seans trzeci: sam Mandes

Gdy Blanka Lipińska zadawała szyku na premierach kolejnych części 365 dni, Barbara Białowąs i Tomasz Mandes przemykali za jej plecami, jakby wynajęto ich do udrożnienia kanalizacji na planie. Myślę, że to nieuczciwe. Uważam, że każdy ma równe prawo do sukcesu i porażki filmu. Teraz jednak, gdy reżyser poszedł „na swoje”, sukces i porażka mają jednego ojca. Jego pierwszy solowy film, Heaven in Hell to taki tam harlekin: bogata pani sędzia, włoski typ spod ciemnej gwiazdy, powiewające firany i klimacik à la wczesny Kenny G. Tymczasem drugi, produkcja Amazonu zatytułowana Cały ten seks, to już znacznie ciekawszy przypadek. W końcu niecodziennie (na potrzeby materiałów promocyjnych) Ipsos pyta Polki i Polaków o ich erotyczne fantazje.

Przyznam, że nieco lżejszy gatunek komedii romantycznej oraz polifoniczna konwencja, w której losy bohaterów dyskretnie się krzyżują, uśpiły moją czujność. Podobnie jak interludia, w których seksuolog (Michał Czernecki) daje nam lekcję z rozmaitych „fobii” i „filii”. Inna sprawa, że straciłem czujność na jakieś piętnaście minut, bo wiadomo, jak to jest z polskim kinem gatunkowym: nie ma takiego dna, w które nie dałoby się zapukać od spodu. Mazurską Noc Kabaretową otwiera wątek Alicji (Magdalena Lamparska), która – szczytując na widok cierpiącego partnera – nie daje mu zapomnieć o jego zmarłym niedawno ojcu. Kulminacją jest zaś historia Anny (Anna Karczmarczyk), która fantazjuje o gwałcie, więc namawia partnera na inscenizowanie kolejnych ataków w ciemnych uliczkach. W obsadzie brakuje tylko Karolaka, a na ścieżce dźwiękowej puzonu.

Seans czwarty: siewcy miłości

Patryk Vega mógłby być dla polskiego kina tym, kim Stachursky dla muzyki – wychodziłby z kapsuły kriogenicznej raz na dziesięć lat i podsumowywał trendy. Problem w tym, że pewnie nie doczekalibyśmy się wtedy jego zapasów z Bogiem oraz „późnej twórczości”. I nie obejrzelibyśmy Miłości, seksu i pandemii, czyli ultymatywnego ero-polo. To film nakręcony tak, jakby kino miało skończyć się jutro.

Czego tutaj nie ma! Dziennikarka brukowca (Anna Mucha) wrabia w gwałt żigolaka i żeby obrażenia się zgadzały, bierze rozbieg na ceglaną ścianę. Wzięta fotografka (Małgorzata Rozenek-Majdan) zmusza swojego modela do niesymulowanego seksu, po czym odkrywa w nim talent aktorski. Świadek Jehowy (Sebastian Dela) najpierw zostaje striptizerem, a potem filantropem – jako że państwowe banki pobierają złodziejską prowizję od przelewów na dzieci z Afryki, chłopak musi skorzystać z pomocy Cinkciarza (tak, ta scena znalazła się w filmie). Wreszcie zimna jak głaz prokuratorka (Zofia Zborowska) idzie w tany z pięknym mudżahedinem. Jeżdżący uberem kochanek uwodzi ją Baśniami Tysiąca i Jednej Nocy i herbatką słodką jak „kochanie dwóch serc”. A kiedy już „otworzy jej sezam”, zagania ją do kuchni, kupuje telewizor i zaczyna naparzać ligę saudyjską. Czasem wpadnie do kuchni, sprawdzi, czy pulpety równo ulepione i umyje fiuta w zlewie. Wtorki takie są.

By zebrać wszystkie te absurdy i zamienić je w przestrogę, Vega zabiera nas tam, gdzie dziś czuje się najlepiej, czyli do kościoła. W domu bożym odsłania przed nami szokującą prawdę. Perypetie bohaterów to tak naprawdę przypowieść o Siewcy – przełożona tak samo dosłownie jak Księga Wyjścia w ostatnim Pitbullu. „Będziecie słuchać, lecz nie usłyszycie. Będziecie się przyglądać, lecz nie zrozumiecie”, grzmi ksiądz. A ja słyszę i rozumiem: potrzeba nam obłędu; kina, które może i jest najgorsze, może i obrzydza seks na długie tygodnie, ale przynajmniej ogląda się je z ekscytacją: co będzie dalej? Małgorzata Rozenek-Majdan też rozumie przypowieść. Dlatego w finale, w ramach nagrody za trud zbierania plonów, z nieba spada na nią jej mąż, Radosław. Daj nam Panie Boże taką fantazję!

Ile na dziesięć? Parafrazując klasyczkę, ta jedynka jest niczym „kutas Massimo”: „Sterczy niczym świeczka wetknięta w tort”.