Wielki Marty
Wielki Marty

ILE NA DZIESIĘĆ?: „Wielki Marty” vs. „The Smashing Machine”

( 09.02.2026 )

Timothée Chalamet kontra Dwayne Johnson, ping-pong kontra MMA, cynizm kontra empatia, Safdie kontra Safdie. Starciem braci reżyserów nie rządzi logika sportu, lecz sztuki. Kto zwyciężył?

Najlepszy film braci Safdie, „Nieoszlifowane diamenty”, rozpoczyna się tam, gdzie kamera z reguły rzadko zagląda, czyli w dupie. I to nie byle czyjej, bo w dupie Adama Sandlera. Zanim kamera wyłoni się z jego okrężnicy, przemierzy cały świat. Zanurkuje w atomy wydobytego w Etiopii opalu, a powietrza zaczerpnie dopiero na oddziale proktologicznym w Nowym Jorku.

Proszę państwa, oto Pomysł! Trochę mniej niż kino, trochę więcej niż mglista idea. Wspólna twórczość Josha i Benny’ego Safdiech składa się z pomysłów takiego kalibru; uszlachetniających kino jako sztukę podwyższonej temperatury, nieustannego ruchu, zaskakujących skrótów i elips.

Jakiś czasu temu się rozstali. To również jeden z lepszych pomysłów, na które wpadli.

Gwiazdki ninja

Po wielkiej schizmie Benny Safdie nakręcił „The Smashing Machine” o nieco zapomnianej legendzie mieszanych sztuk walki, Marku Kerrze. Z kolei Josh Safdie wyreżyserował „Wielkiego Marty’ego” – film luźno inspirowany losami mało znanego po tej stronie oceanu ping-pongisty Martina Reismana.

Obaj sięgnęli po jednostki wybitne w swoich dziedzinach i po konwencję kina sportowego. Logika sportu podpowiada, że wygrany może być tylko jeden. Sztuka zadaje temu twierdzeniu kłam; zwłaszcza w czasach, w których kinu wysokiego konceptu coraz chętniej przeciwstawia się obrazy będące świadectwami wiary w człowieka oraz transparentnych reżyserskich intencji.

Gdyby nakręcić o Safdiech film, ekspozycja byłaby raczej nudnawa. Już widzę, jak jakaś Greta Gerwig czy inny Noah Baumbach zamyka ich w monochromatycznych kadrach i każe dyskutować o klasykach cinéma-vérité. Benny i Josh, synowie syryjskich Żydów, urodzili się w Queens, wychowali na Manhattanie, a pasję do kina zaszczepił w nich ojciec. Facet latał za swoimi dziećmi z kamerą Super8 wystarczająco długo, by te dały za wygraną.

Zanim nakręcili swoje najważniejsze filmy – „Bóg wie co” (2014) z Calebem Landrym Jonesem, „Good Time” (2017) z Robertem Pattinsonem oraz „Nieoszlifowane diamenty” (2019) z Adamem Sandlerem – mieli na koncie dziesiątki krótkich metraży, parę dokumentów oraz kilka fabuł, realizowanych i wspólnie, i osobno. W ich portfolio znalazło się też mnóstwo Pomysłów, choćby na zabawę konwencjami społecznie zaangażowanego thrillera. Jednym z nich był film o bezdomnym narkomanie z rosyjskimi korzeniami, który używa sklejonej z blaszanych płytek „gwiazdki ninja” (lub, jak wolą puryści, shurikenu) zamiast kastetu.

Dziękujemy!

„Nieoszlifowane diamenty”, reż. Benny Safdie, Josh Safdie, mat. prasowe A24

Braci się nie traci?

Utrzymywana przez kilka lat oficjalna wersja wydarzeń, jakoby bracia rozstali się z powodu „artystycznych różnic”, jest dziś powszechnie kwestionowana. Z artykułu Tatiany Siegel na stronie Page Six Hollywood, podchwyconym przez inne amerykańskie media, dowiadujemy się, że poróżniły ich nieetyczne praktyki w trakcie realizacji filmu „Good Time”.

Na planie kręcono scenę erotyczną między naturszczykami: 17-letnią dziewczyną, której nazwisko nie zostało ujawnione, oraz 32-letnim Buddym Duressem – nieżyjącym już recydywistą, który został zatrudniony przez rodzeństwo tuż po kolejnej odsiadce. Duress miał być pod wpływem narkotyków i naciskać, aby zbliżenie było niesymulowane. Josh Safdie miał być z kolei entuzjastą tego pomysłu, co po latach doprowadziło do rozłamu, gdy Benny dowiedział się o całej sprawie.

Interesujących tematów jest w tej historii znacznie więcej. Choćby wieloletnia współpraca duetu z byłym mężem Emily Ratajkowski, oskarżanym o molestowanie seksualne producentem Sebastianem Bearem-McClardem. A także praktyka street castingu (czyli poszukiwania nieprofesjonalnych aktorów i aktorek w miejscach publicznych), która coraz częściej kłóci się „nowo-obyczajową” filozofią profesjonalizacji branży filmowej.

*Reklama

Większość zarzutów przeciwko braciom właściwie dotyczy Josha, a Benny urasta w nich do rangi uniwersalnego symbolu bierności. Media piszą o egoizmie kontra altruizmie, empatii kontra cynizmie, no i oczywiście, „Wielki Marty” kontra „The Smashing Machine”. Nie jestem fanem takich uproszczeń, choć przyznam – jeśli dzieła Safdiech są filmowym ekwiwalentem ataku paniki, pytanie o to, kto był mózgiem, a kto nerwowo bijącym sercem, nasuwa się samo.

Oficjalna wersja, na dzień 4 lutego 2026 roku i w przededniu oscarowej ceremonii, jest następująca: Josh Safdie, ten z brodą, to lepszy reżyser. Benny Safdie, ten gładki, to lepszy człowiek. Znając ułamek prawdy oraz dwa filmy nakręcone po rozstaniu, trudno z tym polemizować. Z drugiej strony, w obydwu osią fabularną jest to samo pytanie: czy przyzwoitość to sensowna cena za obietnicę nieśmiertelności?

Bomba na twarz

Mark Kerr siedzi w szpitalnej poczekalni. Wygląda jak samobieżny befsztyk, lecz bije od niego spokój. Zaintrygowanej staruszce robi wykład z historii sztuk walki. Elokwencja oraz łatwość, z jaką zjednuje sobie jej sympatię, są zastanawiające. Trudno wyczuć, czy gość zatracił się w medialnej pozie, czy wciąż jest „dobrą mordą” z klasy robotniczej.

Wyreżyserowana przez Benny’ego Safdie biografia sportowca skłania się ku tej drugiej odpowiedzi, choć daje widzowi zaskakująco dużo swobody interpretacyjnej. Kerr jest produktem czasów, w których życie było odrobinę prostsze, a spektakl – znacznie bardziej krwawy. Sam film pokazuje jednak jego zmagania z kulturowo-społeczną presją. Sport się zmienia, media takoż, coś trzeba z tym fantem zrobić.

Dziękujemy!

„The Smashing Machine”,  reż. Benny Safdie, mat. prasowe A24

Jeden z pionierów MMA oraz popularyzatorów tego sportu poza granicami Stanów osiągnął w życiu wystarczająco dużo, by zasłużyć na biografię. Zaliczył też odpowiednią ilość fotogenicznych upadków – i w ringu, i poza nim, gdzie zmagał się uzależnieniem od sterydów, leków przeciwbólowych oraz neuropatią. Safdie wrzuca te grzybki do niezbyt pojemnego kociołka. Najważniejszym (chyba?) wątkiem jest relacja bohatera z żoną. Krytycy nazywają tę relację „toksyczną”, choć ja będę się upierał, że to po prostu małżeństwo – wspólnota marzeń, dysproporcja realnych potrzeb i wszystko  pomiędzy.

Kamera nie wjeżdża do rurek, którymi płyną anaboliki, na ścieżce dźwiękowej nie dudnią synth-popowe szlagiery, wszystko spoczywa na muskularnych barach aktora. Imponuje mi klarowność tej konwencji. Czasem trzeba boksować się z życiem. Kiedy indziej – z dwumetrowym Japończykiem albinosem.

Jeśli natomiast czegoś mi w filmie brakuje, to środka ciężkości. Kerr, MMA, jego żona, uzależnienie, exegi monumentum – nie mam bladego pojęcia, co jest dla Safdiego najważniejsze. Zachodzi wręcz podejrzenie, że wszystko. Czyli nic.

Dziękujemy!

„The Smashing Machine”,  reż. Benny Safdie, mat. prasowe A24

Biegnij, Marty, biegnij!

„Wielki Marty” Josha Safdiego ma środek ciężkości. Jest nim pytanie, które w szczytowym momencie kariery zadałby David Mamet. Czy ilość pracy włożonej w sukces unieważnia krzywdy wyrządzone innym i daje moralne prawo do nagrody?

Dziękujemy!
( Joanna Piechura ) ( Kinga Sabak )

6 sposobów na dotrwanie do wiosny. Polecamy książki na marzec

Dziedziną pozwalającą zamienić to pytanie w coś istotnego dla, przepraszam za wyrażenie, ludzkiej kondycji, jest sport. A konkretniej – tenis stołowy. O ile starcia w oktagonie kojarzą się w popkulturze z „mocnymi” znakami (siła, atawizm, dominacja), o tyle sednem opowieści o ping-pongu jest coś na kształt kompleksu. Tenis ziemny to Coca-Cola, Real Madryt i Robin Williams. Ping-pong to Pepsi, Legia Warszawa i Jan Pietrzak. Żeby nie było: referuję jedynie popkulturowe notowania, sam tak nie uważam. Ping-pong to jedyny sport, w którym jestem naprawdę dobry.

Safdie ukazuje bohatera w momencie życiowego i sportowego przełomu. Są lata 50., w USA tenis stołowy napiera rozpędu; zmienia się technologia, rosną oczekiwania, świat powoli się otwiera. Marty Mauser (Timothée Chalamet) próbuje wdrapać się na szczyt, jego modus operandi przypomina zaś ten z innych filmów rodzeństwa – zwłaszcza „Good Time” i „Nieoszlifowanych diamentów”.

Dziękujemy!

„Wielki Marty”,  reż. Josh Safdie, mat. prasowe A24

Ich bohaterowie puszczają się w szaleńczy bieg przez miasto. Zostają po nich tylko spalona ziemia i przetrącone życia. Tego, że nie warto im stawać na drodze, uczą się bohaterowie drugoplanowi, matki, żony, kochanki, przyjaciele, szefowie, zaprzysiężeni wrogowie i okazjonalni sojusznicy. „Wielki Marty” to zresztą nieformalne domknięcie trylogii o takich ludzkich taranach.

Marty też biegnie. Akompaniują mu kapele z dalekiej przyszłości. Tears for Fears śpiewają „Everybody Wants To Rule The World”. Aphaville powraca z „Forever Young”. Członkowie Public Image Ltd. zapętlają frazę „This is what you want. This is what you get”. Mało to subtelne, ale niech będzie – chodzi w końcu o plumkanie na naszych emocjach.

Ponieważ wybitny Chalamet robi z Mausera jednocześnie underdoga oraz żywioł wolnorynkowego chaosu, jedną ręką mu kibicujemy, a drugą  rękę zaciskamy w pięść. W pierwszej scenie filmu plemnik wgryza się w komórkę jajową, a potem zamienia się we frunącą nad siatką pingpongową piłeczkę. Kino pracuje na pełnych obrotach, a życie pędzi. Sport staje się kodem dramaturgicznym jednego i metaforą drugiego.

Dziękujemy!

„Wielki Marty”,  reż. Josh Safdie, mat. prasowe A24

Pomysł za pomysł

W zgodzie z dotychczasową dynamiką braterskiej relacji, Josh wygrywa z Bennym na pomysły. Dla przykładu jest w „Wielki Martym” scena, której akcja rozgrywa się w obskurnym hoteliku na Brooklynie. Pod żeliwną wanną z bohaterem w środku pęka podłoga. Armatura spada piętro niżej – prosto na Abla Ferrarę, reżysera „Złego porucznika”, który we własnej wannie kąpie owczarka niemieckiego.

Mózg błyskawicznie wysyła depeszę: W – stop – O – stop – W. Zgroza, absurd, humor, no i kawał historii kina, wszystko naraz. Nie wiem, czy widziałem dotąd coś podobnego; tak odjechany spektakl kinetycznej energii, a zarazem metafora autodestrukcji pochłaniającej przypadkowe ofiary.

Jeśli jednak mówimy o atawizmach odbiorczych, przytoczę inną scenę. Oto hospitalizowany po przedawkowaniu Mark Kerr rozmawia z trenerem, miotając się w pajęczynie kłamstw, przemilczeń i pół-prawd. Zdemaskowany, ukrywa twarz w dłoniach i zanosi się szlochem. Z dwóch bolesnych doświadczeń – to jest chwili, w której matka aktora dowiedziała się o raku płuc oraz regularnego bajdurzenia ojca-alkoholika – Johnson lepi moment rzadkiej emocjonalnej prawdy. Panie i panowie, sytuacja jest dynamiczna, mamy tu Kino!

Ile na dziesięć? W rywalizacji samobójstwa z samorozwojem trudno wskazać zwycięzcę. Kilka punktów więcej dla Josha, bo się wścieknie. Nieco mniej dla Benny’ego – i tak będzie robił swoje.

P.S. Chciałbym tylko dodać, że „Wielki Marty” robi dla ping-ponga więcej niż Forrest Gump, twórcy rolek z Igrzysk Olimpijskich oraz studio Rockstar razem wzięte. Pamiętacie jeszcze, że tuż po premierze jednej z odsłon cyklu „GTA” twórcy popularnej serii gier dostali wolną rękę na tzw. „projekt od serca”? Podarowali nam wówczas symulator „pingla”. Pytam więc: gdzie jest sequel?

( Mintowe Ciasteczka )

Nasza strona korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Jeżeli chcesz dowiedzieć się jak to działa, zapraszamy na stronę Polityka Prywatności.