() Współpraca
Inne formy męskości. Rozmowa z Jaanusem Sammą i Maciejem Nowackim
( 26.11.2025 )
We wrocławskiej galerii Krupa Art Foundation trwa wystawa „Utopie teraźniejszości”, na której kurator Romuald Demidenko zestawił ze sobą prace dwóch artystów queerujących tradycyjne modele męskości: Jaanusa Sammę z Estonii i Macieja Nowackiego. Ich sztuka to przestrzeń, w której inna męskość, inna wrażliwość i inna wspólnota są możliwe i w pełni akceptowane.
Nie znali się, nie tworzyli razem i nigdy wspólnie nie wystawiali. Obaj należą do środowiska LGBTQ+ i dorastali w postkomunistycznych krajach. Artystów dzieli dekada: pochodzący z Poznania Nowacki urodził się w 1991 roku, a związany z Tallinem Samma to rocznik 1982. Stosują odmienne techniki, materiały i media. Pierwszy z nich tworzy obrazy i instalacje, a drugi – grafiki, tkaniny i rzemieślnicze przedmioty. To, co ich łączy, to gra z tradycyjnymi kodami w sztuce i kulturze. Obaj próbują nadpisywać i uzupełniać te narracje, ukazując nieopowiedziane biografie i marginalizowane doświadczenia osób queerowych. Samma sięga do kultury ludowej i historii swojego kraju, Nowacki – po tradycję klasycznej sztuki, od renesansowego malarstwa po socrealistyczną rzeźbę.
Przedstawiamy dwugłos wywiadów o praktyce twórczej, wycieczkach w przeszłość i utopijnych marzeniach. To dwie rozmowy o poszukiwaniu „innej męskości” (a może tożsamości uwolnionej od płci?), zestawione ze sobą nawzajem tak samo jak dzieła Polaka i Estończyka na wrocławskiej wystawie.
Maciej Nowacki. Ucieczka z Fallopolis
Spotykamy się z Maciejem Nowackim w jego warszawskiej pracowni, która znajduje się nieopodal Pałacu Kultury i Placu Centralnego. Na ścianie wiszą kartki z wizualnymi inspiracjami – „Zakochani” Andrzeja Wróblewskiego obok renesansowego portretu Lukrecji Borgii, „Martwy Chrystus” Hansa Holbeina obok pieska Goyi i obrazu Pierre’a Klossowskiego. Pijemy kawę, którą zaparzył Maciek, gadamy i oglądamy jego nowe obrazy, na których powracają w nowych konfiguracjach znane mi z wrocławskiej wystawy motywy i portrety osób.
Co myślisz o zestawieniu swoich prac z dziełami Jaanusa Sammy?
Dla mnie ciekawe było to, że Jaanus porusza się w odmiennych mediach – pracuje w różnych technikach, takich jak sitodruk, tkanie dywanów, odlewy i instalacje, natomiast jego praktyka nie obejmuje malarstwa, którym ja się zajmuję. W tym sensie nasza współpraca wydaje mi się udana właśnie ze względu na kwestię formy. A konceptualnie łączy nas to, jak przywołujemy i queerujemy duchy przeszłości, oraz praca z trudnym dziedzictwem osadzonym w patriarchalnym kontekście: kultem męskiego ciała, rolami społecznymi związanymi z posiadaniem penisa i zestawem bardzo jednoznacznych cech przypisanych płci.
„Utopie teraźniejszości”, widok wystawy, fot. Alicja Kielan, dzięki uprzejmości Krupa Art Foundation
Jesteśmy w tych rolach i schematach „zaklęci”. Trudno się temu wymknąć.
Dlatego obydwaj pracujemy właśnie z historią i patriarchalną propagandą wyrażaną poprzez obrazy ciał. Biorąc na warsztat na przykład rzeźby z okresu nazistowskiego, do których odwołuję się w niektórych obrazach na wystawie, czy posąg Apolla Belwederskiego, z którego estońską kopią Jaanus poczyna sobie w dosyć żartobliwy sposób. To przykłady konstruowania tożsamości poprzez konkretne metafory odlane (niektóre dosłownie) ze spiżu, mocne estetycznie, wizualnie i materialnie, które dziś domagają się dekonstrukcji.
Jak to się stało, że w swoim malarstwie tak często inspirujesz się rzeźbą?
Od dłuższego czasu wątkiem wiodącym w mojej praktyce jest ciało. Zajmuje mnie to, jak jest obrazowane i wtłaczane w ramy, na przykład architektoniczne. Służy jako dekoracja budynków, a jednocześnie transmituje konkretne idee. Te kamienne ciała dziś pojawiają się w tle mojego malarstwa, ale nadal są dla mnie istotne. Od dwóch lat na pierwszym planie są wizerunki osób z mojego otoczenia, między innymi postaci z warszawskiej sceny queerowej, takie jak Pat Dudek aka Milkbaby lub Dana Vitkovski, znana w środowisku ballroom jako Dana Delight. Opieram się również na domowych, osobistych kontekstach, włączając w opowieść ciała moje i mojego partnera, Nikity Sinelshchikova. W rezultacie obrazy stają się przestrzenią dialogu pomiędzy tym, co jest blisko mnie, i tym, co może wydawać się odległe. Z jednej strony interesują mnie historia i sposoby jej konstruowania, obecne w niej przemilczenia, a z drugiej strony – czerpanie z własnego doświadczenia, z umiejscowienia mojego ciała i życia w społeczno-estetycznych realiach dzisiejszej Polski. Do tego dochodzą historie osób ze sceny queerowej, które podziwiam, obserwuję i które swoją codziennością, a także praktyką performatywną, wyrażają nieposłuszeństwo wobec heteronormy i opresyjnych standardów.
Czy otwarte performowanie odmieńczości jest prowokacją lub rodzajem manifestu wobec konserwatywnej rzeczywistości społecznej?
Na pewno jest to dla mnie rodzaj manifestu, do którego długo dojrzewałem. Poczułem, że mam dosyć tłamszenia siebie, że chcę podzielić się tą częścią mojego doświadczenia. Ważne są dla mnie próby opowiadania o mojej codzienności, która jest z jednej strony zwyczajna, a z drugiej odmienna od dominującej większości. Chcę pokazać swoją niezgodę na fabrykowanie heteronormatywnych, kapitalistycznych i patriarchalnych „tożsamości dla wszystkich”, za którymi mamy podążać i wobec których ,,nie ma alternatywy”. Nasza wystawa prezentuje różne propozycje dotyczące konstruowania podmiotowości – zachęca do krytycznej introspekcji. Chciałbym, aby moja twórczość generowała pytania o to, jak można inaczej być, żyć, manifestować i wyrażać siebie lub swoje ciało, a także jak różne mogą być odpowiedzi na te pytania. Dlatego, mimo skupienia na temacie odmienności, wydaje mi się też uniwersalna.
Moja praktyka ewoluowała od krytyki tradycyjnych wzorców męskości, obecnych także w środowisku gejowskim. Ono jest często bardzo męskie, wbrew pozorom, a duża jego część kręci się wokół stereotypowo hiperseksualnych i potencjalnie przemocowych wzorców. Przepracowanie tych wątków było dla mnie ważne. Kiedy poczułem, że przynajmniej częściowo udało mi się uwolnić od tego balastu, skierowałem uwagę na inne obszary środowiska queerowego, gdzie osoby wybierają radykalnie odmienne ścieżki i podejmują się rekonstruowania swoich tożsamości. To są życia i praktyki, które mogą prowadzić nas dalej ścieżkami odmienności.
Czym jest Fallopolis, z którego mamy uciec, jak sugerujesz w tytule jednego z obrazów na wystawie?
Na początku Fallopolis było nieco żartobliwym odniesieniem do Warszawy. W tle widzimy niezaprzeczalnie falliczny Pałac Kultury, który mijam codziennie w drodze do pracowni i z powrotem. Jest on również nieusuwalnym symbolem historycznego dziedzictwa, wspólnego dla mnie i osób, z którymi pracuję, bo pochodząc z Polski, Ukrainy i Rosji. Pałac jest symbolem opresyjnej historii, która wszystkich nas dotyka w inny sposób, a jednocześnie jest wspólna w niektórych aspektach. W kontekście wojny w Ukrainie symbol sowieckiej władzy stał się dla mnie niezwykle aktualny i groźny. Ciekawi mnie też pewna podwójność Warszawy – będącej dla mnie dosyć brutalnym miejscem, a jednocześnie dającym przestrzeń, w której nadal możemy oddychać i znajdować możliwości życia. Na obrazie mamy do czynienia z sytuacją przed wyjściem na performance (lub po nim), ball vogue, albo imprezę – ze sznurowaniem gorsetu, szykowaniem się. Do obrazu pozowały Dana Vitkovski i Nikita Sinelshchikov.
Od pewnego czasu sam zacząłem brać udział w sesjach zdjęciowych, na podstawie których powstają moje obrazy – także jako model. Chcę choć na chwilę wyjść z pozycji ,,reżysera” sytuacji, rozszczelnić konwencjonalną dynamikę. Ważne jest też dla mnie, aby wiedzieć, do czego zapraszam osoby pozujące, poczuć to na własnej skórze. Do tego rodzaju usytuowania, ale też i obnażenia zachęciła mnie między innymi lektura ,,Argonautów” Maggie Nelson. To inspirująca queerowa autofikcja, czyni z prywatnego polityczne i na odwrót.
Obok obrazów na wrocławskiej wystawie pokazujesz też swoje obiekty: kominki do olejków zapachowych z projektu „Lekcje ciemności”. Czego chcesz nas nauczyć na tych lekcjach?
Obiekty mają kojarzyć się z rytuałem, ceremonią. Jedną z inspiracji były aspersoria z wodą święconą, które widać w kościołach. W naczyniach będących betonowymi odlewami mojego ciała podgrzewana jest kompozycja zapachowa stworzona przez Annę Grochowską. Zapach ma przywoływać konteksty patriarchalne – takie jak kościół katolicki, ale także męska szatnia. „Lekcje ciemności” pojawiły się po raz pierwszy w 2023 roku, kiedy zrobiłem w Czechach wystawę o żegnaniu się z dawnymi wzorcami męskości. Na obrazach przedstawiłem heroiczne męskie ciała, wyolbrzymiając ich cechy i atrybuty. Obecne tam motywy odnosiły się do zranienia, cierpienia, śmierci, ale też przemiany i odrodzenia. Z tego okresu pochodzi pokazany we Wrocławiu obraz „Śmierć kochanka” namalowany na podstawie rzeźby Arno Brekera. Zapach, który stworzyła Ania, nosi tytuł „I Saw It Burning” i zachęca, by wyobrazić sobie (i powąchać) płonący patriarchat. Poprzez fizyczne podgrzewanie odlanych fragmentów mojego ciała chciałem na planie symbolicznym przeprowadzić rodzaj egzorcyzmu, pozbycia się patriarchalnej toksyny, która jest dla nas wszystkich niszcząca.
„Utopie teraźniejszości”, widok wystawy, fot. Alicja Kielan, dzięki uprzejmości Krupa Art Foundation
Jaanus Samma. Jockstrapy z ludowym haftem
Na rozmowę online z Jaanusem łapiemy się w biegu. Artysta dopiero co wrócił z podróży po Ameryce Południowej i jako projektant ekspozycji montuje właśnie w Muzeum Uniwersytetu w Tartu wystawę o Wolterze, o której mówi, że to „naprawdę szalony projekt historyczny”. Podobnie jak Nowackiego interesuje go historia, ale w kontekście folkloru i ludowych tradycji.
Dlaczego w swojej twórczości tak chętnie nawiązujesz do sztuki ludowej i rzemiosła?
Kiedy jako queerowy artysta badam, jak w przeszłości żyli ludzie z mojej społeczności, mam bardzo ograniczone źródła. Nasza seksualność była nielegalna – kamuflowana, ukrywana, podawana nie wprost. Możemy oczywiście poznawać przeszłość przez historię mówioną, ale jak daleko da się cofnąć w czasie? Do lat 50. XX wieku? Jeśli zaś chodzi o materiały pisane, nie ma ich wiele. Zainteresowanie skierowałem więc w stronę rzemiosła i przekazów sztuki ludowej. Współczesny dostęp do wiedzy o przeszłości jest również kształtowany przez to, jaka władza „pisała” oficjalną historię kraju. W przypadku Estonii tę historię tworzyli Niemcy i Rosjanie, a nie Estończycy. Nie byliśmy tu w pozycji władzy, lecz funkcjonowaliśmy bardziej jako klasa służebna.
Nie ma więc wielu źródeł pisanych, z których możemy korzystać, pisząc queerową historię, mamy za to mnóstwo materiałów wizualnych i tworów rzemiosła. Jednak to, jak je zinterpretujemy, zależy od nas – na przykład sposób, w jaki dotąd postrzegano materiały etnograficzne, nie był dla mnie interesujący. Brakowało mi tam wielogłosowości, odmiennych narracji. Staram się więc moją sztuką dodać coś nowego do tego dyskursu. To nie jest fantazja, chodzi raczej o swobodne interpretacje, niezależne od oficjalnej narracji. I o zadawanie pytań: czym byłby ślub, gdyby w przeszłości istniała możliwość zawarcia związku małżeńskiego między dwoma mężczyznami? Jak by to opowiadano na przykład strojem? Moja sztuka jest więc mieszanką różnych pojęć i idei, co widać na wystawie we Wrocławiu, bo pokazane tam prace powstawały na przestrzeni wielu lat.
Wiele z tych dzieł przeobraża elementy z tradycyjnego folkloru. Mamy tu też przegląd używanych przez ciebie środków i materiałów, od tekstyliów przez odlewy po sitodruk, na którym odtwarzasz na przykład ślubne dywany, wnoszone w posagu i tkane przez panny młode. Ozdobione geometrycznymi ornamentami kobierce pokazują ważne momenty z życia narzeczonych – u ciebie w wersji z parą jednopłciową.
Większość moich sitodruków powstaje również jako dzieło na tkaninie. We Wrocławiu jest praca „Northern Lights”, którą wystawiam i jako kobierzec, i jako nadruk. Kształciłem się na grafika, ale przez 15 lat po studiach nie robiłem sitodruków. Dopiero niedawno na nowo je odkryłem, bo produkcja tkaniny jest bardziej czasochłonna, zwłaszcza jeśli pracuję z profesjonalnymi rzemieślnikami. Dzięki wydrukom mogę w szybkim czasie eksplorować warianty kolorów i kompozycji, mam większą swobodę. Podoba mi się ten proces, ale podoba mi się też pomysł, żeby mieć obrazy do powieszenia na ścianie. Kiedyś tworzyłem tylko instalacje, potem stwierdziłem, że to mnie ogranicza. Sam kolekcjonuję obrazy i dzięki temu mogę wyrazić siebie także poprzez pomysły innych artystów, napisać ich dziełami własną historię na ścianach mojego domu.
„Utopie teraźniejszości”, widok wystawy, fot. Alicja Kielan, dzięki uprzejmości Krupa Art Foundation
Nie wiedziałam, że jesteś też kolekcjonerem! A zbierasz rzemiosło?
Głównie sztukę, ale kolekcjonuję też zabytkowe tkaniny. Lubię jak ludzie ozdabiają artefaktami swoje domy, albo jak organizują w prywatnych mieszkaniach wystawy. Są osoby, które nie pójdą na oficjalną wystawę, bo w galerii czują się zbyt skrępowane. Ale jeśli masz dzieło sztuki w domu, staje się ono częścią twojej historii i twojego życia.
Wykonanie sitodruku zajmuje mi co najwyżej dwa dni, a nie dwa tygodnie, jak w przypadku niektórych dywanów, ale we Wrocławiu pokazuję też prace, które wymagały czasu i udziału doświadczonych rzemieślników. Przykładem są zdobione bogatymi haftami suspensorium i uprzęże – poprzez nie nadaję erotycznej bieliźnie noszonej przez gejów ozdobny charakter ślubnego stroju. Dekoracyjne motywy wyszyły na nich profesjonalne hafciarki, skórzane części zrobił kaletnik, zaś metalowe dodatki zostały wykonane przez kowala. Ta instalacja jest więc również hołdem dla tradycyjnego estońskiego rzemiosła, które jest dla mnie bardzo ważne: niesie więcej informacji, niż sądzimy, bo zawiera ukryte przesłania i przekazuje historyczną wiedzę.
W Polsce tradycyjne techniki zanikają, starzy rzemieślnicy nie mają następców. Jak to wygląda w twoim kraju? Czy trudno znaleźć podwykonawców? Zajmujesz się sztuką queerową, a środowiska związane z tradycyjnym rzemiosłem są przecież postrzegane raczej jako ostoja konserwatyzmu.
Bardzo ciekawe pytania! Po pierwsze – nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo jestem uprzywilejowany i jak wielkie mam szczęście, mając taki dostęp do tradycyjnego rękodzieła. Odkryłem to, kiedy zacząłem podróżować i wystawiać się gdzie indziej. W Estonii wciąż mamy wielu znakomitych rzemieślników. Możemy studiować kowalstwo lub tkactwo w Estońskiej Akademii Sztuki, a w każdej wiosce są miejsca, gdzie zbierają się ludzie, chociażby po to, by wspólnie pracować przy krosnach. To wyjątkowe na tle innych krajów!
Wspomniałaś też rzekomy konserwatyzm środowisk rzemieślniczych. Otóż robiłem kiedyś serię swetrów z dość odważnymi scenami, wizerunkami penisów i tak dalej. Początkowo byłem zaniepokojony, bo wiedziałem, że będę musiał pracować głównie ze starszymi kobietami dziergającymi tkaniny na drutach. To była dla mnie nauczka, kiedy odkryłem, że moje podejście tylko utrwala stereotypy dotyczące określonych grup społecznych. Wyprodukowałem prawie setkę swetrów w ciągu pięciu lat i nigdy nie miałem z tymi paniami żadnych problemów. Bardziej martwiły się o to, jak najlepiej zwizualizować penisa na swetrze, żeby wyszedł tak, jak chciałem. Uważam więc, że otwarte podejście powinno cechować nas wszystkich w kontaktach z innymi.
Zdarza ci się samodzielnie wykonywać rzemieślnicze zadania? Haftowanie czy robienie na drutach przez mężczyznę również może być postrzegane jako rozbrajanie patriarchalnych wzorców męskości.
Cóż, w swoim życiu dużo haftowałem. Moja praca licencjacka to była seria haftowanych fotografii. Naprawdę kocham ten rodzaj zajęcia. To jak medytacja. Ale obecnie własnoręcznie robię głównie rysunki. Jeśli zaś chodzi o samo rzemiosło, to większość rzeczy, które zamawiam u innych osób, staram się wcześniej przetestować sam w małej skali, by zrozumieć, jakie są możliwości tego medium. Śledzę proces i dokładnie go omawiam ze współpracownikami, opowiadam im też o koncepcji mojego dzieła.
„Utopie teraźniejszości”, widok wystawy, fot. Alicja Kielan, dzięki uprzejmości Krupa Art Foundation
Czy mieliście okazję poznać się bliżej z Maciejem Nowackim, z którym dzielicie wystawę, i porozmawiać o budowaniu queerowej męskości w waszych pracach? Co sądzisz o tej współpracy? To w końcu kurator zdecydował, by pokazać waszą twórczość razem, nie był to wasz wybór.
Wcześniej niewiele wiedziałam o Maćku, natomiast znałem od wielu lat Romualda. Nie miałem żadnych obaw, bo bardzo cenię to, co robi. Długo pracowaliśmy nad wystawą, więc mogłem też poznać lepiej praktykę Macieja.
Nie mam nic przeciwko temu, żeby oddać komuś innemu działania wystawiennicze z moją sztuką. Jako artysta mam własne pomysły na temat tego, czego dotyczą moje prace, ale ciekawie jest obserwować innych ludzi działających na tym materiale i budujących odmienne narracje. Zestawienie mojego dzieła z dziełem innego artysty tworzy rodzaj nowego połączenia, wydobywa z obu prac niezauważone wcześniej treści. Fascynujący proces.
Czy bycie queerowym artystą jest dla ciebie równoznaczne ze społeczną misją na rzecz społeczności LGBTQ+?
To dla mnie ważny aspekt, motywuje mnie do pracy nad tymi tematami. Jestem artystą od prawie 20 lat, i choć nie jest to bardzo długi czas, to społeczne nastroje już kilka razy radykalnie się zmieniały. Kiedy zaczynałem karierę, homoseksualizm był wielkim tabu, a potem wszystko się odwróciło i jako pierwszy postsowiecki kraj wprowadziliśmy małżeństwa osób tej samej płci. Teraz, kiedy w Estonii pojawia się radykalny ruch prawicowy, homoseksualizm znów zaczyna być tabu. Bardzo smutne, ale i bardzo interesujące. Nigdy bym nie pomyślał, że tak się cofniemy. To, co robię jako artysta, znowu stanie się radykalne, mimo że od 5 lat temu już takie nie było.
Tekst powstał we współpracy z Krupa Art Foundation, w której do 18 stycznia 2026 roku można oglądać wystawę „Utopie teraźniejszości” Macieja Nowackiego i Jaanusa Sammy kuratorowaną przez Romualda Demidenko.