Ja, dziecko Neostrady. Rozmowa z Mateuszem Górniakiem
( 16.03.2026 )
Z Mateuszem Górniakiem, pisarzem i dramaturgiem, rozmawiamy o tym, co zrobiły mu internet i kultura cyfrowa. Dlaczego woli bohaterów skłóconych ze światem, jaki ma problem z terapią i dlaczego mówi o sobie, że jest dzieckiem Neostrady?
Umawiamy się o 12.00 w Nowym Teatrze w Warszawie, jest połowa listopada. Kilka miesięcy wcześniej Mateusz Górniak stworzył w tym teatrze dramaturgię do spektaklu Michała Borczucha Nagle, ostatniego lata. O 11.43 Mati wysyła mi SMS-a: „Wybacz, zaspałem, będę najszybciej jak to możliwe, ale pewnie za godzinę”. Gdy się widzimy, przeprasza raz jeszcze i tłumaczy: „Całą noc oglądałem serial Dom Łomnickiego, skończyłem o 9.00 rano”.
Mati, pamiętasz swoją pierwszą pracę?
Do swojej pierwszej pracy nie poszedłem – miałem grillować kiełbasy i się wycofałem. Parę tygodni później poszedłem do innej, byłem dostawcą internetu powiatowego, jeszcze wtedy mieszkałem w moim rodzinnym mieście na Śląsku. Pamiętam, jak kiedyś musiałem przebrać się za kosmonautę na dniach Lędzin – chodziło o to, że światłowód firmy e-SBL był szybki jak kosmonauta w kosmosie. Jak dzieci mnie zobaczyły w tym przebraniu, to przybiegały, kopały mnie w dupę i uciekały. A ja byłem w tym stroju bezbronny.
Nie broniłeś się?
Mówiłem, żeby przestały, ale ten strój obejmował też twarz i nikt mnie nie słyszał. Po przeprowadzce do Krakowa pracowałem w magazynie, byłem też szatniarzem w Starym Teatrze, do którego wróciłem jako dramaturg. No i trzy razy byłem barmanem.
Trzy razy barmanem?
Ta. Najpierw z dwóch barów wyleciałem, a potem z trzeciego, z Hard Rocka, sam odszedłem. ( KS ) Chyba bardziej mnie ciekawi, dlaczego wyleciałeś, niż dlaczego sam odszedłeś.
W jednym barze za dużo piłem. Nie przestrzegałem reguł, źle się zachowywałem. Tego akurat nie żałuję, bo po prostu nie było klientów, a szef podglądał nas na kamerce i widział, że nic nie robimy. Niby mieliśmy sprzątać, gdy nie ma ludzi, ale głupio byłoby mi robić komuś wiosenne porządki za dziesięć złotych za godzinę. A w drugim lokalu rzeczywiście narobiłem dużo gówniarstw. Picie było akurat dozwolone, ale ciągnięcie imprez do dziewiątej rano w czwartki czy seks w toalecie już nie były. Chyba byłem niegrzecznym 22-latkiem.
Mateusz Górniak, fot. Ada Zielińska
Potem już byłeś grzeczny?
Tak, i to był czas, kiedy nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Poczułem, że kariera akademicka nie jest dla mnie, byłem rozgoryczony, jeszcze wtedy nie pisałem, mimo że czułem tę potrzebę. Myślę, że nie miałem wówczas odwagi zmierzyć się z tym, że moje pisanie może okazać się chujowe. Może będzie dobre, ale może też być złe. Bałem się.
I jak się przełamałeś?
Po rzuceniu pracy w barze właściwie już tylko czytałem – to zaczęło być społecznie podejrzane. Że co to ma być, „ten koleś nic nie robi, tylko czyta, może nawet się nie zastanawia, co czyta”. Poczułem, że to moja ostatnia szansa, żeby zacząć. Siedziałem wtedy znowu u rodziców, mówiłem im, że piszę licencjat, a tak naprawdę zacząłem pisać opowiadanie, które potem znalazło się w „Trash story” – o piesku, który rucha chłopca.
I wtedy poczułeś, że to jest to??
Tak! Wróciłem do Krakowa i bardzo chciałem pokazać to opowiadanie mojemu przyjacielowi, Patrykowi. Pamiętam, że siedział wtedy w gabinecie u profesora, u którego robił doktorat, ale nie był sam. Była z nim Ola, jego ówczesna dziewczyna, obecna żona. Byłem przerażony, że ona też to przeczyta, potrafi być bezwzględna. Ale nie śmiała się ze mnie, opowiadanie spodobało się obojgu. To był mój pierwszy sukces literacki.
Twoja kariera nabrała tempa właśnie po debiucie, po książce „Trash story”, za którą w 2023 roku dostałeś nominację do finału Nike i do Literackiej Gdyni. To wielka rzecz dla debiutanta.
Tak, po „Trash story” miałem podjarkę, że moja książka tak bardzo nie przypomina rzeczy, które są na rynku. To mi dało energię do napisania Dwóch powieści ruchu. Ale jest jeszcze jedna rzecz. Po finale Nike w mojej głowie wydarzyło się coś niedobrego: pojawiła się myśl, że teraz już wiem, jak napisać książkę, żeby dostać te 100, a najlepiej 150 tysięcy.
100 tysięcy za Nike i 50 za Literacką Gdynię?
Tak. Myślałem, że już wiem, czego te kapituły chcą, że mi się to należy, że wiem, co zrobić, żeby te pieniądze dostać. W związku z tym napisałem powieść, w której bohater głupek jest ze wsi, a jego straumatyzowani przyjaciele opowiadają o nim, jakby go nie było. Mówiłem ludziom, że piszę „normalną”, psychologiczną powieść. No i okazało się, że powstał mi jakiś zlepek scen, które wyglądają dosyć filmowo, ale też, że ja odpuszczam tam swój język, próbuję go jakoś ugrzecznić. Dzięki Darkowi Sośnickiemu udało mi się na to spojrzeć jako na coś, co nie jest moje. Wyrzuciłem tę powieść i napisałem „Ćpuna i głupka”, w której przestałem się ugrzeczniać.
„Ćpun i głupek” jest już całkiem wolna od tego ugrzeczeniania?
OK, myślę, że ta książka ma jeszcze jakąś pozostałość myślenia o napisaniu „normalnej” książki. „Ćpun i głupek” jest bardziej fabularny, ma widoczny morał, „zrobionych” bohaterów, z przeszłością i jakimiś mechanizmami. Ale wiem już, że nie chcę tak pisać, to metoda, która nie jest mi do niczego potrzebna. Myślę, że „Ćpun i głupek” jest jakimś pożegnaniem z opowieścią. A „Pięć adaptacji” to nowe otwarcie, ruch w zupełnie inną stronę. Stronę, która daje mi wolność w eksperymentowaniu. W ramach tej wolności nie zamierzam teraz pisać kolejnej powieści. Planuję długie miesiące czytania.
Kinga Sabak i Mateusz Górniak, fot. Ada Zielińska
Pracowity rok. Jaki jest twój stosunek do pracy?
Bardzo ambiwalentny. Z jednej strony to jest praca artystyczna, która absolutnie mnie jara, a z drugiej – praca, w której się nie zarabia. W tym roku, jak już powiedzieliśmy, bardzo dużo pracowałem i jakimś cudem miałem ubezpieczenie, zapewnił mi je miesięcznik „Dialog”. Rozmowy z ludźmi ze środowiska kończą się wnioskiem, że wszyscy za dużo pracują, ale nie dlatego, że są pierdolonymi pracoholikami, tylko dlatego, że muszą się z czegoś utrzymać. W tym roku pierwszy raz w życiu udało mi się uzbierać na wakacje z dziewczyną – bo za dużo pracowałem.
Umiesz odmawiać? Przyjmujesz wszystkie zlecenia?
Nie mogę odmawiać zbyt często. Bierze się wszystko, bo za chwilę może nie być nic. Teraz jestem w takim momencie, że nie wiem, jak będzie wyglądała moja wiosna. Staram się o to nie martwić, bo niby do wiosny jeszcze daleko, ale na razie nie wiem, co będę robił i za co żył. Z jednej strony wiem, że praca artystyczna to praca w niegodnych warunkach, czyli bez ubezpieczenia, bez perspektyw na emeryturę, poza jakąkolwiek higieną, a z drugiej strony koszmarem byłoby dla mnie pójście do normalnej pracy.
Normalnej, czyli jakiej?
W moim przypadku fizycznej, bo mam średnie wykształcenie. Mam też poczucie, że trudno byłoby mi się skomercjalizować – to nawet nie jest kwestia chęci i zasad, tylko po prostu nie umiałbym napisać komercyjnego filmu.
Czujesz się milenialsem?
Czuję się jak stary Gen Z albo bardzo młody milenials. Gdzieś w takim dole pomiędzy nimi, sklasyfikowanym jako dzieci Neostrady. Ja sobie porządkuję pokolenia technologiami. Milenialsi kojarzą mi się z ludźmi, których młodość to imprezy komputerowe: przywozili swoje pecety, siadali razem w pokoju i potrafili na nich zrobić wszystko, czyli zgrać Windowsa, pobierać różne pliki, naprawiać te komputery. Mieli bardzo dużo kombinatorskiej wiedzy wokół nowych technologii. Dla Gen Z nowe sposoby tworzenia algorytmów są bardzo naturalne, oni weszli do internetu mniej więcej po 2010 roku. A ja w 2006 roku byłem jak taki analfabeta, idiota, dziecko, które nie potrafi sobie samo zrobić tego Windowsa, zgrać cracka do gry, to musiał mi robić mój starszy kuzyn milenials. Ale za to bardzo wcześnie miałem internet, więc obrażałem ludzi na forach internetowych. Pisałem komentarze z chujową ortografią, dostawałem bany na kanonierzy.com, takiej stronce o piłkarzach. Takie zachowania starsi milenialsi zaczęli nazywać zachowaniami „dzieci Neostrady”. Dostaliśmy od rodziców tanią Neostradę i robiliśmy w sieci. A wcześniej internet był tylko dla osób, które się na tym znają. Fora rzeczywiście były specjalistyczne, mówiło się o takich rzeczach jak „netykieta”, czyli etykieta w internecie.
Czyli to ty zapoczątkowałeś hejt w internecie!
Możliwe, że tak było… Na pewno moje pokolenie było jednym z pierwszych, które robiło gnój.
A po co to robiłeś?
Chyba uważałem, że komputer jest do zabawy. Mam wrażenie, że wcześniej i później komputer był traktowany jak jakiś wynalazek, zdobycz ludzkości, bo przecież ludzie szybko ogarnęli, jak zarabiać w internecie. A ci starsi milenialsi są pierwszym pokoleniem IT. Jestem gdzieś pomiędzy – jeden z pierwszych trolli internetowych.
[…]
Cały wywiad został opublikowany w drugim roczniku drukowanego magazynu Mint.