Grande Donna Freiheit & her Spiders from the Squat

Jesteśmy muzycznymi pokrakami, ale czujemy się w tym pewnie. Rozmowa z Siksą

( 30.09.2025 )

Nowy materiał koncertowy duetu SIKSA, Alex Freiheit i Piotra Buratyńskiego, powoli zaczyna wybrzmiewać w polskich oraz zagranicznych klubach i jest... rockowo. „Grande Donna Freiheit & Her Spiders from the Squat” nie romansuje jednak z mainstreamem, tylko ukazuje jego schematy w przerysowanym odbiciu. Dowodzi jednocześnie, że przynajmniej na chwilę naprawdę każdy z nas może być gwiazdą rocka.

Na zdjęciach z najnowszej sesji wyglądacie jak gwiazdy rocka, do tego jeszcze tytuł premierowego materiału koncertowego nawiązujący do Davida Bowiego... W kogo się wcieliliście? Albo jaką część siebie postanowiliście wyeksponować bardziej niż dotychczas.

Alex Freiheit: Celowo zrobiliśmy sobie typowo zespołowe zdjęcia, wiąże się to z pomysłem na cały ten materiał. Pisaliśmy go po „…a Diablica gruchnie basem”, który graliśmy i rozwijaliśmy przez bardzo długi czas. Na tamtym etapie nasze materiały oparte były na fantastycznych postaciach. Przedtem stałam pomiędzy ludźmi i krzyczałam do nich o nierównościach, jebaniu faszystów, gwałcicieli, przemocy, odgórnie narzuconych norm, które wiele z nas wynosi z domu. Od tamtego czasu publiczność stopniowo zmieniała się w niemal trzeciego członka zespołu – śmiejemy się, że w perkusję, której brak nie raz nam wytykano. W pewnym momencie koncerty zaczęły przypominać warsztaty – z uruchamiania głosu, z krzyczenia, ze znajdywania swojego własnego języka czy mowy, ze stage divingu. Wiele to u nas zmieniło. Kiedy okazało się, że ludzie też potrzebują wyrażać siebie w trakcie koncertów, zaczęliśmy zastanawiać się, co by było, gdybyśmy postanowili stworzyć razem z nimi zespół. Stąd wziął się pomysł na to, co robimy teraz.

Skąd wiedzieliście, że ten pomysł wypali?

Materiał z „Grande Donna Freiheit & Her Spiders from the Squat” składa się z wielu ryzykownych przedsięwzięć, które mają sprawić, że wszyscy poczują się tak, jakby grali w zespole i jakby byli „gwiazdami rocka”. Zdjęcia i tytuł faktycznie do tego nawiązują, a ryzyko bierze się stąd, że to nasz najbardziej performatywny materiał. Zgadywanie, jak publiczność się zachowa, jest trudne, ale występujemy już dziesięć lat i mamy umiejętność pracy z ludźmi. Granie muzyki jest dla nas poniekąd ośmielaniem innych, żeby też zaczęli robić muzykę; albo sztukę w ogóle.

Tytułowe pająki bardziej niż do Davida Bowiego odnoszą się do osób, które często są wepchnięte w kąt albo chowają się w nim. Trochę niewidoczne, a jednak gdy ktoś już je ujrzy, potrafią wzbudzić strach albo obrzydzenie, a u innych osób fascynację, bo tkają własną sieć przypominającą swoistą mapę świata. Ta z podręczników została już tak rozpierdolona przez kapitalizm, wojny i politykę, że wolą stworzyć swoją. Zawsze to robiły. Pająki wyciągnięte z kąta, albo samodzielnie wpychające się w centrum wydarzeń koncertu, są też moim hołdem dla wszystkich tych osób, które często bały się podejmować pewne działania na koncertach, choć tego chciały. Posiadanie swojego queerowego projektu artystycznego może czasami po prostu ocalić. 

Dziękujemy!

SIKSA, fot. dzięki uprzejmości artystów

Publiczność rzeczywiście daje się wciągnąć? Wydaje mi się, że wiele osób może odczuwać strach przed ośmieszeniem, bo przecież dzisiaj wszędzie są kamery i dużo nie trzeba, żeby niekorzystny filmik trafił do mediów społecznościowych.

*Reklama

AF: Moja obserwacja jest taka, że ludzie bardzo chcą być wciągani w takie sytuacje. „Grande Donna” jest zresztą taką przewrotną pochwałą głupoty. Materiał zaczyna się od rozprawy sądowej, podczas której Grande Donna staje w obronie fikcyjnego zespołu, któremu stawiane są zarzuty głupoty, kurewstwa i pojebaństwa, ale zapowiada, że zamierza tego wszystkiego bronić, bo kto, jak nie ona? Nie istnieje dla niej pojęcie cringe'u, może już wszystko, a skoro broni głupoty, to myślę, że publiczność nabiera do niej zaufania.

Piotr Buratyński: To jest SIKSA, tutaj nie ma się czego bać. Nie jesteśmy bytem onieśmielającym. Może wyglądamy trochę pokracznie i nieporadnie, ale dzięki temu ludzie mają większą szansę, by wypełnić swoim działaniem to, czego nam brakuje. W pewnym sensie jesteśmy synonimem beztalencia, ale posiadamy też jakieś talenty. Wiemy chociażby, jak animować ludzi. Gdyby SIKSA była na przykład big bandem jazzowym, pewnie trudniej byłoby wchodzić w interakcje z nami, ale jesteśmy muzycznymi pokrakami, które czują się jednocześnie bardzo pewnie w ramach, jakie same sobie stworzyły. Ludzie to czują. 

AF: Publiczność często jest wciągana w show w bardzo nieumiejętny sposób. To prawda, że wiele osób boi się zostać uczestnikami czegoś i wydaje mi się, że złą robotę zrobiły w tej kwestii teatr i pewne działania performatywne, gdzie nikt nie brał odpowiedzialności za to, co się wydarzy. Próbowano obciążać ludzi czymś, na wypowiedzenie czego twórca nie miał odwagi, a to nie jest w porządku. Z drugiej strony sama bawię się poniekąd ryzykiem i wiele osób zna moją zasadę BHP – bezpieczeństwo hamuje performans. Zawsze jednak najpierw sama sprawdzam to BHP, a dopiero później kogoś zapraszam do tego samego.

Dziękujemy!

SIKSA, fot. dzięki uprzejmości artystów


Może to jest właśnie wentyl bezpieczeństwa, dzięki któremu bez strachu można poczuć się „głupim”. Mam wrażenie, że wszyscy panicznie boimy się ocenienia nas jako głupich. Do tego stopnia, że pojawia się poczucie obowiązku, by jednego dnia rozprawiać w mediach społecznościowych nad polityką zbrojeniową Unii Europejskiej, drugiego nad meczem piłkarskim, a trzeciego nad sprawiedliwością reglamentacji środków finansowych Ministerstwa Kultury. Sami też odczuwacie tę presję? Często jesteście przecież pytani o kwestie pozamuzyczne i postrzegani jako osoby o eksperckiej wiedzy w temacie chociażby feminizmu.

AF: Dałam się w to w pewnym stopniu wciągnąć, bo na niektórych tematach zależało mi, ale szybko się okazało, że kiedy o nich mówię, zaczynam być traktowana jak specjalistka. Nie jestem tylko tym. Chcę wymknąć się tej narracji i postrzegania mnie wyłącznie przez pryzmat „Zemsty na wroga”, gdzie mówiłam o przemocy. To jest ważna płyta, także dla mnie, ale nie dam się zamknąć w prostej narracji zakładającej, że zawsze będę się wypowiadać na ważne tematy. Uciekam jak mogę, bo to sprawia, że oddycham. Tym razem wybrałam strategię głupoty.

PB: Mamy czasami taką refleksję, że chciałoby się udzielić wywiadu, w którym ktoś zapytałby o naszą pracę twórczą w kategoriach stricte artystycznych. Tymczasem SIKSA – być może również z naszej winy albo przez kontekst, w jakim przypadkiem się znaleźliśmy – poszła w kierunku, o jakim wspomniałeś. Byliśmy postrzegani jako coś w rodzaju wentyla bezpieczeństwa. Jakby uznawano, że skoro jest już taka SIKSA, to niewiele więcej potrzeba, bo wiele można na nią skierować. Dlatego teraz dajemy satysfakcję samym sobie. Zawsze autotematyzowaliśmy to, co robiliśmy, ale w końcu pragniemy wywalczyć sobie prawo do bycia zespołem.

Ta nasza „głupota” nie jest kretyńskim komentarzem z internetu na temat bieżących wydarzeń z głównej strony Onetu. Jest szlachetną naiwnością, niezależnością, działaniem wbrew odgórnie przyjętym ideologiom. W ten sposób hołdujemy wszelkim niezależnym tworom i niezależnym miejscom, dzięki którym takie zespoły jak Grande Donna Freiheit & Her Spiders from the Squat mogą istnieć. Wszystkim tym parszywym squacikom, gdzie nie ma prądu i sypią się podłoga i dach. Malutkim klubom w niewielkich miastach Europy i świata. Prowadzenie ich można nazwać pewnego rodzaju głupotą i jednocześnie odwagą, bo dzięki takim miejscom te wszystkie niesłuchane przez nikogo zespoły mogą dalej występować.

Zadam w takim razie pytanie, którego nigdy nie zadaję, bo jest jednym z najbardziej stereotypowych – jak wygląda wasz proces twórczy?

PB: Mamy zupełnie inny model działania niż większość koncertujących zespołów. Nie da się ukryć, że występy na scenie są najistotniejszą częścią naszej działalności, a kiedy układamy jakiś materiał, występujemy z nim przez rok, półtora czy dwa lata. To materiały bardzo otwarte, zmieniają się z koncertu na koncert, ale w pewnym momencie docieramy do ściany i stwierdzamy: „To już jest to”. Wiemy, że dany pomysł osiągnął ostateczny kształt i dopiero wtedy zaczynamy tworzyć na jego bazie album, ale już nigdy nie wykonujemy tej muzyki na żywo. W tym okresie przeczuwamy już, co będzie następne. Od razu jesteśmy gotowi do pracy nad czymś nowym. Alex wspominała, że w „Diablicy” pojawiały się momenty interaktywne i performatywne, śpiewanie z ludźmi, skandowanie, streetpunkowe singalongi – stwierdziliśmy, że jest to bardzo interesujące. To niesamowite, że w tworze składającym się tylko z basu i głosu nagle pojawia się chóralny zaśpiew jak na jakimś Cock Sparrerze. Od tamtego czasu wiedzieliśmy, że idziemy w kierunku czegoś bardziej muzykalnego i zespołowego.

AF: Ważne było też dla mnie, żeby samodzielnie sterować swoim wokalem. Chciałam się pod tym względem uniezależnić, dlatego noszę na sobie bezprzewodowy efekt, ale długo zastanawialiśmy się, czy to w ogóle będzie działać. Na szczęście działa i mogę sama sobie ustawiać, jak chcę brzmieć. Zresztą nie tylko ja, bo też każdy na koncercie będzie mógł poczuć się na chwilę producentem mojego głosu.

Dziękujemy!

SIKSA, fot. dzięki uprzejmości artystów

Mam wrażenie, że z opowieści o Grande Donnie wyłania się pozytywny, wspólnotowy przekaz. Spotkaliście się z tym, że wasz optymizm kogoś rozczarował? To trochę jak ze słuchaniem muzyki, kiedy jesteśmy w kiepskim stanie psychicznym – raczej nie pokrzepiamy się Bobem Marleyem, dobijamy się Joy Division. Mam wrażenie, że część publiczności oczekuje od was, że ciągle będziecie się wściekać i opowiadać o okropieństwach tego świata.

Dziękujemy!
( Sztuka ) ( Recenzja ) ( Aleksander Hudzik )

Komu przyśnił się „American Dream” Wojciecha Fangora?

AF: Na pewno coś takiego może się pojawiać, ale dawno temu przepracowałam wszelkie oczekiwania ze strony publiczności. Mam to za sobą i uważam za naturalne, że ktoś czuje się rozczarowany, bo SIKSA w przeszłości dostarczała mu czegoś, czego już nie dostarcza albo robi to w mniejszym stopniu. Rozumiem to i uważam, że trzeba się z tym pogodzić, kiedy gra się w zespole. Zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie z utęsknieniem wspominać te pierwsze nagrania. Historia muzyki pokazuje, że ludzie bardzo często żyją takimi wspomnieniami i mówią na przykład: „No ale ta pierwsza EP-ka to był ogień”. Zwłaszcza w punk rocku bardzo częste jest myślenie, że na początku to była ta prawdziwa prawda, a później nigdy nie było już tak samo. Każdy ma do takiej opinii prawo.

Najgorsze, co moglibyśmy zrobić, to obrazić się na swoją publiczność albo nie dawać jej prawa do wyrażania swoich emocji. Jak mogłabym zresztą złościć się, że ktoś woli któryś ze starszych materiałów, skoro to wszystko jest nasza twórczość? Kiedy ktoś podchodzi do nas i mówi, że nasza wcześniejsza płyta to ta ulubiona, odbieram to wyłącznie jako komplement. Od niczego się przecież nie odcinam. „Poskromienie złośnicy” jest poniekąd o przepracowywaniu tego. Czułam, że są wobec mnie – jako artystki mówiącej o przemocy – pewne oczekiwania i wylewam na tym albumie żale. Często wspominany jest motyw, kiedy mówiłam podczas koncertów: „Skoro chcieliście perkusji, oto jest perkusja” i biłam się mikrofonem w splot słoneczny, przez co po każdym występie miałam ranę. No ale już więcej tego nie zrobię, już się poraniłam i z tego wyszłam. Jedziemy dalej.

Dziękujemy!

SIKSA, fot. dzięki uprzejmości artystów

PB: Kierujemy się też po prostu tym, co daje nam satysfakcję i jakimś dziwnym trafem docieramy do pewnej grupy osób. Mamy teraz sporo bardzo młodych odbiorców, którzy znają nas od „Cudownego i pożytecznego”, czyli od mocnej zmiany stylistycznej. To okres po dotarciu do maksimum we wściekłości i autotematyczności. Takie osoby nie uczestniczyły w koncertach ze „Stabat Mater Dolorosa” albo „Zemsty na wroga”. To dla nich archiwalia, po które sięgają na płytach albo słuchają ich w internecie. Nie przesadzałbym jednak z tym dopatrywaniem się u nas optymizmu. Czasy zmieniły się tylko na gorsze. Odczytywanie porannych wiadomości albo przeglądanie mediów społecznościowych to koszmar. Jako odpowiedzialni artyści i czujący ludzie nie jesteśmy w stanie dorzucać do pieca jeszcze więcej krzywd. Potrzeba nam teraz przynajmniej odrobiny nadziei – i może SIKSA w zawoalowanej formie potrafi jej dostarczyć.

Optymizmem napawa mnie to, że na wasze koncerty przychodzi młodzież. Mam wrażenie, że na wiele z jej strony liczono, a nie do końca się to sprawdziło. Mniej więcej do 2021 roku wydawało się, że młode pokolenie w końcu wyciągnie świat z bagna rasizmu, seksizmu i ksenofobii. Wiele na to wskazywało nawet w muzyce pop, chociażby w deklaracjach Billie Eilish czy Yungbluda, ale później okazało się, że młodzież ochoczo głosuje na skrajną prawicę. Na dwa kroki naprzód przypada pięć kroków wstecz.

PB: Mieszkamy w małym mieście, Gnieźnie, i kiedy zobaczyłem wyniki prawyborów wśród tutejszych licealistów, to okazało się, że nie jest aż tak źle. Byłem wręcz pozytywnie zaskoczony. Myślę, że trzeba poczekać jeszcze dekadę... Choć może sam siebie oszukuję (śmiech). W każdym razie młodzież, którą spotykamy na naszych koncertach, jest absolutnie zajebista. Powstaje też wiele młodych zespołów, wiele młodych osób zaczyna bookować koncerty. Też miałem moment załamania właśnie w okolicach 2020-2021 roku, bo nie widziałem młodzieży pod sceną. Przychodziły wciąż te same osoby, mniej więcej w moim wieku, i wydawało mi się, że ta scena umiera. Zapomniałem, że pokolenia zmieniają się i w końcu pojawili się też nowi ludzie. Rozczarowani mainstreamowym rapem i popem, szukający muzyki dziwnej, transgresywnej.

AF: O tym jest „Grande Donna Freiheit & Her Spiders from the Squat”. O pająkach, które zawsze były, są i będą. O tych, którym nie wystarcza mainstream albo których ten mainstream wręcz wkurwia – tym swoim wyciąganiem z podziemia różnych tematów i mieleniem ich ładnie i elegancko pod siebie. Obroną The Spiders przed tym okrutnym „normkormizmem” jest to, że nie da się go pokazać w mainstreamowych mediach.

Czuję podobnie, ale z drugiej strony nawet jeżeli intencje zespołów są nieszczere, to jednak przesłanie nadane przez dużą platformę może przynieść jakieś pozytywne skutki.

AF: Oczywiście, że tak jest. Mam w serduszku niezgodę, ale jasne, że zgadzam się z takimi działaniami, nawet jeżeli intencje są nie do końca szczere.

PB: Jest w tym cynizm – nie będziemy rzucać nazwiskami i wskazywać czyj – wielu znanych osób artystycznych i polskich, i zagranicznych. Często od razu da się wyczuć, że jakieś działanie wyszło od zespołu marketingowego albo managementu, który wybrał się na jakiś squat, posłuchał jakiejś młodej kapeli i stąd wziął się pomysł. Tak to niestety działa, ale może faktycznie chociaż odrobina pozytywnych wartości po tym pozostanie.

AF: Jak wcześniej przepracowaliśmy temat oczekiwań, tak teraz musimy popracować nad tym, żeby dostrzegać więcej pozytywnych rzeczy. Nie chcemy być przecież cynikami, którzy cały czas są na nie.

PB: Nie jesteśmy też nieomylni i na tym szczerość w SIKSA polega, że tematyzujemy swoje błędy i porażki. Być może takie spojrzenie na mainstream jest jedną z nich, ale takie mamy charaktery (śmiech).

( Mintowe Ciasteczka )

Nasza strona korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Jeżeli chcesz dowiedzieć się jak to działa, zapraszamy na stronę Polityka Prywatności.