Karolina Balcer

Sympatycznie wyglądająca wycieraczka przed drzwiami wzywa: POMOCY. Rozmowa z Karoliną Balcer

( 12.12.2025 )

Działałam na kontrastach, które zachęcają do przemyśleń. W każdej rodzinie są kryzysy. Niezależnie od statusu społecznego zawsze znajdzie się ktoś z uzależnieniem.

Sympatycznie wyglądająca wycieraczka przed drzwiami wzywa: POMOCY. Barwne tkaniny przedstawiają stos brudnych naczyń i garnek z kipiącą wodą – domowe mikrokryzysy, za którymi mogą stać duże, osobiste dramaty. W swoich pracach Karolina Balcer pokazuje obiekty, które odzwierciedlają stany emocjonalne, i projektuje wnętrza przypominające o dwuznaczności rodzinnych relacji. Artystka wabi odbiorczynie i odbiorców, by zapoznali się z trudnymi historiami – bliskiej jej osoby cierpiącej z powodu choroby psychicznej, oraz jej własnych starań o dziecko za pomocą metody in vitro. O tych kontrastach rozmawiamy w przestrzeni będącej częścią gdańskiego festiwalu Inside Seaside – na zbiorowej wystawie Relax. Przerwa w transmisji poświęconej teorii i praktyce wypoczynku.

Zajmujesz się przestrzenią w kontekście prywatnym i społecznym. Możesz opowiedzieć o Toruniu – mieście, które na ciebie oddziaływało od najmłodszych lat?

To moje miasto rodzinne, a jego się nie wybiera, tylko się w nim wyrasta. Poszłam tam na studia, ponieważ zmusiła mnie do tego sytuacja rodzinna. Po 4 latach przeniosłam się do Wrocławia. Jest mi trochę głupio z tego powodu, ale często mówię, że nie lubię Torunia. Nie wiem, czy to domena średnich i mniejszych miast, ale jest w nim coś przytłaczającego. Wiedziałam, że po studiach artystycznych ciężko mi będzie o satysfakcjonującą pracę i dalszy rozwój. Obecnie wychodzi na to, że tylko w Warszawie, gdzie teraz mieszkam, takich możliwości jest stosunkowo dużo. To przykre.

W którym momencie wiedziałaś, że musisz opuścić Toruń?

Byłam już po 4 latach studiów, miałam problemy miłosne i uznałam, że to już jest moment, w którym mogę uciec. Z czasem też nabrałam przekonania, że to była dobra decyzja. Mimo że we Wrocławiu, do którego się przeprowadziłam, musiałam się cofnąć o 2 lata na ścieżce kształcenia.

Czy miałaś wtedy przestrzeń, którą uznałabyś za swoją, bezpieczną?

Teraz jestem na etapie, w którym czuję się bezpiecznie i jestem w takim miejscu. Mam 37 lat, więc trochę mi to zajęło. Stabilność finansowa, mieszkaniowa, w relacjach międzyludzkich – teraz czuję, że zaczęły one nachodzić na siebie.

Dziękujemy!

Widok wystawy: „Relax. Przerwa w transmisji”, od lewej: Karolina Balcer, „Is everything ok?”, 2022, „Chill Pills”, 2020–2025, „Pod kloszem”, 2022,  „Hygiene”, 2022, fot. Alina Żemojdzin, dzięki uprzejmości Festiwalu Inside Seaside w Gdańsku

W Krakowie, w ramach jednego ze swoich projektów, wygrodziłaś na Błoniach kawałek terenu ogrodzeniem, żeby skomentować tendencje do agresywnego zagarniania przestrzeni. To była twoja krytyka zamknięcia i prywatności w miastach.

Prace z ogrodzeniami są sprzed 10 lat. Wtedy te praktyki miejskie wydawały mi się kuriozalne. Nadal mi się takie wydają, ale już mnie nie dziwią. Sama nie chciałabym mieszkać na strzeżonym osiedlu. Rozumiem potrzebę bezpieczeństwa i odgradzania się od nieproszonych gości, ale uważam, że to przeczy ideologii budowania społeczności. Rozumiem, dlaczego tak jest, ale się z tym nie zgadzam.

Można zaryzykować tezę, że bardziej otwarte przestrzenie przekładałyby się na wzrost społecznej empatii i wsparcia emocjonalnego?

Trudno mi teoretyzować. Mieszkam na warszawskiej Pradze Północ i zdarzają się sytuacje, które mnie drażnią. Dzisiaj widziałam osobę, która śmieciła, i musiałam zwrócić jej uwagę, bo nie wiem, jak można nie dbać o swoje otoczenie. Jest we mnie pełno sprzeczności w kwestii wspólnych przestrzeni, także pod względem emocjonalnym. Osoby śpiące na ławkach czy w innych publicznych miejscach dobrze pokazują ten wewnętrzny konflikt. Z jednej strony czuję empatię, ponieważ mój brat był w kryzysie bezdomności. I wiem, że ci ludzie są czyimś synami, ojcami, braćmi – bo jednak w zdecydowanej większości są to mężczyźni. Ale inna część mnie widzi też w tym wizytówkę naszego społeczeństwa. Smutną i wstydliwą.

Dziękujemy!

Karolina Balcer, fot. Michał Mutor, dzięki uprzejmości artystki

Praga Północ jeszcze do niedawna była jednym z ostatnich przykładów stołecznej dzielnicy, gdzie w wielu miejscach to uliczne życie nadal się odbywa. Różni panowie traktują dany fragment chodnika jako swój, a dzieciaki spędzają tam chyba aż za dużo czasu.

Tę dzielnicę da się podzielić. W okolicach Placu Hallera można spotkać mnóstwo starszych osób, jest dużo ławek oraz tężnia. Nieco dalej jest ciąg knajp, wokół których kwitnie rodzinne życie. Z kolei bliżej mojej pracowni ewidentnie odchodzą jakieś szemrane interesy prowadzone w bramach starych kamienic. Po tym, jak niedaleko śmiertelnie postrzelono policjanta, który interweniował w sprawie gościa chodzącego po ulicy z maczetą, handel przeniósł się przecznicę czy dwie dalej, ale nadal jest. Tam się dzieje polskie The Wire, ale to tylko wycinek większego organizmu.

Punktem wyjścia do twojego projektu Happy Family jest twoja historia rodzinna – zaburzenia psychiczne w twojej rodzinie oraz kryzys bezdomności brata. Przyjrzałaś się temu bardzo szczegółowo, żeby opowiedzieć bardziej uniwersalne historie. To musiał być trudny proces.

Samo stwierdzenie, że mój brat jest w kryzysie bezdomności – albo bezdomny, jak się wtedy mówiło, powszechnie i mniej empatycznie – było dla mnie ciężarem. Zdobyłam ministerialne stypendium, które przyparło mnie w tej kwestii do muru. Zaproponowany projekt dotyczył właśnie bezdomności mojego brata, a ze środków trzeba było się rozliczyć, więc musiałam zacząć się tym zajmować i spróbować zrozumieć, jak to się stało i dlaczego. I na tym etapie nie wiedziałam. To był totalny mindfuck. W tych okresach moja rodzina myślała o nim jako o czarnej owcy, kimś, kto się pogubił, sprawiał problemy w szkole, wpadł w złe towarzystwo. Ale z czasem zrozumieliśmy, że zaczął chorować na schizofrenię. Miał zresztą podwójną diagnozę, bo chorobie towarzyszyło uzależnienie od narkotyków. Chociaż nie doszliśmy do tego, co pojawiło się pierwsze, i jak oddziaływały na siebie te dwa czynniki.

Kiedy to się wszystko działo – w pierwszej połowie lat dwutysięcznych – w terapii wspomagającej rodzinę było przeświadczenie, że taka osoba musi sięgnąć dna, żeby się od niego finalnie odbić. To absolutna nieprawda i już się tak o tym nie myśli. Ale mój brat dotykał dna, znajdował się na ulicy, a potem w noclegowniach. W moim procesie twórczym rekonstruowałam oś czasu z uwzględnieniem najważniejszych wydarzeń, które do tego prowadziły – problemy w szkole, pobyt w ośrodku terapii uzależnień, szpital, okresy życia na ulicy, dwa lata urywanego kontaktu, podczas którego bywał zaginiony. To był prawdziwy rollercoaster. Mój brat jest teraz pod opieką fundacji, wraca do społeczeństwa, jest z nim kontakt, jest osobą stabilną. Zbierając to wszystko do kupy, zaczęłam o nim myśleć bardzo czule i chciałam, żeby inni także mogli na niego tak spojrzeć. Każda osoba, która jest w kryzysie bezdomności, ma swoją rodzinę, osoby, które o niej myślą i się o nią martwią, a czynników, które sprawiają, że ktoś trafia na ulicę, jest całe mnóstwo. Nasze zbiorowe podejście do tematu jest jednak zupełnie inne. Gdyby to się zmieniło, na ulicy umierałoby mniej osób. To nie jest tak, że ktoś leży, śmierdzi i ma za sobą proste historie. Historia jest długa i skomplikowana.

Dziękujemy!

Druga odsłona projektu „Happy Family”, Galeria Miejska Arsenał, Poznań, 2023, fot. M. Adamski, dzięki uprzejmości artystki

W świecie sztuki i kultury, w bańce, w której się znajdujemy, coraz częściej mówimy o empatii i współczuciu. Myślisz, że da się przebić poza tę bańkę? 

Jeszcze niedawno w świecie sztuki mieliśmy inne tabu. Gdy szukałam miejsca dla wystawy Happy Family, w czym pomagał mi Paweł Jarodzki z Grupy LuXus, jedna osoba odpowiedzialna za pewną galerię odpowiedziała, że nie chce mieć do czynienia z wariatami. To nie było aż tak dawno temu. W międzyczasie pandemia sprawiła, że częściej zaczęliśmy poruszać temat zdrowia psychicznego. Ale problemy w tym zakresie są gigantyczne. Pracuję w publicznej szkole i widzę, jak bardzo cierpi dziś młodzież. Liczba prób samobójczych jest absolutnie zatrważająca. Empatia jest teraz na wagę złota. Wśród nauczycieli, ale także wśród dorosłych i młodzieży wobec innych. Na co dzień widzę pogardę i podłość, z jaką ludzie traktują się nawzajem, więc mimo prób nabywania odporności na ten ściek, ciężko mieć nadzieję na społeczną zmianę. Ale nadal ją mam.

Happy Family opiera się na pracach tekstylnych – obiektach i obrazach kojarzących się z domem. Dlaczego wybrałaś właśnie tę technikę?

Pomysł na to, żeby zająć się tekstyliami, pojawił się właśnie przy okazji Happy Family. Wcześniej nie miałam do czynienia z szydełkowaniem, dzierganiem czy tuftingiem. Myśląc o zamiataniu problemów pod dywan, zaświeciła mi się lampka w głowie i uznałam, że to idealne medium do omawiania trudnych tematów – zdrowia psychicznego oraz problemów rodzinnych i społecznych. Kupiłam sobie magiczną maszynę, jaką jest pistolet do tuftingu. Strzelanie do płótna okazało się wyzwalające. Powstałe prace są kolorowe, pocieszające, komfortowe. Ale tylko dlatego, że o ciężkich tematach – przynajmniej w sztuce wizualnej – zazwyczaj opowiada się w mrocznych, przygnębiających barwach, a ja chciałam to przełamać. Prace tekstylne są pracochłonne, ale dają dużo ukojenia. To faktycznie działa na system nerwowy. Są badania wskazujące, że dzierganie i szydełkowanie mogą spowalniać postępowanie demencji u osób starszych. U mamy i teściowej, które pomagały mi w projektach wymagających wydziergania sporej ilości materiału, widzę pozytywne skutki tego hobby.

Dziękujemy!

Pierwsza odsłona projektu „Happy Family”, Miejsce Projektów Zachęty, Warszawa, fot. Ania Zagrodzka, archiwum Zachęty, dzięki uprzejmości artystki

Z antropologicznego punktu widzenia chyba jest tak, że same tkaniny też dużo mówią o osobie i jej rodzinie. To mogą być wspomnienia dotyku pościeli, czynność cerowania skarpet lub obecność luksusowych materiałów mówiących o statusie danego domu.

Dziękujemy!
( Film ) ( Rozmowa ) ( Karol Owczarek )

Jednego dnia robiliśmy sześć odcinków „Śmiechu warte”. Rozmowa z Tadeuszem Drozdą

W swoich pracach chciałam stworzyć przestrzeń domową i prywatną. Taką, która zachęca do interakcji i porównań z własnymi doświadczeniami związanymi z ogniskiem domowym. Stąd – obok prac wiszących opowiadających o kryzysach, przez które przechodziłam – obecność kanapy, lampy czy głośnika. Tych prac można było dotykać, a to rzadko spotykany poziom obcowania ze sztuką. W pierwszej lokalizacji, w której Happy Family było pokazywane, Miejscu Projektów Zachęty, była witryna. Kolorowymi i świecącymi przedmiotami przyciągała ludzi jak muchołówka. Odbiorcy wchodzili w pułapkę, bo w środku jest telewizorek opowiadający o moich rodzinnych problemach i komunikaty dotyczące schizofrenii, dwubiegunówki i śmierci ojca.

Miła fasada często potrafi skrywać mroczne wnętrze.

Do tego nawiązywała wycieraczka z napisem Help. Działałam na kontrastach zachęcających do przemyśleń. W każdej rodzinie są kryzysy. Niezależnie od statusu społecznego zawsze znajdzie się ktoś z uzależnieniem. Zawsze ktoś umrze i pozostawi po sobie pustkę i żałobę. Jesteśmy stworzeni z kryzysów. Trzeba sobie z nimi radzić, rozmawiać o nich i je normalizować.

Dziękujemy!

Karolina Balcer, „Help”, wystawa „Happy Family”, Miejsce Projektów Zachęty, Warszawa, archiwum Zachęty, dzięki uprzejmości artystki

Rozmawiamy w przestrzeni zbiorowej wystawy mówiącej o relaksie i odpoczynku. To kojąca enklawa w przestrzeni festiwalu muzycznego, który potrafi przytłaczać bodźcami. Twoje prace mają tu trochę inny wydźwięk. To widać na przykładzie Chill Pills, tekstylnych pigułek, które są rozwieszone nieopodal nas w tej chwili.

Farmakologia ma wspierać zdrowienie – ale w połączeniu z terapią i konstruktywnymi przemyśleniami. Sama w sobie przede wszystkim tłumi. Bez zdiagnozowanych problemów jedynie je wyciszamy i odsuwamy pracę nad ich ogarnięciem. Chill Pills reprezentują antydepresanty. Nie wiem, czy ja i moja rodzina byśmy przetrwali w najbardziej kryzysowych momentach, gdyby nie farmakologia. Jest stygmatyzowana, jest nadużywana, ale uratowała też niejedno życie. W miejscu, w którym jesteśmy, te tekstylne pigułki mają dużo weselszy wydźwięk.

Dziękujemy!

Widok wystawy: „Relax. Przerwa w transmisji”; Karolina Balcer, „Hygiene”, 2022, fot. Alina Żemojdzin, dzięki uprzejmości Festiwalu Inside Seaside w Gdańsku

Przy powstawaniu Happy Family sporo współpracowałam z psychiatrką. Suplementem do wystawy był poradnik dotyczący zdrowia psychicznego, w którym rozmawiałam z tą lekarką, psycholożką i asystentem osób w kryzysie bezdomności. Dyskutowałyśmy też o nazwie tej pracy. „Chill pills” brzmią niewinnie, „pigułki szczęścia” mogłyby się już kojarzyć dużo gorzej. Ostatecznie muszę się powołać na znaną formułkę: „przed użyciem zapoznaj się z treścią ulotki lub skonsultuj z lekarzem lub farmaceutą”.

Dziękujemy!

Widok wystawy: „Relax. Przerwa w transmisji”, od lewej: Karolina Balcer, „Is everything ok?”, 2022, Karolina Balcer, „Chill Pills”, 2020–2025, Karolina Balcer, „Pod kloszem”, 2022, fot. Alina Żemojdzin, dzięki uprzejmości Festiwalu Inside Seaside w Gdańsku

Twoja ostatnia solowa wystawa, pokazywana w zeszłym roku w Galerii Sztuki Współczesnej w Opolu, In Vitro Fantasy, przygląda się tytułowemu procesowi. Ciąża i brzemienność mają przedziwną etymologię. Wiążą się z obciążeniem i brzemieniem – z problemem, z czymś niechcianym. Ty zaszłaś w ciążę dzięki metodzie in vitro. To z kolei coś upragnionego i wyczekiwanego.

Ciąża nie jest moim ulubionym stanem fizycznym, chociaż z całych sił pragnę mieć dziecko. Gdy człowiek dowiaduje się, że zajście w ciążę może być wyzwaniem, to naprawdę zmienia spojrzenie na życie. Jeśli chodzi o przytoczoną etymologię: tak, ciąża to ciężki stan. Nie rozumiem kobiet, które twierdzą, że to najlepsze uczucie na świecie i stan błogosławiony. Nadal nie jestem w stanie do końca uwierzyć, że mam w sobie człowieka, że czuję jego kopnięcia i za jakiś czas będę mogła poznać tę nową osobę. Ale fizycznie jest to absolutnie przesrane.

Wśród tych prac znajduje się tkanina In Vitro Fantasy pokazująca laboratoryjne badania jajeczek położonych na szkiełku laboratoryjnym. Spojrzenie na mechaniczny proces mający równocześnie intymny i potencjalnie życiotwórczy wymiar to skrajne doznanie.

Na etapie tworzenia tej pracy udało mi się wyhodować 6, widocznych na płótnie, jajeczek, które wysłaliśmy na badania genetyczne. Tylko 3 z nich były zdrowe i dlatego przedstawiłam je jako nieco jaśniejsze w kolorze. Cierpię na translokację robertsonowską, w wyniku której ramiona 13. i 14. chromosomu w moim DNA się łączą i przez to mam szanse mniej więcej 50/50, że urodzę zdrowe dziecko. Rodzenie w sposób naturalny to w moim wypadku wielkie ryzyko. Próbowałam dwukrotnie i w obu wypadkach poroniłam, ponieważ dzieci były chore. In vitro było jedynym wyjściem.

Dziękujemy!

Karolina Balcer, „In Vitro Fantasy”, 2023, dzięki uprzejmości artystki

Długo robiłam tę pracę i dała mi ukojenie. Obnażyłam się w ten sposób, a ten oversharing sprawił, że odezwało się do mnie mnóstwo dziewczyn z podobnymi przypadłościami. Bo problem niepłodności jest potężnym problemem w naszym pokoleniu. Przyczyniają się do tego stres, sprawy klimatyczne, stosunkowo późny wiek, w którym ludzie czują się na tyle bezpiecznie, że decydują się na potomstwo. Ostatnio premier powiedział, że polskie kobiety są nieodpowiedzialne i dlatego nie chcą rodzić dzieci. Jest wręcz przeciwnie. Czekamy na moment, w którym możemy być na tyle odpowiedzialne, żeby o tym pomyśleć.

Niedługo urodzisz. Wzięłaś na siebie odpowiedzialność, jaką jest wychowanie człowieka, po tym, jak latami analizowałaś relacje rodzinne – własne i cudze doświadczenia z domów rodzinnych. Jak się z tym czujesz?

Ta odpowiedzialność jest i ekscytująca, i przerażająca. Stworzyłam szkic pracy, którą mam nadzieję wykonać, zanim urodzę. Przedstawienie wodospadu opatrzone czerwonym napisem: przez 5 lat staraliśmy się o dziecko. Teraz  jestem w 8 miesiącu ciąży, bolą mnie plecy, puchną nadgarstki, drętwieją mi nogi, i chce mi się płakać z przerażenia – ale to jest normalne. Wszystkie te stresy, przed i podczas ciąży, spotykają mnóstwo ludzi. Dlatego warto o tym rozmawiać. Bo to normalne i naturalne. Często rozważam, czy pojęcie normalności znaczy cokolwiek. Ale w tym wypadku wiem, że te emocje i niepokoje są właśnie stuprocentowo normalne.

Dziękujemy!

Karolina Balcer, „Wodospad”, 2025, dzięki uprzejmości artystki

Tekst powstał we współpracy z Festiwalem Inside Seaside w centrum AmberExpo w Gdańsku (8-9 listopada 2025), podczas którego odbyła się wystawa „Relax. Przerwa w transmisji”

Artystki i artyści: Karolina Balcer, Monika Drożyńska, Elżbieta Jabłońska, Martyna Jastrzębska, Andrzej Karmasz, Małgorzata Markiewicz, Krzysztof Maniak, Michał Majchrowicz, Piotr Pawlak+Patricia Vernhes, Jadwiga Sawicka, Kacper Tomaszewski, Wiktoria Walendzik, Małgorzata Widomska, Anka Wandzel, Alina Żemojdzin

Kuratorka: Emilia Orzechowska 

( Mintowe Ciasteczka )

Nasza strona korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Jeżeli chcesz dowiedzieć się jak to działa, zapraszamy na stronę Polityka Prywatności.