Język to narzędzie tworzące cały świat. Rozmowa z Moniką Drożyńską
( 05.11.2025 )
Monika Drożyńska: Myślałam o przesłaniu pracy jak o wzięciu garści grochu i rzuceniu jej w przestrzeń. Nigdy nie wiesz, gdzie spadnie. Podobnie nie wiem, jak „Hellp” zostanie odebrana. Uwielbiam momenty, kiedy sztuka jest niezrozumiała. Możemy wtedy ze sobą pogadać.
14 września przy Muzeum POLIN w Warszawie zawisły flagi z hasłem „Hellp”, na które złożyły się dwa słowa, hell i help. Jaki jest kontekst pracy?
Zaczęłam pracować nad „Hellp” niezależnie od zaproszenia POLIN. W trakcie tworzenia wyginam różne słowa, następnie przychodzą do mnie te nowe. Tak przyszło i „Hellp”. Połączyłam je z książką „Karawany kryzysu. Za kulisami przemysłu pomocy humanitarnej” Lindy Polman, którą kiedyś czytałam. Zainspirowała mnie. Stąd też wziął się jasnobłękitny kolor, nawiązujący do barwy hełmów sił pokojowych ONZ z białym napisem. Zastanawiałam się, czy sam kształt litery może być kolejnym znaczeniem w pracy? Bo przecież jest kolor, słowo i litera, wreszcie sam kształt litery, prawda?
POLIN zaprosiło cię do wykonania pracy na finisaż wystawy „1945. Nie koniec, nie początek”, która powstała w związku z 80. rocznicą zakończenia II wojny światowej.
Tak, zadzwoniła do mnie Ewa Chomicka, kuratorka z POLIN, z propozycją przygotowania flag, które będą prezentowane w przestrzeni publicznej – na masztach przed Muzeum – jako część antywojennych, antyprzemocowych działań na finisaż wystawy. Zaczęłam pracę nad tym pomysłem, a w którymś momencie połączył się on z projektem „Hellp”. Otrzymałyśmy akceptację Muzeum na „przejęcie” wszystkich masztów z tym hasłem i ruszyłyśmy z przygotowaniami.
Monika Drożynska, „HELLP”, 2025, Muzeum POLIN, fot. Maciek Jaźwiecki
O czym mówi praca?
O współczesnych piekłach: wojnie, migracji, obojętności. Najbardziej aktualna wydaje się chyba w kontekście ludobójstwa w Gazie i działań rządu Netanjahu. Ale chcę ją czytać szerzej, przez pryzmat coraz większej obojętności wobec wojny w Ukrainie. A także zmiany postaw: od szerokiej gotowości do pomagania uchodźcom wojennym w 2022 roku, po niechęć i otwartą krytykę przywilejów, które otrzymują. Ponad sześćdziesiąt innych konfliktów zbrojnych toczy się obecnie na świecie, od Azji Południowej po Afrykę. Chciałam więc, żeby wybrzmiały też te konflikty, o których informacje nie trafiają do bańki komunikacyjnej, w której żyję.
Muzeum pisze, że „Hellp” to twoja interwencja artystyczna. Czy sztuka posiada siłę, by w cokolwiek interweniować?
Uważam, że sztuka ma ogromną moc i potrafi łączyć nieprzystawalne obszary, wypowiadać się w taki sposób, który naprawdę jest w stanie nas zatrzymać. Ale czasem mówię, że to kompletna iluzja, wytrych, bzdura, że sztuka niczego nie zmienia. Zwłaszcza gdy rozmowa toczy się w artystycznej bańce. Wtedy zdarza mi się powiedzieć, że sztuka w ogóle nie ma sensu, chociaż mam zupełnie inne doświadczenia. Kiedy wszyscy spijają sobie z dziubków, zachwycają się, opowiadają, jakie robią wspaniałe projekty inkluzywne i partycypacyjne, zawsze mnie korci, żeby zrobić siusiu w torcik…
Na przekór?
Tak, na przekór sobie (śmiech). Sama przez lata zajmowałam się sztuką zaangażowaną i działaniami partycypacyjnymi. Przedstawiłam je ironicznie, złośliwie i autokrytycznie w spektaklu teatralnym w formie warsztatu „Flaga nr 5”. Polemizuję z takimi działaniami, zwłaszcza swoimi, choć w głębi serca naprawdę wierzę, że sztuka ma ogromną moc.
Czy w kontekście „Hellp” wierzysz, że krytyka będzie miała pozytywne skutki?
Bardzo ważne jest to, że ta praca znajduje się w przestrzeni publicznej. Flagi są ogromne, bo mają prawie sześć metrów wysokości, i powiewają na zewnątrz. Każdy może je zobaczyć. Zatem jest szansa, że praca zdoła trochę rozszczelnić bańkę. Wychodzi na ulicę, poza algorytm czy telewizor, ale robi to subtelnie, mimo skali tkanin. Właściwie jedynym elementem, który wytrąca z równowagi, jest to podwójne „L”. Jego obecność w przestrzeni publicznej negocjuje to, do czego jesteśmy przyzwyczajeni.
Monika Drożynska, „HELLP”, 2025, Muzeum POLIN, fot. Maciek Jaźwiecki
Zastanawiasz się w trakcie tworzenia, czy twoja sztuka będzie czytelna dla każdego?
Nie myślę o odbiorcy, ale pracuję z kontekstem. Kiedy haftowałam w pociągach, myślałam o tym, co jest teraz aktualne, jaki jest dzień tygodnia, albo co mijam za oknem. Kontekst nadawał kierunek doborowi słów. Natomiast przy „Hellp” wszystko wydarza się w samym słowie, które wymyśliłam, które zaczęło istnieć. O przesłaniu pracy myślałam jako o wzięciu garści grochu i rzuceniu jej w przestrzeń. Nigdy nie wiesz, gdzie spadnie. Podobnie nie wiem, jak „Hellp” zostanie zinterpretowana. Uwielbiam momenty, kiedy sztuka jest niezrozumiała. Możemy wtedy ze sobą pogadać.
A nie kusi cię, by wyhaftować bezpośrednie hasła, typu: „Putin spierdalaj”, „Rząd zabija migrantów na granicy” albo „Izrael morduje”?
Totalnie mnie kusi. Robię takie rzeczy, ale w ramach innej pracy, w której wiele różnych efektów haftuję gestem ekspresji, techniką z pociągów, szybko, dla poczucia ulgi. Ale nie chcę ujawniać tej historii.
Język jest dla ciebie bardzo ważny, prawda? Haftujesz raczej słowa i litery, a nie wzory i deklaracje.
Język to narzędzie tworzące cały świat. Kiedy zaczęłam haftować litery, szukałam sposobu na przepisywanie wandalizmów z murów, które mnie urzekły. W tamtym czasie dużo szyłam ręcznie, więc przepisanie słów nitką było naturalne. Już wtedy skończyłam krakowskie ASP, działałam w obszarze sztuki, ale czułam, że mogę tylko coś przepisać. Wtedy, w 2007 roku, wydawało mi się, że sama nie mam nic swojego do napisania.
A dziś?
Dziś słowa i litery to moje najlepsze przyjaciółki. Swój sposób pracy nazywam „pisaniem haftu”, czymś pomiędzy pismem intymnym, kruchym jak notatka zostawiona przy śniadaniu komuś bliskiemu z dopiskiem „Smacznego”, a tekstem drukowanym, tym, który tworzy historię – oficjalnym, nadającym znaczenie. Pokochałam te międzyjęzykowe przekroczenia, negocjowanie gramatyk, łączenie różnych języków, uznanie błędu jako pełnoprawnej wersji. W pewnym sensie haftowanie słów i liter jest wszystkim.
Monika Drożynska, „HELLP”, 2025, Muzeum POLIN, fot. Maciek Jaźwiecki
Miałaś wrażenie, że nie masz nic do powiedzenia – to przepisywanie cię otworzyło?
Tak, zdecydowanie. Zaczęłam od przepisywania tego, co widziałam, a potem zaczęłam podsłuchiwać. Bardzo wiele moich haftów to zdania, które podchwyciłam na przystanku, w autobusie, w kolejce w sklepie. Stałam się selekcjonerką, bo wybierałam słowa, litery, błędy i przekształcenia.
Sama flaga w „Hellp” jest już mocnym, symbolicznym gestem. To nie pierwsza twoja praca tego typu. W 2018 roku w Brukseli powiewała ta zatytułowana „Polskie buraki europejskie znaki”, która dotyczyły polskiej potransformacyjnej ekonomicznej nierówności. Natomiast w 2021 roku stworzyłaś „Oddzielone”, o frustracji i bezradności w czasie COVID-u.
Najbardziej interesuje mnie tkanina w przestrzeni publicznej. A właściwie jej brak. Dlatego, kiedy haftowałam w pociągach, wybrałam właśnie te tkaniny na oparciach, by haftem w pewnym sensie zaznaczać, że one tu są. Flaga jest właściwie jedyną tkaniną, która dziś funkcjonuje w przestrzeni publicznej. Dodatkowo jest manifestem, wyrażającym bardzo różne rzeczy. A mnie, jako artystkę, interesuje zarówno ekspresja, jak i tworzenie krytycznej sztuki zaangażowanej. Tkanina osadzona na kiju spełnia te potrzeby. Przechwytuję tę formę i z nią pracuję.
PKP podało cię do sądu za zniszczenie mienia. Zatem nie możesz już haftować w pociągach, flagi na budynkach też są poza twoim zasięgiem. Co robisz?
PKP nie podało mnie do sądu, a zgłosiło sprawę na policję. Wyrok zapadł w trybie nakazowym, odwołałam się od niego, bo chciałam spotkać się w sądzie. Teraz, kiedy już nie mogę haftować w pociągach, zauważam, że najwięcej tkanin jest na ludziach. To my sami i nasze ubrania tworzymy przestrzeń, najbardziej dostępną i najbardziej widoczną. Czasem haftuję więc na ubraniach. Jeśli spotkacie mnie na mieście czy wernisażu, możecie poprosić o haft. Zawsze mam przy sobie igłę.
Co piszesz na ubraniach?
Kwotę 24,20 – bo tyle wyniosła grzywna, którą musiałam zapłacić za demolowanie pociągów. Haftuję też słowo „Together”. Ostatnio zrobiłam kilka takich haftów podczas wernisażu w MOCAK-u w Krakowie. Haftowanie słowa „Together” jest manifestem politycznym i deklaracją wspólnoty. Jest wbrew indywidualizmowi, materializuje więź między haftującą i obhaftowywaną. Przełożyłam to słowo wraz z NeSpoon [artystką – red.] na szablon, który sprejuję w przestrzeni publicznej. „Together” można także przeczytać jako wyrażenie „To - Get - Her” – bezpośrednie nawiązanie do sprawy sądowej z PKP.
Zastanawiałem się nad samym haftowaniem, które stereotypowo jest zajęciem kobiecym – nie kojarzy się z buntem. A kobiety przecież emancypowały się przez haft. Ty też?
Pewnie, dzięki haftowaniu zrozumiałam, że mogę pisać. Słowo stało się moim narzędziem, przynależy do mnie. Mam tę umiejętność, mogę się wypowiadać, mogę stawiać granice. Natomiast chciałabym się odnieść do stereotypowości kobiecego haftowania.
Monika Drożynska, „HELLP”, 2025, Muzeum POLIN, fot. Maciek Jaźwiecki
Stereotypowości?
Haft jest przed wszystkim klasowy. Jest praktyką, którą rozwijano na dworach, kojarzono ją z władcą i księżmi. Tylko oni mogli sobie pozwolić na hafty. Haftowane rzeczy były symbolem statusu i władzy. W średniowieczu istniały hafciarskie cechy rzemieślnicze, które produkowały luksusowe hafty dla króla. Zatrudniano tam mężczyzn. Nie znalazłam badań, które pokazywałyby, że haftowano na wsi. To rzemiosło było po prostu za drogie, wymagało czasu i zasobów, a na wsi ich nie było. Dlatego uważam je za narzędzie, które przechwycono i wręcz squeerowano.
Jego historia sięga antyku.
Tak, na przykład u Owidiusza była Filomea, której obcięto język, żeby nie mogła opowiedzieć o doznanych gwałtach, a ona wyhaftowała wszystko, co ją spotkało, i tak wyraziła swoje krzywdy. W klasztorach żeńskich siostry zakonne haftowały paramenty kościelne, co wymagało dużej sprawności technicznej, ale nie była to już produkcja luksusu dla kościoła i dworu. Mamy historyczne dowody na to, że haftujące zakonnice i kobiety świeckie wszywały do tkanin elementy, które oficjalnie nie powinny się tam znaleźć. Rozsika Parker w „The Subversive Stitch” pisze właśnie o tym napięciu: haft jako narzędzie posłuszeństwa i równocześnie jako narzędzie oporu.
Czy „Hellp” jest tej emancypacji głosem czy wręcz przeciwnie – żyjemy w piekle, w którym możemy tylko prosić o pomoc, z nadzieją, że ktoś nas usłyszy?
Ani o tym, ani o tym. „Hellp” idzie dalej. Litera L to kąt prosty, dwie linie, które się spotykają i zmieniają kierunek o 90°. Skręt w kierunku nowej narracji, czas na moment zwrotny. L kojarzy mi się też z ochroną, jakby ktoś mnie objął ramieniem. Jak połączysz dwa L powstaje prostokąt, pokój, dom. Ale „Hellp” nie zatrzymuje się na geście opieki. Role kata i ofiary bardzo często przypadają temu samemu podmiotowi. Cyrkulują i mieszają się ze sobą.
Widać to bardzo wyraźnie w konflikcie, który przez ostatnie dwa lata toczy się między Gazą a Izraelem. Moja praca opowiada też o tym, jakim przemysłem jest wojna. Nie chodzi mi tylko o państwa, które atakują i na tym zarabiają, ale też o cały przemysł pomocy humanitarnej. Ten, jak wspomniałam na początku, może być wykorzystywany w nieodpowiedni sposób, czasem nieświadomie. Przez to my też żyjemy w bezsilności. Manifestacje, zbiórki, protesty są ważne nie dlatego, że natychmiast zmieniają rzeczywistość geopolityczną, ale dlatego, że tworzą wspólnotę wokół tej bezsilności. Dają nam narzędzia przetrwania wewnątrz niej. Jeśli litera L to ramię, to ta wspólnota jest drugim ramieniem. Razem te dwa ramiona próbują zbudować jakiś dom.
Monika Drożyńska – hafciara, artystka sztuk wizualnych, doktora sztuki, aktywistka. Laureatka Paszportu Polityki 2024. Skazana za haftowanie zagłówków w pociągach PKP. Prekursorka technik hafciarskich w sztuce współczesnej i tkaniny w przestrzeni publicznej. Współpracowała z Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, Muzeum Współczesnym we Wrocławiu, Zachętą Narodową Galerią, Nomus w Gdańsku, Muzeum Historii Żydów Polskich Polin. Jej prace znajdują się w kolekcjach Bunkra Sztuki, Muzeum Narodowego w Krakowie, Muzeum Sztuki Współczesnej Mocak w Krakowie, Muzeum Narodowego w Kijowie, Lentos w Austrii.