Koncert jest jak wejście do kosmicznej kapsuły. Rozmowa z Daltonists
( 04.03.2026 )
Enchantia, drewnofromlas, Totally Together, Lastryko, Wilga, Jutra – to kilka z licznych projektów z trójmiejskiej sceny niezależnej, z którymi związani są muzycy Daltonists. Wszystkie lokalnie cenione, ale z połączenia ich sił wyrósł zespół, który zdołał dotrzeć znacznie dalej, chociażby na Off Festival czy Jazz Jantar Festival. Trio jednak nie spoczywa na laurach i właśnie nakładem brytyjskiego Most Least / Folded Music wydało nowy album – „Gradient”. Rozmowa z Piotrem Orzechowskim z zespołu Daltonists.
Z daltonizmem nikt w zespole się nie mierzy, ale często jesteście o to pytani. Żałujesz wyboru nazwy?
Piotr Orzechowski: Nie żałuję, bo dzięki niej zyskaliśmy klucz do nazywania utworów i koncepcję pewnej niedoskonałości. Nie traktujemy jednak daltonizmu jako alibi, to raczej akceptacja różnorodności.
To nie jest dla żadnego z was pierwszy zespół. Z drewnofromlas grasz od mniej więcej dwudziestu lat. Tym razem jednak dotarliście do szerszego grona publiczności, dziennikarzy i organizatorów koncertów. Z czego to wynika?
Muzyka instrumentalna o synkretycznym zabarwieniu jest bardziej uniwersalna niż muzyka ze śpiewem w jakimś lingua franca. Wiele polskich zespołów, które przebiły się na świecie, to właśnie zespoły instrumentalne. Na przykład tuż przed naszą rozmową słuchałem setu Lefto w brukselskim Kiosk Radio, który regularnie puszcza artystów wydawanych przez Astigmatic, chociażby EABS-ów, Zimę Stulecia czy Omastę. Podejrzewam też, że kojarzenie nas z latami 70. albo z gangsterskim funkiem – choć nigdy takiego założenia koncepcyjnego nie mieliśmy – też może być dla globalnego słuchacza interesujące, bo nie jest to treść zupełnie nieznana i obca kulturowo. Wydaje mi się, że jest sporo uniwersalności w tym, co robimy.
Daltonists, fot. Daria Szczygieł
Miałeś nadzieję, że właśnie ten zespół okaże się sukcesem, czy po tylu latach grania priorytety są już inne?
Jestem skrzywdzonym przez własne ograniczenia muzykantem (śmiech). W przyszłym roku minie trzydzieści lat odkąd zagrałem w ogólniaku z Miłoszem (Karpowiczem) pierwszy koncert pod nazwą drewnofromlas. Często opowiadam chłopakom z Daltonists o tym, że etos DIY-owej tradycji – nawet nie tyle zaczerpniętej z niezalu, offu czy indie, bo nikt takich słów jeszcze nie używał, tylko z undergroundu – mocno we mnie siedzi. Muszę przeformułowywać swoje podejście do promowania zespołu, zarządzania zespołem i muzyką w sensie niemuzycznym. Kiedy zaczynałem grać z Romkiem (Wróblewskim) i Jackiem (Reznerem), nie zakładałem jakiegokolwiek sukcesu. Byliśmy skupieni wyłącznie na muzyce, ale paradoksalnie doprowadziło to do sytuacji, w której częściej niż dotychczas musimy myśleć o naszej twórczości jak o produkcie. Nie postrzegam tego w negatywny sposób, taka po prostu zaszła konieczność.
Muzykę Daltonists trudno spójnie opisać, ale da się ponazywać jej główne składniki – jazz, afrobeat, dub – i można nawet wskazać, co od kogo z was pochodzi. Ty wniosłeś dub.
Powiedziałbym raczej, że jest u nas niski, repetytywny, pulsujący bas, który w takim samym stopniu jest charakterystyczny dla techno, house'u czy nawet spirytualnego jazzu. To fajny klucz, że faktycznie każdemu z nas można przypisać jakiś wiodący gatunek i na tej podstawie szukać korzeni naszej wspólnej muzyki. Oczywiście można by równie dobrze zapytać ChatGPT, z jakim perkusistą najbardziej kojarzy się Jacek, z jakim klawiszowcem Roman albo z jakim basistą ja. Ludzie często czują potrzebę rozumienia świata przez pryzmat tego, co już znają, ale nie wiem, czy to odpowiednie podejście do naszej twórczości.
Podczas koncertów i we wpisach w mediach społecznościowych wielu zjawiskom przypisujecie jakieś kolory, czasami dość umowne, a tego ChatGPT nie potrafiłby zrobić. Pobawmy się przez chwilę w tę grę. Jakie kolory mają twoi koledzy z zespołu – Romek i Jacek?
Obydwaj są jak kolorofon, w którym kolor dominujący zmienia się w zależności od nastroju. Stosując jednak naszą terminologię, powiedziałbym, że Roman to kolor deskorolkowy, kolor żywiołu i tęsknoty. Jacek to z kolei bardzo melancholijny kolor, ale też w jakimś stopniu brawurowy.
Daltonists, fot. Daria Szczygieł
Kolor życia, kiedy grasz muzykę i wtedy, gdy jej nie grasz, jest taki sam?
Mam wrażenie, że wszyscy w zespole rozgraniczamy to, co dzieje się na scenie i to, kim jesteśmy na co dzień. Czuję, że koncert jest jak wejście do kosmicznej kapsuły albo batyskafu. Jak stworzenie bezpiecznych warunków dla kogoś, kto przeżywa psychodeliczną sesję. Od kiedy występuję, wszystkie te kolory są składową mojego życia, ale codzienność to bardzo odmienny stan. Jest jak chodzenie po ziemi, a koncerty są jak podskoczenie i unoszenie się bez przerwy aż do ostatniego zagranego dźwięku.
Gdybyś spojrzał z boku na siebie samego na scenie, dostrzegłbyś coś, co nie towarzyszy ci w żadnych innych warunkach?
Na pewno – i myślę, że reszta zespołu ma podobnie. Granie w trio pozwala nam stworzyć silną więź w trakcie występów. Nie mam na myśli niczego ezoterycznego i nie chcę, żeby to w taki sposób zabrzmiało, ale takie relacje pomiędzy ludźmi naprawdę czasami powstają. W ten sposób odrywamy się od otoczenia. Widzę to, kiedy patrzę na nasze nagrania live. To jest pewnie ta „magia”, nad którą filozofowie i psycholodzy od lat się zastanawiają. Gdyby podłączyć nas w trakcie grania do jakiejś aparatury pomiarowej, na ekranie byłoby prawdopodobnie sporo zaskoczeń w niespodziewanych obszarach.
Zakładam, że to niemożliwe, by każdy utwór z nowego albumu każdemu z was kojarzył się z tym samym kolorem. W jaki sposób wypracowujecie kompromis? Jak ustalacie, że jeden z utworów będzie miał kolor herbaty ulung, a inny kolor końca lata?
To chyba też przewaga – choć ktoś mógłby powiedzieć, że zagrożenie – jaką daje trio, bo nigdy przy głosowaniu nie będzie sytuacji patowej. Oczywiście zawsze staramy się wypracować konsensus i znaleźć taki wariant, z którym wszyscy czujemy się najbardziej komfortowo, ale nie zawsze jest to możliwe. Z drugiej strony bywa tak, że ktoś rzuca: „Kolor końca lata” i wszyscy od razu przyklaskują. To fajny kontrast do rzeczywistości, bo zgadzamy się w zespole w bardzo wielu kwestiach, a w życiu codziennym relacje międzyludzkie na ogół tak nie wyglądają.
Nagrywanie „Gradientu” wiązało się z dodatkową presją? Kiedy pracowaliście nad pierwszą płytą, jeszcze nie mogliście wiedzieć, że okaże się sukcesem, ale teraz obserwuje was wiele nowych osób.
Kołatała mi w głowie taka niewypowiedziana myśl: „Czy wpiszemy się w stereotyp drugiej, gorszej płyty po udanym debiucie?”. Rozmawialiśmy między sobą o tym, że faktycznie więcej osób zwróci teraz uwagę na to, co wydamy, ale nie wiązała się z tym żadna blokada czy jakiś dodatkowy stres. Muszę jednak przyznać, że odetchnąłem z ulgą, kiedy przesłuchałem „Gradient” i uświadomiłem sobie, że ten album się obroni.
W czasach, kiedy nawet w muzyce pop pojawiają się ponure refleksje na temat otaczającej nas rzeczywistości, wasza muzyka wydaje się wręcz nieprzyzwoicie pogodna i optymistyczna. To celowa próba przywrócenia równowagi czy po prostu tylko taka muzyka w was siedzi?
Pozwalamy dźwiękom z nas wypływać. Trudno stwierdzić, skąd wynika ten optymizm albo dlaczego jesteśmy kojarzeni z pogodnością. Niewykluczone, że ma to dla nas jakiś głębszy, terapeutyczny wymiar, ale nie dzieje się to na poziomie świadomym. Działamy intuicyjnie i nie zamierzamy na siłę dorabiać do naszej muzyki żadnej filozofii. Dzielimy się tym, co robimy, w szczery i naiwny sposób.
Gracie muzykę instrumentalną, więc na interpretację słuchaczy wpływają ich skojarzenia związane na przykład z wyborem skali. Zdarzają się jednak piosenki przewrotne, chociażby „Psycho Killer” Talking Heads albo „Hey Ya!” Outkast, których ponure teksty mocno kontrastują z wesołym brzmieniem. Czy nowe utwory mają dla ciebie konkretne znaczenia, czy po prostu skupiasz się na takich relacjach pomiędzy dźwiękami, które będą najbardziej satysfakcjonujące?
Intencjonalność może występować w muzyce w różnym stopniu. W moim przypadku wiąże się to z pewnego rodzaju autokrytycyzmem, a może nawet z syndromem oszusta, bo podchodzę do dźwięku, pulsu i rytmu w bardzo intuicyjny sposób. Mistrzowie dubu potrafili odnaleźć te miejsca w takcie – albo po prostu w czasie, gdzie bas może najwyraźniej zaistnieć. Na pewno dążę do uzyskania podobnego efektu, ale robię to w sposób instynktowny. A w związku z tym, że pierwsze szkice naszych utworów nie różnią się znacząco od wersji ostatecznych, zaryzykuję stwierdzenie – choć może to zabrzmieć wzniośle – że kieruje nami natchnienie.
Co byś chciał, żeby publiczność czuła po waszych koncertach?
Entuzjazm. Chciałbym, żeby nasza publiczność miała poczucie, że spotkała się z czymś poniekąd znajomym, bo bazującym na historii muzyki afroamerykańskiej i europejskiej. Z drugiej strony liczę na to, że dajemy dobre wibracje i emocje. Nie mogę zagwarantować, że wszystkie nasze koncerty będą super pozytywne, ale do tej pory tak było.