Koniec marzeń, koniec snów. Recenzja „Butcher’s Crossing” Johna Williamsa
( 08.04.2026 )
„Butcher’s Crossing” to powieść o wyprawie w dzikie ostępy Zachodu, która staje się również historią o kresie całej epoki. Czas pograniczników się kończy, nadchodzą nowe interesy i nowe stosunki. Williams czujnie sięga w zakończeniu po klasyczny topos: kowboje odjadą w siną dal prerii.
„Butcher’s Crossing” Johna Williamsa jest powieścią zrodzoną z frustracji. „Temat Zachodu uległ bezmyślnej stereotypizacji – pisał Williams o westernie w miesięczniku „The Nation” – za sprawą plejady literackich hochsztaplerów, ludzi gardzących historiami, które mają do opowiedzenia”. Nie była to przesada: w połowie dwudziestego wieku western filmowy i literacki składał się z klisz i zużytych schematów. Był częścią kulturowego DNA Ameryki, nośnikiem jej założycielskiego mitu, zawierającym niewinną z pozoru fantazję o dzielnych herosach Pogranicza. Była to fantazja równie romantyczna, co – jak wszystkie mity założycielskie – kłamliwa. A przy okazji antropocentryczna, rasistowska i szowinistyczna.
John Williams, niespełna czterdziestoletni profesor literatury angielskiej na Uniwersytecie w Denver, autor jednej niedostrzeżonej powieści, postanowił ukazać wewnętrzne sprzeczności rządzące tym gatunkiem i oskrobać go z romantycznego pazłotka. W 1960 roku wydał znakomitą powieść „Butcher’s Crossing”, która niedawno ukazała się po polsku w przekładzie Macieja Stroińskiego (Filtry).
W poszukiwaniu przygód
John Williams był pisarzem o osobliwym statusie. Odnosił pewne sukcesy, ale długo musiał czekać na szersze uznanie, jakby wcielając w życie idee przedstawione w swojej kolejne książce, „Stonerze”, gdzie bohater balansuje między przeciętnymi celami w życiu a zawodową i osobistą przegraną. Czwartą i ostatnią powieścią Williamsa jest „August”, epistolarna fabuła o rozkwicie Imperium Rzymskiego po śmierci Cezara. Przyniosła autorowi National Book Award (1973), lecz mimo to nie był on w stanie przebić się do głównego nurtu. „John niemal słynie z tego, że nie jest sławny”, opowiadał o nim w 1986 roku powieściopisarz i kumpel Dan Wakefield. Prawdziwa popularność – i moda na Williamsa – nadeszły dopiero dwie dekady po jego śmierci, kiedy wznawiany „Stoner” stał się literackim hitem. To wtedy książki Johna Williamsa zaczęły ukazywać się nakładem Filtrów w przekładach Macieja Stroińskiego.
„Butcher’s Crossing” to w sumie bardzo prosta historia. Jest rok 1873 i czterech mężczyzn wyrusza w Góry Skaliste zapolować na bizony. William Andrews ma 23 lata, rzuca studia na Harvardzie i przybywa do Butcher’s Crossing, podupadłej mieściny w Kansas. Andrews spadek po ojcu wydaje na sfinansowanie wyprawy myśliwskiej, na którą namawia go niejaki Miller. Doświadczony myśliwy obiecuje zabrać chłopaka do kotliny ukrytej w Górach Skalistych, w której żyje jedno z ostatnich wielkich stad bizonów. Miller kompletuje ekipę, Andrews za nią płaci i czterech mężczyzn wyrusza na polowanie. Myśliwi jednak utykają w kotlinie na zimę i muszą przeżyć w dramatycznych warunkach.
Powieść jest, jak na western, historią dość nietypową. Williams rezygnuje z konwencjonalnych chwytów, chociażby z figury rewolwerowca, i skupia się na opisaniu samej wyprawy. Dlatego „Butcher’s Crossing” nabiera cech naturalistycznej powieści przygodowej, w której antagonistą jest nie człowiek, lecz natura. Powieść czytać można też jako Bildungsroman: naiwny chłopak, pod wpływem nauk Ralpha Waldo Emersona, traktuje wyprawę jako sposób na zjednoczenie z naturą i poznanie samego siebie: chce poznać życie inne niż wygodny Boston, „dostać się do krynicy, opoki istnienia, (…) spojrzeć pierwotności w oczy, zanurzyć się w sokach ziemi jak trawa na prerii”. Wyprawa oczywiście odmieni Andrewsa i będzie go kosztowała zacznie więcej niż wynosił spadek po ojcu.
Prawdziwy western, wedle Williamsa, byłby historią z Pogranicza, która opowiada o trudzie przetrwania. „Butcher’s Crossing” wypada świetnie jako opowieść o mozole wyprawy i niezłomności charakterów. Williams ukazuje walkę myśliwych z przyrodą, głodem, pragnieniem, zimnem i samotnością. Najobszerniejsza i najlepsza część powieści relacjonuje zmagania bohaterów w Górach Skalistych, znój (i koszmar) przeciągającego się tygodniami polowania, które przeradza się w masakrę, a następnie walkę o przeżycie podczas zimy, która nadeszła zbyt wcześnie.
Historia opowiedziana jest prostym stylem i zupełnie pozbawiona retrospekcji. Williams nie napina literackich muskułów, to ostentacyjnie bezinteresowna proza, która wciąga do przedstawionego świata, zamyka czytelnika w kotlinie w Górach Skalistych i, co przyznaję nie bez wstydu, uwodzi pionierskim urokiem opisywanej eskapady. Źródłem czytelniczej przyjemności jest też tłumaczenie: Maciej Stroiński odnalazł dla książki odpowiedni język dzięki łagodnie archaizującej stylizacji, w której myśliwi to czterej „panowie”. To literatura konceptu, elegancka i zdyscyplinowana. Trzy dojrzałe powieści Williamsa, choć pod wieloma względami zupełnie różne, mają ten sam walor.
John Williams, „Butcher's Crossing”, Wydawnictwo Filtry
Jak pożegnano Dziki Zachód
Centralnym punktem książki jest obszerny, kilkudziesięciostronicowy opis samego polowania. Czterech mężczyzn morduje tysiące bizonów, wytrzebia jedno z ostatnich stad gatunku w przemyślany sposób. Odstrzałowi przewodzi Miller, najciekawszy z bohaterów książki. Długo nieprzenikniony, zarówno dla Andrewsa, jak i czytelnika, uosabia napięcia targające Pograniczem w jego schyłkowym okresie. Miller ma ogromne doświadczenie, dzięki któremu będzie ratował kompanom życie, lecz to przez jego upór cała czwórka utknie w kotlinie na zimę. Myśliwy chce wystrzelać wszystkie bizony w stadzie i gotów jest zaryzykować życie swoje i towarzyszy dla zysku, planując „wjechać do Butcher’s Crossing z całą furą skór. Coby ludziskom gały wyszły na wierzch.”
Wątkiem typowym dla westernu jest ekspansja ukazana jako proces nieuchronny i potrzebny. Naiwny Andrews finansuje wyprawę w momencie gwałtownej transformacji samej Ameryki: Zachód już został zdobyty, więc Pogranicze przestaje istnieć. Myśliwi, kiedy wrócą wiosną do Butcher’s Crossing, przekonają się, że ludzie Dzikiego Zachodu, dość nagle i dla nich samych niespodziewanie, stali się niepotrzebni. Kapitalistyczny rynek wieje, kędy chce, pozostawiając mieścinę za sobą, bo gdzieś na horyzoncie majaczy już Fordowska Ameryka. Ten ponury moment w historii Stanów pół wieku później stanie się tematem innego wielkiego tekstu kultury będącego westernem, czyli gry wideo Red Dead Redemption 2.
Williams w obu przyjętych rolach – pisarza fikcji i rewizjonisty westernu – wypada najsłabiej, kiedy ma sportretować kobietę. Jedyną postacią kobiecą w tej historii jest prostytutka Francine, a jej bezwstydne pożądanie wywołuje repulsję i ucieczkę Andrewsa. Francine jest przedmiotowo traktowana przez bohaterów powieści, co czytać można jako spójny głos z wnętrza przedstawionego świata, lecz Williams w tym przypadku nie wychodzi poza klisze, z którymi deklarował programową walkę. Traktuje bohaterkę jedynie jako pretekst do uruchomienia autorefleksji u Andrewsa. Drobnomieszczański kołtun przestraszy się kobiety, potem za nią zatęskni, a kiedy już dzięki niej zostanie prawdziwym mężczyzną, porzuci ją (oczywiście) śpiącą, zostawiając (oczywiście) na stoliku przy łóżku kilka dolarów. Co ciekawe, kwestia problematycznej reprezentacji postaci kobiecych dotyczy też innej powieści Williamsa: żywot Williama Stonera wielu wzrusza, lecz niektóre czytelniczki irytuje – pojawiły się głosy opisujące tytułowego bohatera powieści jako mizogina i ciamajdę niewartego współczucia.
Upadł mit…
W znanym studium westernu „Sixguns & Society” kulturoznawca Will Wright argumentuje, że ten gatunek, pełniący funkcję popkulturowego mitu, porządkuje Amerykanom rzeczywistość społeczną, a jego schematy fabularne nie są przypadkowe – odzwierciedlają bowiem fundamentalne dla kraju napięcia społeczne, zwłaszcza konflikt między indywidualizmem a wspólnotą. Wright zwraca uwagę na zmianę, której podlegał western w latach 60. i 70. dwudziestego wieku, kiedy dominującym modelem narracyjnym był ten nazwany przez badacza „profesjonalnym”. Grupa specjalistów łączy siły, aby wykonać określone zadanie, na przykład ochronić społeczność lub pokonać bandę przestępców. Ten mechanizm, przekonuje Wright, odzwierciedla transformację społeczno-gospodarczą, w ramach której znaczenia nabrały instytucje, korporacje i praca w zespole.
„Butcher’s Crossing” wpisuje się w tę zmianę, mimo że brakuje w nim tradycyjnie skonstruowanego (ludzkiego) antagonisty. Jednocześnie książka uchodzi dziś za najważniejszy przykład rewizji literackiego westernu. Ten w latach 80. święcił triumfy za sprawą pisarzy postrzeganych jako estetyczni i duchowi następcy Williamsa. Cormac McCarthy jest bodaj najczęściej przywoływany w pochwałach dla „Butcher’s Crossing” – nawet okładka polskiego wydania zawiera cytat z Breta Eastona Ellisa: „Rozsadza ramy gatunku, zapowiadając twórczość Cormaca McCarthy’ego, zwłaszcza jego Krwawy południk”. Równie często w opisach dzieła Williamsa pojawia się Larry McMurtry i jego „Na południe od Brazos”, epicka opowieść o spędzie bydła, której bohaterami są jednocześnie rewolwerowcy i krowiarze. Olbrzymia powieść McMurtry’ego też bywa postrzegana jako następczyni książki Williamsa. Oba te porównania są dla „Butcher’s Crossing” nobilitujące i jednocześnie w pełni zasłużone.
Literackie antywesterny Williamsa, McCarthy’ego i McMutry’ego zawierają ciekawe podobieństwa. Surowy naturalizm „Butcher’s Crossing” i przywiązanie do detalu znajdą swe odbicie w „Krwawym południku”. Styl Williamsa jest oszczędniejszy, ale niektóre z opisów w „Butcher’s Crossing” mają podobną melodię do narracji u McCarthy’ego: Andrews, przybywszy do Butcher’s Crossing „(…) widział mężczyzn kroczących po cichu wśród zgiełku ulicy (…). Kilku trzymało za pasem broń na podorędziu; większość szła nieuzbrojona. Mieli w twarzach coś wspólnego, zauważalne podobieństwo: brązowe, zorane cery o jaśniejszych od nich oczach, które zwracali troszeczkę ku górze, jakby patrząc dalej, dostrzegając więcej niż to, co przed sobą. Oglądał płynność ich ruchów – zręcznych i swobodnych, a zarazem samorzutnych i nieobliczalnych. Szli wiadomym sobie torem, które nikt inny nie rozezna, ani nie odtworzy”. McCarthy spojrzy na swych bohaterów w podobny sposób – czujnym okiem badacza obserwującego Innych, świadomego, że tylko za ich pośrednictwem doświadczy niepoznawalnego.
Wszyscy trzej pisarze sięgają po figurę fachowca oddanego swojej robocie. McMurtry opowiada o projekcie spędu bydła. Williams i McCarthy o projektach zabijania – u jednego poluje się na bizony, u drugiego na ludzi, w obu przypadkach dla zysku, obliczonego w oparciu o ustalone z góry pogłówne. Czytanie fragmentów o precyzyjnej organizacji polowania na bizony lub potwornego rajdu skalpowników z bandy Glantona skłaniają ku tej samej refleksji: ówczesny czytelnik ma świadomość, że już kilkadziesiąt lat po opisywanych przez nich wydarzeniach takie projekty eksterminacji będą wdrażane na skalę całych narodów. Ten wątek w historii dwudziestego wieku przywołała zresztą bezpośrednio wdowa po Johnie Williamsie, wskazując, że długi opis masakry bizonów stanowi jej zdaniem literacką sublimację doświadczeń jej męża jako żołnierza w czasie drugiej wojny światowej. Williams był radiooperatorem transportowych samolotów nad Azją, przeżył zestrzelenie za linią frontu i pieszy powrót na bezpieczne terytorium. Było to doświadczenie, o którym mówił niewiele.
McCarthy w „Krwawym południku” zabiera czytelnika do piekła – zderza piękno świata natury z czynami zamieszkujących go ludzkich potworów, jednostek nadzwyczajnych w swoim okrucieństwie. Z kolei u Williamsa zło tkwi w przeciętnych osobach. Postać Millera, który wybija całe stado, jest równie pospolita, co pozostali myśliwi. W trakcie polowania przyznaje: „Byczków nie rozgryziesz. (…) Ja ich nie rozumiem, nawet nie próbuję i tak chyba jest najlepiej. Z bizonami trzeba tak: nie cackać się, dorwać, ubić, a po wszystkim nie główkować”.
Ale bohaterowie powieści Williamsa, w teorii pracowici i lojalni wobec siebie mężczyźni, wcale nie żyją w lepszym świecie niż postaci zaludniające okrutne fabuły McCarthy’ego. Powieść zawiera krótką, wstrząsającą sugestię: gdy myśliwi na szlaku napotykają grupkę Indian, Miller nie wytrzymuje i tłumaczy: „jedzą sumy i zające. Szkoda kul, by ich wystrzelać.” Kwestią otwartą pozostaje tylko kalkulacja wysiłku i amunicji.
John Williams
…niech żyje mit
„Butcher’s Crossing” to powieść o wyprawie w dzikie ostępy Zachodu, która staje się również historią o kresie całej epoki. Czas pograniczników się kończy, nadchodzą nowe interesy i nowe stosunki. Williams czujnie sięga w zakończeniu po klasyczny topos: kowboje odjadą w siną dal prerii. W Butcher’s Crossing już nic nikogo nie czeka. Stary świat osuwa się w mit.
I właśnie wtedy, już w samym zakończeniu, ten mit – jednak! – zdaje się uwodzić również samego autora. Romantyczne nuty westernu nagle wybrzmiewają, gdy w finalnej scenie odmieniony Andrews opuszcza Butcher’s Crossing, sam i bez pieniędzy, a mimo to zadowolony, że zostały mu „twarda gładkość siodła i miękkość brzucha wierzchowca”, „zapach świeżej trawy i zaduch końskiego potu”. Łatwo odnieść wrażenie, że sam John Williams, autor czujny i samoświadomy, sam miał słabość do surowego powabu dawnego świata. Rozumiem te emocje, bo szukam ich, gdy sięgam po powieści takie jak „Butcher’s Crossing”. I czytam je z satysfakcją, nawet jeśli czasem pojawia się wkurwienie na autora czy opowiadaną historię.
John Williams, „Butcher's Crossing”
tłumaczenie: Maciej Stroiński
Wydawnictwo Filtry, 2026