Polecane książki 2026
Polecane książki 2026

6 sposobów na dotrwanie do wiosny. Polecamy książki na marzec

( 02.03.2026 )

Od antywesternu Johna Williamsa i nagrodzonej Bookerem powieści Davida Szalaya, przez powrót do klasyka Emily Brontë, po najnowszą książkę noblistki Annie Ernaux, historię emigranckiej codzienności Ayşegül Savaş i hipnotyczny „Solenoid” Mircei Cărtărescu.

John Williams, „Butcher's Crossing”, przeł. Maciej Stroiński, Wydawnictwo Filtry

Potrafił napisać western na miarę Cormaca McCarthy’ego i powieść campusową, w której zakochali się Ian McEwan i Julian Barnes. Jego „August”, historyczna powieść epistolarna ukazująca życie cesarza Oktawiana, otrzymała National Book Award ex aequo z legendarną „Chimerą” Johna Bartha – była to pierwsza edycja nagrody, w której równolegle wyróżniono dwie książki. Znakomity wykładowca, po służbie wojskowej skończył studia filologiczne i uczył pisania na Uniwersytecie w Denver. Choć wydał zaledwie cztery powieści, każda z nich zdobyła uznanie krytyków. „Butcher’s Crossing” z 1960 roku jest nazywana pierwszym antywesternem. To opowieść o absolwencie Harvardu, który pod wpływem twórczości Ralpha Waldo Emersona, amerykańskiego poety natury, wyrusza na Dziki Zachód. Tam bierze udział w masowych polowaniach na bizony, których futra i skóry są warte krocie – lata 1870–1880 to okres kulminacyjny wielkiej rzezi bizonów. Williams ukazuje ten moment w historii Stanów Zjednoczonych z perspektywy wykształconego, lecz naiwnego bohatera, którego ucieczka od cywilizacji kończy się nierówną walką o przetrwanie. 

okładka

David Szalay, „Flesh”, Wydawnictwo Pauza

Po polsku ukazały się już dwie książki Davida Szalaya – „Turbulencje” i „Czym jest człowiek”. Niedługo nakładem Pauzy pojawi się również „Flesh”, laureatka Bookera z 2025 roku. To opowieść o węgierskim emigrancie, który po odsiadce w poprawczaku trafia do wojska, a potem wyjeżdża do Wielkiej Brytanii – w komunistycznym Budapeszcie trudno o pracę. Bohater prawdopodobnie jest w spektrum, a jego małomówność i dystans wobec innych postaci sprawiają, że lektura „Flesh” jest trudna, momentami niewygodna – dialogi w książce składają się przede wszystkim ze słowa „okay”, a Szalay opisuje doświadczenia Istvàna krótkimi, rwanymi zdaniami, które oddają pozorną obojętność bohatera. Najbardziej zaskakuje chyba to, że István w ogóle się nie zmienia – tak samo komunikuje się z najbliższymi w wieku piętnastu i czterdziestu lat, jakby dojrzewało tylko jego ciało. Czasem pojawia się jednak wrażenie, że niektóre jego antypatyczne cechy są właściwie cechami narratora, i że to on na swój sposób ucisza bohatera, nie wyjaśnia motywacji niektórych jego decyzji, albo sprawia, że István wydaje nam się przesadnie nieprzyjemny. To napięcie między narratorem i jego postacią, a także wstręt i empatia, które budzi w nas dwuznaczny bohater, świadczą o literackim talencie Szalaya.

okładka

Emily Brontë, „Wichrowe Wzgórza”, przeł. Jerzy Łoziński, Wydawnictwo Zysk i S-ka

Jedna z najwybitniejszych powieści wszech czasów. Przerażająca, okrutna i… zupełnie pozbawiona scen erotycznych. Brytyjska reżyserka Emerald Fennell uznała jednak, że na podstawie tego materiału da się nakręcić najseksowniejszy film roku. Na razie z tych przychylniejszych recenzji wynika, że film jest hołdem na cześć urody Elordiego, a cała reszta recenzentów skupia się na rozbitych jajkach w łóżku bohaterki, bo niewiele więcej da się z tego filmu wyciągnąć. Pomijając to, czy tragiczna relacja Catherine i Heatchcliffa powinna zostać skonsumowana na ekranie, i czy Heathcliffa powinien grać aktor o nieco ciemniejszej karnacji, warto wrócić do powieści o dwóch skłóconych rodach, żeby przypomnieć sobie, dlaczego losy bohaterów wywołały takie oburzenie wśród ówczesnych czytelników.

*Reklama

Gdy „Wichrowe Wzgórza” ukazały się w 1847 roku, nikt nie wiedział, kim są siostry Brontë. Przez jakiś czas myślano, że ich pseudonimami literackimi posługuje się tak naprawdę jedna osoba, i że „Wichrowe Wzgórza” oraz popularne wówczas „Dziwne losy Jane Eyre” Charlotte Brontë wyszły spod tego samego pióra. Tymczasem temperament i styl literacki Emily znacznie ją odróżniały od reszty rodzeństwa. Nazywana przez Charlotte i Anne „Majorem”, ceniła sobie samotność, dyscyplinę i anonimowość znacznie bardziej niż one, a jej fascynacja surowym krajowbrazem angielskich wrzosowisk stała się inspiracją dla gotyckich wątków w „Wichrowych Wzgórzach”. Choć Emily zmarła zaledwie rok po ukazaniu się powieści, ta jedna książka wystarczyła, by autorka weszła do kanonu literatury angielskiej.

okładka

Annie Ernaux, „Powroty”,  przeł. Anastazja Dwulit, Wydawnictwo Czarne

Odkąd Annie Ernaux otrzymała Nobla w 2022, w Polsce mniej więcej co roku pojawia się kolejny przekład Francuzki. Ukazały się już: „Lata”, „Bliscy”, „Ciała” i „Życie zewnętrzne” (Wydawnictwo Czarne). O najnowszych „Powrotach” można by powiedzieć: znów dostajemy wariacje na ten sam temat. Ten sam styl, ta sama bohaterka, to samo życie w robotniczym miasteczku w Normandii i to samo skupienie na kwestiach społecznych. Każda książka jest jednak osobnym elementem układanki – dzieciństwo, dorastanie i inicjacja seksualna, trudne relacje z ojcem czy matką, miejskie życie i podsłuchiwanie ludzi w metrze. Razem tworzą spójną autobiografię pisarki i – co ważniejsze – analizę klasowości i rodzinnych traum. I choć książki Ernaux są do siebie podobne, każda na nowo zmusza do spojrzenia na własne relacje, pragnienia i wstyd. W „Powrotach” kluczowy jest właśnie wstyd. Pierwsze zdanie brzmi: „Ojciec chciał zabić matkę pewnej czerwcowej niedzieli wczesnym popołudniem”. Jest rok 1952, Ernaux ma 12 lat. Od tej chwili dzieli życie na „przed” i „po”. Jedna scena z domu rodzinnego uruchamia świadomość klasową i poczucie niższości. To doświadczenie sprawia, że przez wiele lat Ernaux nie używa nazwy rodzinnego miasta – zapisuje ją tylko inicjałem albo nie podaje jej  wcale. Szczegółowe odtwarzanie tamtego niedzielnego popołudnia w rodzinnym domu nie służy jednak epatowaniu traumą, jest próbą zrozumienia siebie przez pryzmat rodzinnej przemocy. W tomie znajdziemy zapis powrotu autorki do Yvetot po latach, spotkania z lokalną społecznością oraz fragmenty dzienników i listów do przyjaciółki z lat 60. 

okładka

Ayşegül Savaş, „Antropolodzy”, przeł. Agnieszka Walulik, Wydawnictwo Filtry

Pierwsze skojarzenie z „Antropologami” Ayşegül Savaş? Powieść „Do perfekcji” Vincenza Latronico. W obu książkach w centrum wydarzeń jest bowiem młoda para emigrantów: dobrze wykształcona, z niezłą pracą, żyjąca w zachodnioeuropejskim mieście. To wygładzony świat bez dramatów. U Latronico jednak bohaterowie żyją w ciągłym poczuciu, że ich prawdziwe życie jest gdzie indziej: nawet jeśli zostają w Berlinie, stale towarzyszy im wrażenie, że gdzieś indziej byłoby lepiej, ciekawiej, bardziej autentycznie. W „Antropologach” dzieje się coś odwrotnego. Asya i Manu nie planują kolejnego wyjazdu ani radykalnej zmiany – zamiast szukać lepszego miejsca, próbują zakorzenić się tam, gdzie już są. Ich codzienność składa się z powtarzalnych czynności, małych decyzji i rytuałów, które mają nadać sens życiu w obcym mieście.

Dziękujemy!
3.0
( Literatura ) ( Recenzja ) ( Wojciech Engelking )

0.0 „James” Percivala Everetta nie jest powieścią dobrą, jest powieścią słuszną

Kluczowe są ich próby stabilizacji. Bohaterowie oglądają mieszkania, rozmawiają o przyszłości, spotykają się z tymi samymi ludźmi i budują własne zwyczaje, mimo że żadne z nich nie mówi do drugiego w ojczystym języku. Są daleko od rodzin, kontakt utrzymują głównie przez wideorozmowy, a ich relacja rozwija się poza normami kulturowymi, do których są przyzwyczajeni. Savaş opisuje dorosłość jako proces powolnego układania życia z drobnych elementów: rutyn, rozmów i wyobrażeń o tym, kim można się stać. Tytuł nie jest przypadkowy — bohaterka działa jak antropolożka, która w obsesyjny sposób analizuje siebie, partnera i najbliższe otoczenie.

okładka

Mircea Cărtărescu, „Solenoid”, przeł. Joanna Kornaś-Warwas, Wydanictwo ArtRage

Cărtărescu porównał proces pisania do wyścigów konnych: jego zdaniem autor, lekki jak piórko dżokej, powinień unosić się nad swoim dziełem, by nie krępować ruchów galopującego zwierzęcia. „Każdej z moich książek dałem wolność, by rozwijała się, którędy tylko chce”, mówi w wywiadzie. Z braku lepszych odniesień porównywany do Kafki czy Borgesa, stworzył siedmiusetstronicową opowieść na granicy absurdu. To zapis myśli nauczyciela szkoły podstawowej, który mieszka w dziwacznym domu w kształcie parowca, wybudowanym na tytułowym elektromagnesie. Dom kupił od wybitnego fizyka i wynalazcy, twórcy solenoidu. Mało tego, dom ma wieżę, w której znajduje się miedzy innymi fotel dentystyczny. To autofikcja à rebours, bo narrator jest niedoszłym pisarzem, który ponosi porażki tam, gdzie Cărtărescu odniósł sukces. Streszczanie fabuły tej książki nie ma sensu, bo większość wydarzeń rozgrywa się w wyobraźni narratora, dość powiedzieć, że to jeden z najbardziej udanych opisów patologii systemu szkolnego w komunistycznym państwie: „Każdy uczeń z 86 musi mieć pod półprzezroczystą kopułą swojej małej czaszki krajobraz tak zrujnowany jak otaczający go świat, jak sama szkoła, stara fabryka, warsztat Automecanica i Fabryka Rur Spawanych”, mówi narrator, i dodaje: „to, co zostało powiedziane i napisane przez wieki, dociera do niego jako gruz, pokruszone cegły, krzywe i zardzewiałe rury, szalunki, z których pozostały jedynie drzazgi wieży Babel w ruinie”. Z tych samych gruzów, cegieł i szalunków Cărtărescu buduje świat swojej dziwacznej powieści.

Dziękujemy!

( Mintowe Ciasteczka )

Nasza strona korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Jeżeli chcesz dowiedzieć się jak to działa, zapraszamy na stronę Polityka Prywatności.