Sosy i buliony zamiast krwi. „Kulinarna walka klas”

( 11.03.2026 )

Kulinarne reality show często opierają się na taniej sensacyjności, sprowadzającej się do upokarzania osób biorących w nich udział. Casus Magdy Gessler, która z właściwą sobie emfazą obrzuca przypadkowych kucharzy epitetami, jakby od niechcenia panierowała przeciętnej jakości kotlet, albo Gordona Ramsaya, który operuje krzykiem i przekleństwami. W koreańskim formacie na szczęście tego nie zobaczymy.

Kulinarne reality show to z pozoru prosta sprawa. Albo mają zaspokajać naszą potrzebę igrzysk, przedstawiając gotowanie jako sport wyczynowy, albo działać na wyobraźnię – oferując estetycznie dopracowane widowisko smaku. Te pierwsze opierają się zwykle na dramaturgii rywalizacji i narracji poświęcenia; drugie – zanurzone w foodpornowych zbliżeniach i spowolnionych ujęciach – projektowane są tak, by wywołać efekt cieknącej ślinki. To osobliwa forma komfortu i rozrywki jednocześnie, pośrednio karmiąca zmysł, który najmocniej łączy się dziś zarówno z aspiracjami klasowymi, jak i hedonistyczną przyjemnością: smak. Paradoks polega na tym, że owo „nasycenie” realizuje się wyłącznie poprzez wizualny spektakl, jakiego bardzo współcześnie potrzebujemy.

A teraz wyobraźmy sobie program, który bierze dobrze znaną formułę „MasterChefa” i osadza ją w świecie, którym rządzą reguły tak samo bezlitosne jak w „Squid Game”. W kulinarnej grze o „być albo nie być” stają naprzeciw siebie mistrzowie pokroju śniącego o sushi Jiro, czcigodna mniszka promująca kuchnię świątynną, szefowie restauracji z gwiazdkami Michelin, kucharz prezydenta, a obok nich twój ulubiony jedzeniowy trendsetter, który zrobił karierę na Instagramie. Jeśli „Kulinarna walka klas” nie znalazła się jeszcze na twojej liście rzeczy do nadrobienia, jest duża szansa, że wkrótce się to zmieni. To nie tylko telewizyjny hit, którym żyje dziś koreańskie społeczeństwo, ale też format o potencjale globalnej franczyzy – i zarazem jeden z najbardziej przenikliwych popkulturowych komentarzy na temat współczesnej kuchni, pracy i klasowych napięć.

Dziękujemy!

„Kulinarna walka klas”, mat. prasowe Netflix

Zasady gry

Zasady gry są dość proste. Setka kucharzy staje do rywalizacji podzielonej na dwa klasowe porządki: białe i czarne łyżki. Ich zmagania ocenia dwoje jurorów. Białych łyżek jest dwadzieścia – to kucharze z wieloletnim stażem, uznani w świecie kulinarnym, właściciele restauracji z gwiazdkami Michelin, postacie o niekwestionowanym autorytecie. Ich poznajemy z imienia i nazwiska. Czarne łyżki to początkowo osiemdziesiąt osób: kucharze aspirujący, wschodzące nazwiska koreańskiej gastronomii, często obecni w social mediach. Znamy tylko ich pseudonimy.

Z tej osiemdziesiątki czarnych łyżek bardzo szybko zostaje dwadzieścia. W pierwszej rundzie – zarówno w sezonie pierwszym, jak i drugim – każdy uczestnik prezentuje danie, które ma oddawać jego osobowość. To kulinarne résumé w skondensowanej formie: jeden talerz, jedna opowieść, jedna szansa. Dobrze skrojone danie popisowe staje się przepustką do kolejnego etapu, gdzie czarne łyżki mierzą się już bezpośrednio z białymi, w tytułowej walce klas, aż do finalnej rundy. Tam zostaną dwie osoby. Tempo eliminacji przypomina to z  „Gry o tron” – nie warto zbyt szybko przywiązywać się do ulubionych postaci, bo odpadają wtedy, gdy zdążymy się z nimi oswoić. Okrutne, ale skuteczne – nic nie buduje dramaturgii lepiej.

*Reklama

Sama formuła nie jest w Korei Południowej nowością – „Kulinarna walka klas” wpisuje się w nurt hyper-shows, zapoczątkowany przez „Physical: 100”, widowisko o rywalizacji wydolnościowej stu uczestników. Tutaj chodzi o gotowanie, a stawką jest 300 milionów koreańskich wonów (około 735 tysięcy złotych). Pieniądze szybko okazują się jednak sprawą drugorzędną; znacznie ważniejsza jest możliwość symbolicznego awansu: wejścia do kulinarnej elity, publicznego potwierdzenia własnego talentu, a czasem także obrony zawodowego honoru.

Uczestnicy reprezentują odmienne szkoły, porządki i tradycje – od fine diningu po kuchnię użytkową, od nowoczesnych interpretacji po praktyki głęboko zakorzenione w historii. W swoich dążeniach koncentrują się przede wszystkim na jednym: rzetelnym pokazaniu rzemiosła. Dla jednych to kwestia szansy lub ambicji i ego, dla innych – zwłaszcza wśród białych łyżek – próba przypomnienia tradycji kuchennych wypchniętych poza współczesny mainstream, jak kuchnia dworska czy świątynna.

W tym właśnie tkwi siła programu. W jednym turnieju spotykają się tuzy kuchni koreańskiej czy chińskiej, zajmujące się gotowaniem dłużej, niż niektóre z czarnych łyżek żyją – a obok nich skromni rzemieślnicy, trendujący obecnie eksperymentatorzy czy wyznawcy ulicznej kuchni z lokalnego nocnego marketu. To jednak nie jest prosty pojedynek młodości z doświadczeniem, finezji z pragmatyzmem. Obok narracji o gwiazdkach Michelin wybrzmiewają historie o obsesyjnej pracy z jednym składnikiem, o sprycie, trudach prowadzenia lokalnego biznesu i kulinarnej inwencji, które są takim samym dowodem talentu, jak techniczna perfekcja. Wszystkich łączy pasja – rodzaj totalnej zajawki, która wypełnia ekran za każdym razem, gdy mówią o gotowaniu, jakby od tego rzeczywiście zależało ich życie.

Dziękujemy!

„Kulinarna walka klas”, mat. prasowe Netflix

Parasites

Bo na swój sposób zależy. Istotnym elementem „Kulinarnej walki klas” jest podział klasowy – białe łyżki to klasa wysoka, czarne to klasa niska. Klasowość nie jest tu jedynie wygodnym chwytem dramaturgicznym, który sprawdza się na koreańskim gruncie. Jest osią całej narracji i warunkiem jej powodzenia. Dotyczy zarówno samych kucharzy, jak i jedzenia, które staje się tu formą kapitału – kulturowego, symbolicznego i ekonomicznego zarazem. Fine dining to znak prestiżu i społecznego awansu. Smak luksusu. Domowe i uliczne wariacje narodowych potraw reprezentują z kolei wiedzę przekazywaną poza instytucjami, osadzoną w codzienności, pracy i pamięci, to wariacja na temat „smaku konieczności” – tak jak pisał o tym socjolog Pierre Bourdieu, gdy pisał o relacjach między smakiem i władzą.

W koreańskim kontekście to napięcie ma szczególne znaczenie. Jedzenie od dawna stanowi tam przestrzeń negocjowania klasowych aspiracji, a Seul – jako hipernowoczesna metropolia obciążona historią ogromnych nierówności społecznych – jest areną, na której te aspiracje przybierają formę gastronomicznego wyścigu. „Kulinarna walka klas” teatralizuje ten proces. W jednej konkurencji fine dining przegrywa z daniem stołówkowym; uliczna intuicja i domowy smak nostalgii potrafią okazać się skuteczniejsze niż perfekcyjna technika. Serial nie znosi hierarchii, ale pokazuje, że da się ją destabilizować poprzez smak.

Ten format silnie rezonuje z koreańską tradycją opowiadania o nierównościach. „Parasite” Bong Joon-ho ujmował klasowość w ramy mrocznego thrillera rodzinnego; „Squid Game” przekształcał ją w brutalną alegorię kapitalistycznej selekcji. Wcześniej podobne tematy eksplorowali Kim Ki-young, Park Kwang-su czy Lee Chang-dong – twórcy, którzy społeczne rozwarstwienie opisywali z perspektywy obsesji i frustracji jednostek uwięzionych w ciasnych społecznych rolach. Nad tymi narracjami unosił się zawsze han (한) – resentyment, żal i poczucie historycznej niesprawiedliwości.

„Kulinarna walka klas” ukazuje podobne emocje, ale operuje innym językiem. Zamiast przemocy – rywalizacja. Zamiast śmierci – eliminacja. Zamiast krwi i poranionych ciał – sosy, buliony, fermenty i perfekcyjnie wypieczone mięsa. Niemal obsesyjny stosunek uczestników do gotowania sprawia, że show balansuje na granicy szaleństwa i frenetyzmu. Jedna z rund nazywa się nawet „Piekłem gotowania”.

Dziękujemy!

„Kulinarna walka klas”, mat. prasowe Netflix

Storytelling – przez żołądek do serca

W czasach, w których wszystko musi być okraszone storytellingiem, to samo dotyczy kulinarnego show. Gdy w pojedynku jeden na jeden uczniowie pokonują swoich mistrzów, gdy oglądamy starcia „bogów” i „bogiń” kuchni chińskiej, albo ekspertów od japońskiego omakase, którzy posługują się nożami z kliniczną precyzją – całość zaczyna przypominać epicką narrację rodem z anime. Oczywiście wszystkiemu przyświeca iście filmowy montaż czy muzyka w stylu Hansa Zimmera – nic więc dziwnego, że w fanowskiej recepcji „Kulinarna walka klas” jest ukazywana jako odpowiednik animowanej serii „Food Wars” albo nawet kultowego „The God of Cookery” Stephena Chowa.

*Reklama

Sami uczestnicy też opowiadają fascynujące historie o sobie, zwłaszcza po stronie czarnych łyżek: poznajemy mistrzynię omakase o aurze koreańskiej cioci, samouka uczącego się gotowania z komiksów, wiedźmę z wokiem, fine-diningowych perfekcjonistów bez własnych restauracji, genialną destylatorkę, której ręce drżą z nerwów, albo wyznawców kuchni regionalnych. Do studia kucharze przychodzą z własnym sprzętem: grillami, nożami, maszynkami do makaronu, a nawet aparaturą do destylacji soju. Pokazują kuchnię nie tylko jako miejsce pracy, ale też sposób na terapię lub tworzenie sztuki – strategię przetrwania. Pojawia się przeciwwaga dla michelinowskiej ortodoksji, bo czarne łyżki wchodzą do programu z mieszanką aspiracji i autentycznego podziwu wobec tych, z którymi przyjdzie im rywalizować. Wiedzą, że są na początku drogi, ale są gotowe zrobić wszystko, by się pokazać. Dla wielu z nich to realny sposób na zrobienie kariery – świadomość tę mają zwłaszcza uczestnicy drugiego sezonu, obserwujący, do jakiego stopnia udział w pierwszej serii przełożył się na zawodowe losy ich poprzedników.

My mamy swoje „przez żołądek do serca”, a w Korei funkcjonuje koncept son-mat (손맛) – to jedno z tych pojęć, których nie da się w pełni przetłumaczyć, bo mieści w sobie wiele znaczeń o zabarwieniu i technicznym, i emocjonalnym. Dosłownie oznacza „smak ręki”, ale w praktyce odnosi się do intuicyjnego, cielesnego wymiaru gotowania: tego, jak kucharz dotyka składników, wyczuwa temperaturę, konsystencję, moment. Son-mat nie wynika z receptury ani gramatury – rodzi się z doświadczenia. To smak, który już istnieje w świadomości jego twórcy, zanim jeszcze zostanie nazwany; różnica między daniem poprawnym a takim, które smakuje jak czyjś dom, czyjaś historia. W koreańskiej kulturze kulinarnej son-mat jest znakiem autentyczności i mistrzostwa, czymś, czego nie da się podrobić ani przyspieszyć – można je tylko wypracować.

To coś, co odróżnia wybitnych kucharzy serialu od reszty, wybitne dania od przypadkowych. Bo rozpalić koreańską klientelę, to dać przede wszystkim historię, która stoi za niepowtarzalnym smakiem. Prostota wegańskiej kuchni czcigodnej Sunjae; crosskulturowa fuzja Edwarda Lee (absolutnie uwielbianego przez fanów); Maniak i jego pomysły, w których czuć miłość do gotowania; duszenie jako nieoczywista umiejętność u Choi Kong-roka; pewność siebie Kuchennego Potwora, która jest źródłem rewolucyjnych pomysłów; precyzja Triple Star; smak domu Destylatorki Yun – ich doświadczenie i podejście do gotowania to jak masterclass z kulinarnej wiedzy, który przychodzi w każdym z odcinków.

Dziękujemy!

„Kulinarna walka klas”, mat. prasowe Netflix

Szacunek warunkiem sukcesu

Zawsze powtarzam, że gdybym nie pisał o filmach, najpewniej pracowałbym w kuchni. Z perspektywy kogoś, kogo gotowanie fascynuje, „Kulinarna walka klas” budzi mój szacunek przede wszystkim ze względu na to, jak traktowani są tam uczestnicy. Kulinarne reality show często opierają się na taniej sensacyjności, sprowadzającej się do upokarzania osób biorących w nich udział. Casus Magdy Gessler, która z właściwą sobie emfazą obrzuca przypadkowych kucharzy epitetami, jakby od niechcenia panierowała przeciętnej jakości kotlet, albo Gordona Ramsaya, który operuje krzykiem i przekleństwami. W koreańskim formacie na szczęście tego nie zobaczymy. Jednym z fundamentów programu jest szacunek wobec wszystkich startujących w turnieju oraz traktowanie ich z klasą – bez protekcjonalności i szydery.

Dziękujemy!
( Sztuka ) ( Rozmowa )

Kobiecość nie jest czymś naturalnym i instynktownym. Rozmowa z Anką Wandzel, autorką „Sztuki przetrwania”

Strażnikami tego podejścia są jurorzy: Paik Jong-won i Ahn Sung-jae. Paik to figura-instytucja – najbardziej rozpoznawalna postać koreańskiej telewizji kulinarnej, restaurator, biznesmen, właściciel rozległego imperium gastronomicznego i popularyzator kuchni regionalnej. Ma w sobie coś z naszego Makłowicza: rubaszną nonszalancję, ale i ciepło, naturalną ciekawość i rzecz jasna miłość do jedzenia. Ahn Sung-jae jest jego przeciwieństwem. Jako jedyny koreański szef kuchni uhonorowany trzema gwiazdkami Michelin, uchodzi za najbardziej wpływowego kucharza w kraju. Precyzyjny, przenikliwy, bezkompromisowy. Oceniając kandydatów, stawia na technikę i prostotę. Warunkiem jego udziału w programie był absolutny brak przyzwolenia na szyderstwo wobec uczestniczących.

Ahn szybko stał się jedną z twarzy „Kulinarnej walki klas”, a postawiony przez niego warunek – zasadą rządzącą całym programem. To rzeczywiście inspirujące, gdy kucharze o znacznie większym doświadczeniu podchodzą do młodszych kolegów i koleżanek z wyrozumiałością i autentycznym respektem. W efekcie, mimo ekstremalnej i intensywnej formuły, osią programu pozostają wiedza i rzemiosło. Takiego podejścia brakuje w zachodnich produkcjach kulinarnych: ekspertów, którzy nie muszą chować się za maską błazenady, popisywania się i publicznego upokarzania. Bo gdy na twarzy tego chłodnego w ocenie jurora pojawia się uśmiech, wiadomo, że danie naprawdę trafiło w punkt. Dodam, że w poprzednim życiu Ahn służył w amerykańskiej armii stacjonującej w Iraku – lepiej go nie drażnić nieudanymi smakami.

Dziękujemy!

„Kulinarna walka klas”, mat. prasowe Netflix

Gastrokapitalizm

Jedzenie w koreańskim społeczeństwie zajmuje pozycję szczególną. Nie jest jedynie wypełniaczem dnia ani pretekstem do odpoczynku, lecz podstawą relacji międzyludzkich, wpisaną w rytuał codzienności. Zamiast pytania „Co u ciebie?” częściej usłyszymy: „Jadłeś już?” (밥 먹었어? bap meogeosseo?), bo pominięcie posiłku bywa sygnałem, że coś jest nie tak. Jednym z symptomów coraz silniejszej relacji między jedzeniem a awansem społecznym jest rosnąca liczba lokali z długimi listami oczekiwania w Seulu i nie tylko – w wielu przypadkach, by zjeść kolację w tym mieście, trzeba zapisać się na waitlistę z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem.

Sukces Kulinarnej walki klas wyraźnie wpłynął na ten mechanizm. Wiele restauracji prowadzonych przez uczestników programu przeżyło gwałtowny rozkwit. Średni wzrost zainteresowania tymi miejscami wyniósł około 148 procent w porównaniu z okresem sprzed pierwszego sezonu, a liczba ich wyszukiwań wzrosła nawet o kilka tysięcy procent. Efekt Netflixa okazał się tu nie tylko medialny, lecz przede wszystkim ekonomiczny – realnie wpływający na gusta, wybory i trendy konsumenckie. Najwięcej zyskały m.in. japońska restauracja Neo białej łyżki Choi Kang-roka (uczestnika obu sezonów), chińska Doryang prowadzona przez Kucharza Samouka, nowoczesne bistro czarnej łyżki Triple Star, bar Deepin Maniaka czy włoska Via Toledo Napoli Matfii. Ta ostatnia po finale pierwszego sezonu wygenerowała tak ogromny ruch, że system rezerwacyjny CatchTable zawiesił się na około dwadzieścia minut.

Co istotne, nie był to wyłącznie chwilowy hype. Wzrosty popularności utrzymują się długo po zakończeniu emisji. „Kulinarna walka klas” powoduje więc realne zmiany w krajobrazie gastronomicznym i, co szczególnie ważne, pomaga osiągnąć sukces kucharzom spoza ścisłej elity. Ten sukces doczekał się także swojego kapitalistycznego rozwinięcia. Najgłośniejsze dania z programu zostały przeniesione do formatu instant i trafiły do sieci convenience stores. Za kilkanaście złotych można spróbować uproszczonych, „kieszonkowych” wersji potraw fine-diningowych, opatrzonych wizerunkami uczestników „Kulinarnej walki klas”. Strategia była jasna: obietnica doświadczenia wyrafinowanej kuchni, ale w wersji demokratycznej. Kilka z tych produktów zdążyłem sprawdzić; trudno mówić o kulinarnym olśnieniu, to raczej ciekawostka i rozwiązanie na czarną godzinę.

Wizerunku najbardziej medialnych uczestników również zostały przemielone przez popkulturową maszynkę. To, co wydarzyło się w social mediach po sukcesie programu, spokojnie zasługuje na osobny tekst: memy, wizualizacje generowane przez AI, próby odtworzenia konkretnych potraw, a nawet współprace z przemysłem k-popowym – w tym występy, w których zwycięzca pierwszego sezonu gotuje w rytm muzyki, otoczony girlsbandem. Fandom „Kulinarnej walki klas” nie osiągnął jeszcze skali znanej z k-popu czy k-dram, ale mechanizmy są znajome. W Korei to właśnie fandom decyduje o sile kulturowego zjawiska – i ten program bardzo szybko nauczył się, jak z tej energii korzystać.

Są też oczywiście mroczne strony tego zjawiska. Sukces kulinarnej serii przyczynia się do fake newsów i absurdalnych teorii spiskowych. Niektórzy handlują fałszywymi wejściówkami do restauracji, rozpuszczają plotki o zamknięciu jakiejś knajpy albo wymyślają nowe biografie uczestników czy jurorów. Moją ulubioną plotką jest ta o jurorze Anh Sung-jae, któremu zarzucono, że tak naprawdę jest Chińczykiem i wszedł w konszachty z chińskimi komunistami, bo w obu sezonach lepiej oceniał dania z kuchni chińskiej.

Program ewidentnie jest na fali, czego potwierdzeniem jest choćby i tania chińska przeróbka serii (Yi Fan Feng Sheng – „One Meal to Become God”), w której skopiowano niemalże wszystko – od formatu po dramaturgię, jakby ktoś wrzucił scenariusz do translatora i wypluł w wariacji chińskiej. Jeśli szukacie rzetelnej kontynuacji formuły „Kulinarnej walki klas”, to koreańska stacja MBN wypuszcza od początku lutego podobną serię, „Bake Your Dream”, tym razem poświęconą sztuce deserów, gdzie ponad 70 uczestników, podzielonych na białe i czarne fartuchy, będzie prowadziło pojedynki na słodkości. Show musi przecież trwać.

Dziękujemy!

„Kulinarna walka klas”, mat. prasowe Netflix

( Mintowe Ciasteczka )

Nasza strona korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Jeżeli chcesz dowiedzieć się jak to działa, zapraszamy na stronę Polityka Prywatności.