8 najlepszych seriali 2025 roku
( 23.12.2025 )
2025 rok niemalże za nami. Żyjemy w świecie, w którym seriali jak mrówków. Wszędzie są, nowe wychodzą co chwila.
Potem są kasowane i nagle ich nie ma. Czekasz trzy lata, zapominasz, co się wydarzyło, musisz obejrzeć serial od nowa, ale ci się nie chce, więc odpuszczasz. Poniżej osiem seriali 2025 roku, których może nie odpuścicie.
„Taskmaster”
Sześć lat. Właśnie tyle czasu powtarzam wszystkim moim znajomym, żeby zaczęli oglądać „Taskmastera”. Udało mi się przekonać moją byłą dziewczynę, ale może właśnie przymuszanie jej do oglądania tego programu zaważyło na powolnym rozpadzie naszego związku. „Taskmaster” to prosty program, w którym komicy mają do wykonania z pozoru błahe i łatwe zadania. Ale ta prostota wyciąga z nich potrzebę kreatywności i myślenia „outside of the box”. I to powoduje, że wychodzi z nich to co najlepsze, czyli poczucie humoru. W 2025 roku na YouTube (bo program jest pokazywany w brytyjskiej telewizji, ale tego samego dnia całe epizody pojawiają się online) trafiły dwa nowe sezony. W pierwszym z nich (19-tym już sezonie w historii) pojawił się amerykański komik Jason Mantzoukas, który dodał serii potrzebnej odrobiny szaleństwa. Pozytyw jednak jest taki, że jeśli dotąd nie oglądaliście tego prog ramu macie przed sobą 20 idealnych, śmiesznych, zabawnych, uroczych serii wypełnionych najlepszymi brytyjskimi komikami. A potem wiecie co? Potem macie do obejrzenie świetne sezony robione w Australii i Nowej Zelandii. A jeśli nadal będzie wam mało możecie też oglądać wersje z Finlandii, Nowej Zelandii i Portugalii.
„Taskmaster”, sezon 20., mat. prasowe Avalon
„Krzesła”
Przyznam szczerze, że nie spodziewałem się, że Tim Robinson stanie się mainstreamową gwiazdą, gdy osiem lat temu oglądałem „Detroiters”. Jednak od tego czasu chłop zdołał stworzyć hitowy „The You Should Leave”, następnie nakręcił pełnometrażowe „Friendship”, a teraz stworzył serial dla HBO, który z miejsca stał się jednym z najpopularniejszych seriali komediowych w historii HBO. Serial The Chair Company opowiada o Williamie Ronaldzie Trosperze, granym przez Robinsona – mężczyźnie, który po kompromitującej wpadce w pracy zaczyna tropić zaskakująco rozległy spisek. Wszystko zaczyna się od pozornie błahej sytuacji: podczas kluczowej prezentacji biznesowej pęka pod nim krzesło. Trosper, zatrudniony w biurze architektonicznym Fisher Robay projektującym centra handlowe, postanawia samodzielnie dotrzeć do producenta feralnego mebla, firmy Tecca Chairs. To śledztwo szybko prowadzi go w coraz dziwniejsze rejony. Jest irracjonalnie, dziwacznie i genialnie.
„Krzesła”, mat. prasowe HBO
„Studio”
„Studio” nie jest aż tak dobrym serialem, jak uważa większość, a na pewno nie jest takim arcydziełem, jak twierdzą głosujący do nagród Emmy. Od lat jest tak, że metakomedie, w których Hollywood śmieje się samo z siebie, są z miejsca uwielbiane przez fanów. Wystarczy wspomnieć „Don’t Trust the Bitch in Apartment 23”, „Episodes”, a nawet seria o Haroldzie i Kumarze. Fani uwielbiają oglądać przerysowane i przerobione postaci, które znają z ekranów. Dla Setha Rogena zresztą nie jest to pierwszyzna, bo w końcu „This Is The End” jest jednym z najśmieszniejszych filmów, jakie zrobił. Osobiście uważam, że „Studio” jest dobrze napisanym i świetnie nakręconym serialem, ale chyba jestem już za stary, aby cieszyć się z produkcji, które całą swoją historię opierają na galopującym stresie bohaterów. Ale koniec końców satyra nie jest aż tak mocna, a słabsze momenty producenci starają się wynagrodzić twarzami znanych aktorów.
„Studio”, mat. prasowe AppleTV
„Pluribus”
Od dłuższego czasu uważam, że Apple TV to najlepszy portal streamingowy na świecie. Jakość produkcji, które zapewnia nam Apple, jest nie z tej ziemi i jeśli miałbym płacić tylko za jedną aplikację, to właśnie za tę. Gdy serial zaczyna się końcem świata, wiadomo, że będzie ciekawie. Vince Gilligan tym razem sięga po wysokokonceptowe sci-fi: sygnał z kosmosu łączy większość ludzkości we wspólny, rzekomo pacyfistyczny umysł. Kilka osób jednak zachowuje indywidualność, w tym nieszczęśliwa pisarka romansów Carol Sturka (Rhea Seehorn), która po śmierci partnerki desperacko próbuje odwrócić „połączenie”, choć nie ma do tego żadnych naukowych kompetencji. „Pluribus” to największy projekt Gilligana. Seehorn tworzy poruszającą rolę, a cały zespół trzyma najwyższy poziom. Jeśli nie załamie im się forma, to będzie jedna z najmocniejszych premier roku.
„Pluribus”, mat. prasowe AppleTV
„Long Story Short”
„BoJack Horseman” to jeden z najlepszych seriali w historii telewizji. I jeśli ktoś się z tym nie zgadza, to nie ma pojęcia o niczym. Przez sześć sezonów „BoJack Horseman” słynął z ostrego kontrastu między szaloną logiką kreskówki a mroczną opowieścią o uzależnieniach. „Long Story Short” balansuje między tymi skrajnościami: to rodzinny serial o codzienności Schwooperów, pełen zarówno lekkości, jak i smutku. Utrzymany w kredkowej, bliskiej mojemu sercu stylistyce, tworzy ciepły, zabawny, ale też wymagający portret żydowskiej rodziny, której doświadczenia są jednocześnie bardzo konkretne i bardzo uniwersalne. Serial mierzy się z dziecięcymi traumami bohaterów, towarzysząc im od okresu nastoletniego po czas rozczarowanej dorosłości.
„Long Story Short”, mat. prasowe Netflix
„The Lowdown”
Twórca „Reservation Dogs”, Sterlin Harjo, przenosi się z historii o rdzennych nastolatkach na wiejskim rezerwacie do miejskiego neo-noir, w którym domniemanym „białym zbawcą” jest Ethan Hawke. „The Lowdown” ponownie wykorzystuje Oklahomę jako lekcję o amerykańskiej arogancji, przemocy i niewykorzystanym potencjale. Serial śledzi Lee Raybona, który bada tajemniczą śmierć członka wpływowej rodziny, wędrując przez bary i nocne knajpy Tulsy. To produkcja pełna wyrazistych postaci i znakomitych ról Hawke’a, Keitha Davida czy Kyle’a MacLachlana. Harjo ukazuje krzywdy wyrządzone czarnym i rdzennym społecznościom, a jednocześnie tworzy bohatera, który wydaje się zarówno mityczny, jak i bardzo ludzki. Serial jest dziwny, porywający i wyjątkowo satysfakcjonujący.
„The Lowdown”, mat. prasowe FX Networks
„Severance”
Jedną z rzeczy, które uwielbiam w Apple TV, są cotygodniowe premiery odcinków. To pozwala na stworzenie wyjątkowego klimatu, gdy wspólnie ze znajomymi (a raczej obcymi ludźmi z internetu) po każdym epizodzie siedzisz i gadasz, i analizujesz to, co zobaczyłeś. Gdy twórca serialu po świetnym debiucie każe czekać trzy lata na kolejny sezon, łatwo o obawy. Tym większe zaskoczenie, że drugi sezon „Severance” okazał się równie mocny. Po cliffhangerze ujawniającym światu los „odseparowanych” pracowników w Lumon właściwie nic się nie zmienia – Mark S. i jego biurowa „rodzina” wracają do surowych stanowisk i własnego śledztwa w sprawie korporacji. Fabuła prowadzi ich przez lodowe pustkowia wokół firmy, odsłania świetne role Britt Lower i Tramella Tillmana, a przede wszystkim stawia nowe pytania o pamięć, miłość i śmierć, pogłębiając opowieść o tym, co naprawdę czyni nas ludźmi.
„Severance”, mat. prasowe AppleTV
„Alien: Earth”
Pamiętacie, jak ogłosili, że „Fargo” stanie się serialem? Wszyscy zakładali, że nie ma możliwości, aby twórcom udało się odtworzyć czar i geniusz filmu. A jakimś cudem to zrobili. Więc jeśli był na świecie ktoś, kto miałby przenieść geniusz „Aliena” do telewizji, to właśnie Noah Hawley, gość od „Fargo”. Pierwszy sezon, momentami bliższy „Blade Runnerowi” niż oryginałowi, pokazuje świat, w którym świadomości nastolatków trafiają do syntetycznych „dorosłych” ciał. Bohaterowie utknęli między odradzającą się grozą przeszłości a bezlitosną przyszłością. Serial pyta o cenę przetrwania i sens istnienia w brutalnie zmieniającym się świecie. W uniwersum „Obcego” zwycięstwo to tylko szansa, aby jeszcze trochę móc pooddychać – o ile to w ogóle możliwe. Może przyszłość uratują dzieci, a może jedyna droga to dostosować się lub zginąć. Ironiczne, że większość filmów o „Obcych” w ostatnich latach była niewypałami, a serial jakimś cudem pokazał nam, że nie musimy się tymi porażkami przejmować.
„Alien: Earth”, mat. prasowe Disney/FX