Łobuz kocha najmocniej. O prozie Denisa Johnsona
( 21.10.2025 )
Twórczość Johnsona, zakorzeniona w osobistych doświadczeniach związanych z uzależnieniem i rozpaczą, zmusza do wejścia w świat, w którym upada się wciąż coraz niżej, powstania są nieliczne i bolesne, a różne formy mniej lub bardziej zinstytucjonalizowanej duchowości są tylko kolejnymi odsłonami przemocy, a nie windą do zbawienia.
Gdy pięć lat temu pisałem o „Syna Jezusa”, czyli drugim podejściu do wprowadzenia Denisa Johnsona na polski rynek wydawniczy, czułem się jak akwizytor reklamujący produkt najwyższej jakości, który jednak został przez konsumenta zweryfikowany i odrzucony. Na szczęście okazało się, że dzięki Karakterowi Johnson dostał drugie życie. Wprowadzany ponownie do polszczyzny z umiarem, w homeopatycznych, a nie końskich dawkach, znalazł swoich czytelników i stał się „wydarzeniem” – co doskonale widać po recepcji jego prozatorskiego debiutu, czyli „Aniołów” w przekładzie Krzysztofa Majera. W dobrym guście było pokazać w social mediach jego książkę nie na tle migdałowej maczy, lecz obok wznowionej w tym samym czasie „Tęczy grawitacji” Thomasa Pynchona, z którą zresztą wielokrotnie zestawiano „Drzewo dymu”, potężną powieść Johnsona z 2007 roku. Jego twórczość jest na fali, którą w najbliższym czasie podtrzyma także wznowienie „Snów o pociągach” i jesienna premiera netlifksowej ekranizacji.
Zmarły w 2017 roku Johnson zapewne nie trafi pod strzechy, ale jego twórczości nie towarzyszy już łatka pisarza hermetycznego i niesprzedawalnego na polskim rynku, może za sprawą utalentowanych pogrobowców takich jak nasz Grzegorz Bogdał. W Wielkiej Brytanii jednym z nich jest krytyk i pisarz Chris Power, który w swoim eseju o pośmiertnej „Szczodrości syreny” opublikowanym w „The New Statesman” podzielił spuściznę pisarza na dwa nurty: krajowy, w ramach którego z wielką empatią opisuje losy samotników, uzależnionych i przestępców przemieszczających się po Ameryce, oraz zagraniczny, zgłębiający mroczny świat zimnej wojny i geopolityki po 11 września. „Anioły”, uznane przez Davida Fostera Wallace’a za jedną z najbardziej niedocenionych amerykańskich powieści wydanych po 1960 roku, z rozmachem inicjują nie tylko prozatorski dorobek Johnsona, ale też jej lokalny nurt: i robią to od razu spektakularnie. Choć Johnson wydał swój debiut stosunkowo późno, bo w wieku 34 lat, mając w dorobku kilka tomów poezji, to i tak powieść sprawia wrażenie tekstu wyjątkowo dopracowanego. „Anioły” to natychmiastowy klasyk, narodziny gwiazdy i cios w splot słoneczny. A także efekt zarzucenia przez autora heroiny, alkoholu i marihuany.
„Anioły” zaczynają się jak sztampowa opowieść miłosna, ale od pierwszego zdania wiemy, że nią nie jest, gdyż żadna powieść Danielle Steel nie mogłaby zacząć się od słów: „Na stacji Greyhounda w Oakland czekali sami niscy”. Ta ironiczna precyzja jest znakiem rozpoznawczym Johnsona. W autobusie pędzącym na wschód przypadkiem spotykają się uciekająca przed przemocowym mężem Jamie z dwiema córkami i łobuz oraz wagabunda Bill Houston. Ich historia zostaje natychmiast naznaczona desperacją i przemocą. Ucieczka przemienia się we włóczęgę, która z kolei staje się źródłem kolejnych nieszczęść. U Johnsona nie zawsze do końca wiadomo, kto ucieka, a kto goni, jednak napięcie rosnące między Jamie i Billem jest jednocześnie osią powieści i doprowadzi bohaterów na manowce. „Anioły” to egzystencjalna wyprawa do jądra ciemności znajdującego się znacznie bliżej, niż nam się wydaje: wewnątrz siedzącego naprzeciwko pasażera. Pisarz nasyca historię przemocą nie dlatego, że chce uczynić z niej zwyczajny element fabuły lub przeczołgać swoich bohaterów i czytelników przez piekło. Konfrontuje nas z przemocą jako doznaniem totalnym, pochodzącym z najgłębszych ludzkich wątpi, a jednocześnie oburzająco powszechnym. Podobnie jak dla jego mistrza Raymonda Carvera, przemoc jest wszechobecnym elementem życia tych, którzy nie załapali się amerykański sen: wiecznych gości podmiejskich moteli, roztrzęsionych narkomanów oraz pomniejszych ancymonów z prowincji żyjących z krętactw i rozbojów.
Twórczość Johnsona, zakorzeniona w osobistych doświadczeniach związanych z uzależnieniem i rozpaczą, zmusza do wejścia w świat, w którym upada się wciąż coraz niżej, powstania są nieliczne i bolesne, a różne formy mniej lub bardziej zinstytucjonalizowanej duchowości są tylko kolejnymi odsłonami przemocy, a nie windą do zbawienia. Jego książki, począwszy od „Aniołów” właśnie, otwierają przestrzeń dla rozważań nad nieustanną walką o pokonanie traumy: pobocznym, ale niezwykle intensywnym wątkiem jest w tej powieści motyw córek Jamie, dorastających w warunkach, które doprowadziłyby do załamania każdego pracownika opieki społecznej. Obserwujemy przekazywanie psychicznych ran dalej, niczym rodzinnych precjozów. Na swój sposób opowieści Johnsona zdają się rozwijać myśl Susan Sontag, że nikt nie może jednocześnie bić drugiego człowieka i myśleć: pisarz zmusza swoich bohaterów do refleksji nad czynionym złem.
Denis Johnson, Wydawnictwo Karakter
„Miłość i przemoc – nie po to, by jedno zwyciężyło nad drugim, lecz by nauczyć się żyć z obydwoma. Tego się nauczyłem. Każde ciągnie mnie w inną stronę. A gdy rozluźniam swój opór, nie rozrywają mnie na dwoje, lecz unoszą ku górze”. To fragment późniejszej powieści „Already Dead” (znanej u nas jako „Zagubione wybrzeże”, co miejmy nadzieję zostanie kiedyś naprawione), ale i credo towarzyszące mu od początku: niczym u Milana Kundery zakochanie musi być obsesyjne i nieuchronnie związane z przemocą. U amerykańskiego pisarza, egzystencjalisty z peryferyjnego pubu, konsekwencje są jednak zawsze ostateczne, a śladem, który zostaje po przemocy, jest opowieść. O ile się przetrwa. Johnson czujnie podąża za Jamie, Billem i wszystkimi, którzy włączają się w ich historię, w efekcie ukazując szerszą psychologiczną perspektywę. Znajdzie się w „Aniołach” miejsce na wybaczenie, troskę i zrozumienie, świat u Johnsona mimo całego swojego brudu i ciężaru pozostaje bowiem miejscem beznadziejnym, ale pełnym nieoczekiwanych wyłomów. Pisarz przedstawia udrękę życia na marginesie Reaganowskiej Ameryki, chociaż równie dobrze mogłaby to być Ameryka jak najbardziej współczesna, trawiona gorączkami pchającymi ludzi do złego.
O ile w przypadku „Syna Jezusa” miałem poczucie, że jest to książka pisana z grobu, z głęboką świadomością własnej śmiertelności, o tyle „Anioły” zdają się być ostatecznie afirmacją życia i przetrwania, chociaż niezwykle przewrotną. Wciąż młodego autora w znacznie większym stopniu pociąga możliwość wyprowadzenia bohaterów z życiowych zakrętów, w które wjechali bolidami swoich błędów, niż spychanie ich z toru i obserwowanie kraksy z założonymi rękami. Stąd nagle, zupełnie nieoczekiwanie pojawiające się w tej książce czułość i troska, jak chociażby w nieporadnym liście miłosnym Billa. Bohater wysyła go z więzienia, gdzie mierzy się nie tylko z konsekwencjami swoich czynów, ale i z uczuciami do Jamie. Ta podąża za nim jak cień – albo anioł. Przemoc byłaby bezsensowna, gdyby nie prowadziła do zrozumienia i wybaczenia, ale chociaż na zmianę jest już często za późno, bohaterowie powieści znajdują wytchnienie w nagłych przebłyskach zrozumienia i pobłażliwości wobec okrucieństw świata.
W „Aniołach” doskonale widać zalążki pisarskiej metody Johnsona. Autor „Snów o pociągach” nigdy nie patrzy z zewnątrz: niemal w każdej scenie książki znajduje się w jej środku. Kiedy pisze o „rehabilitacji” Jamie we wzorcowej instytucji totalnej, nie patrzy okiem przemysłowej kamery w kącie, przez małego judasza w drzwiach czy zza ramienia lokalnej siostry Ratched: jest kropką na płytce. W scenie napadu na bank szeroko otwartym porem strażnika, który nie wie, co ma zrobić. W więzieniu jest sprzączką klawisza. Bliski plan połączony z językiem, który we fragmentach klinicznych zdaje się rozpadać, tracić właściwości komunikacyjne, pozwala nam zrozumieć położenie bohaterów w sytuacjach granicznych znacznie lepiej niż surowy opis silący się na obiektywizm.
Johnson jest wybitny w trudnej sztuce budowania atmosfery: tworzy ją bez zbędnych ozdobników, precyzją i bezlitosnymi opisami. Jego głos jest, jak pisał w pośmiertnym wspomnieniu dla „New Yorkera” Tobias Wolff: „pełen inwencji, precyzji i mrocznego, podszytego ironią dowcipu”. Bez poczucia humoru ujawniającego się w najbardziej nieoczekiwanych sytuacjach, jego proza byłaby być może czymś w rodzaju ciężkiego nagrobka, koła młyńskiego na szyi samobójcy. Wyłomy w obskurnym świecie Johnsona, które pojawiają się za sprawą humoru lub nadziei (chociażby pod postacią komicznie zdewociałej matki Billa czy jego krewniaków przypominających raczej braci Daltonów niż groźnych rzezimieszków) pozwalają nam wytrwać w czytaniu jego prozy, i z oddaniem śledzić koleje niewesołych ludzkich losów, przecinających się wyłącznie po to, aby bohaterowie mieli jeszcze bardziej przejebane.
„Gdziekolwiek Johnson umieści czytelnika – w nikaraguańskim miasteczku przygranicznym, na farmie w Iowa zasypanej przez narkomanów, czy w obozie drwali w stanie Waszyngton – jesteś tam całkowicie, namacalnie obecny” – to znowu Power, autor przenikliwego zbioru opowiadań „Mothers”, trafnie opisuje jeden z największych talentów Johnsona. Niewielu było takich pisarzy: jednocześnie tak bardzo osobnych, amerykańskich i uniwersalnych. Wiernych własnemu przerażeniu światem i talentowi, nadających mroczne stand-upy z Nieba Ćwoków, celi śmierci, bagien Massachusetts i zaułków Pittsburgha. A to przecież nie wszystko.
Denis Johnson, „Anioły”, Wydawnictwo Karakter