Malarstwo nie może udawać, że jest przezroczyste. Rozmowa z artystką Kateryną Łysowenko
( 30.04.2026 )
Nie chodzi o to, że wierzę, że zabici do nas wrócą, ale chciałam pokazać ich nieobecność, nie pokazując przy tym makabry. Pomaga nam to zrozumieć, co straciliśmy. Kiedy malujesz miłość do osoby, której już nie ma, jest to o wiele bardziej dotkliwe, niż kiedy malujesz śmierć.
Chciałabym uniknąć retraumatyzowania cię, a mam obawę, że taki mógłby być skutek naszej rozmowy.
Nie martw się, moje podejście jest inne, także ze względu na to, jaką mam psychikę. Żądam od siebie specyficznej alienacji. Zdarzało mi się, że retraumatyzowały mnie osoby z Zachodu, które zadawały głupie pytania i dehumanizowały Ukraińców. Ale to tak, jakby zapytać babuszkę siedzącą na ławeczce pod blokiem, co sądzi o wojnie w Syrii. Opowie ci bzdury, bo nic nie wie na ten temat. Jeśli sztuka i kultura mają jakieś praktyczne zadanie, polega ono na dzieleniu się wiedzą. Tak więc nie bój się. Ja się nie boję.
Na początku wojny czytałam newsy, przez pierwszy rok codziennie, ale potem odczułam skutki efektu opisywanego wielokrotnie przez badaczy mediów: całkowicie się uodporniłam, nie czułam nic. Nie obojętność, ale odrętwienie, alienację. I poczucie winy, choć nie mam na to żadnego wpływu. Dopiero obcowanie ze sztuką, zwłaszcza twoją, coś we mnie otworzyło. Twoje prace od kilku lat były w moim polu widzenia, ale czułam do nich dystans. A teraz, po kilku dniach przygotowywania się do wywiadu i zanurzenia w nich, poczułam w końcu uderzenie prosto w brzuch. Być może właśnie dzięki temu, że twoje prace nie są realistyczne, odsyłają do realności wojny silniej niż realizm. Czytałam, że kilkakrotnie odkochiwałaś się w malarstwie. Dlaczego? Czy ta forma ekspresji ma moc oddziaływania i komunikowania tak strasznych wydarzeń, jak wojna?
To trudne pytanie, ale spróbuję odpowiedzieć. Zawsze kochałam malarstwo, problemem był raczej system edukacji, który obrzydził mi malarstwo na lata. Malowałam od dzieciństwa, a potem weszłam w system edukacyjny, który w Ukrainie nie zmienił się od czasów radzieckich. Jest on bardzo konserwatywny i wciąż oparty na zasadach realizmu socjalistycznego: promuje socrealizm albo monumentalne malarstwo religijne. Spotkałam wspaniałych nauczycieli, ale zazwyczaj system chciał się ich natychmiast pozbyć. Jeżeli pojawiał się ktokolwiek, kto chciał coś zmienić, radzieckie dinozaury prześladowały tę osobę i próbowały zniszczyć jej karierę. Kiedy zaczynałam studia, popadłam w straszną depresję. Zobaczyłam, jak wygląda system nauki i załamałam się. Odkryłam, że mnie okłamano, że szkoła oferuje wyłącznie pusty, okrutny dryl i zakłamaną edukację, której radzieckie, ultrakonserwatywne przekonania o sztuce nie były nawet największym problemem. Na początku próbowałam wziąć te radzieckie lekcje poważnie, straciłam dwa lata na próbach robienia tego, czego ode mnie oczekiwano. Byłam całkowicie wyalienowana od tego, kim byłam wcześniej jako malarka.
Kateryna Łysowenko, fot. Sophie Thun
Jak z tego wyszłaś?
Około 2018, 2019 roku pozwoliłam sobie ponownie coś czuć. Ale wciąż miałam mnóstwo traumatycznych flashbacków z wcześniejszej edukacji – w końcu to podczas tej nauki o socrealizmie nauczyłam się mieszać farby, wybrałam swoją kolorystykę. Czułam się więc winna, czułam się zakładniczką tego systemu. Wiedziałam, że muszę rozpocząć proces inicjacyjny, żeby się z tych naleciałości oczyścić. I stopniowo wypracowałam całkowicie nową paletę.
Nie maluję na płótnie, ale na papierze. Traktuję obraz jak transparent. Jak ścianę uliczną. W szkole uczą malowania ochrą, kobaltem, czerwienią kadmową, to są podstawy. Ale zamiast używać ich do tej tematyki, do której mnie przymuszano, zaczęłam z nich korzystać, tworząc swoje obrazy. To było dla mnie rewolucyjne i przywróciło mi pewność siebie.
Praca Kateryny Łysowenko (pierwsza od prawej na górze zdjęcia) na wystawie „Kwestia kobieca 1550-2025” w MSN
Twoja sztuka jest dość osobnym zjawiskiem, ale należysz do pierwszego postkomunistycznego pokolenia artystów ukraińskich, którzy znaleźli sposób na oderwanie się od przeszłości.
Spotkałam artystów w moim wieku lub nieco starszych, którzy pracowali w innych mediach. Nikita Kadan, Lada Nakonechna, Lesia Khomenko, Kola Ridnyi. Pracowali głową, mieli kontrolę nad swoim procesem. Odkryłam też Anatolija Belova, artystę queerowego, i Jurija Leidermana, artystę konceptualnego z Odessy, który przez wiele lat mieszkał w Moskwie, a potem po przeprowadzce z powrotem do Ukrainy całkowicie porzucił wszystko to, co robił w Rosji. To jest malarstwo niesamowicie wrażliwe, pełne namiętności, emocjonalne. Odkrycie ich było dla mnie jak błyskawica w ciemnościach. Myślałam: może, kiedy będę stara, uda mi się porzucić myślenie kontekstami, myślenie konceptualne, i odkryję w sobie podobną pasję.
Dopiero w ciemnościach odkryłam, że mogę oddać swoje doświadczenie za pomocą malarstwa. Moimi tematami były dehumanizacja i śmierć podczas wojny. Głównie malowałam martwych ludzi. Zaczęłam się zastanawiać, skąd w ukraińskiej sztuce tyle pustki, i zrozumiałam, że to nie pustka – to nieobecność, za którą kryje się mnóstwo represji politycznych, porażek i śmierci. Przed inwazją malowałam dla ofiar tych prześladowań. Jako ukraińscy artyści w procesie kształcenia nabywamy narcystycznej traumy. Słyszymy od nauczycieli, że nie mieliśmy nic, żadnych wielkich artystów, jesteśmy prowincją, gdzie indziej to byli wielcy artyści. Dopiero potem odkrywamy, że Malewicz czy Kandinsky są częścią naszej historii, nasi artyści zostali zamordowani, albo wygnani, albo uciekli i zniknęli, jak Dawid Burliuk. Jeśli stali się widoczni na świecie, to nie pisze się o nich w kontekście Ukrainy.
Kateryna Łysowenko, Bez tytułu, 2022, Kolekcja Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie
Tego rodzaju przesłanie to duży ciężar dla młodej artystki.
W ukraińskiej sztuce jest wiele dziwnych tabu – na przykład takie, że nie możemy pracować z formą, bo mamy ogromny historyczny kontekst i powinniśmy pracować tylko na nim. Pomyśl, jak ograniczające jest stwierdzenie, że praca z formą zarezerwowana jest tylko dla artystów zachodnich. Odkryłam, że mogę pracować ze swoimi uczuciami i rozwijać formę dopiero po zapoznaniu się z twórczością Malewicza, Kandinskiego czy Klee w zachodnich instytucjach. Musiałam samą siebie „zdekolonizować”, zrozumieć, że nie chcę iść w abstrakcję, chcę malować coś, co można nazwać „stanem rzeczy”, положение вещей. Malarstwo nie może udawać, że jest przezroczyste, kiedy próbujesz znaleźć formę dla tego, co sam myślisz o świecie. Picasso powiedział, że maluje nie konie, ale prędkość, a Cézanne nie malował jabłek. Ogromną inspiracją był dla mnie Deleuze i jego „Logika wrażenia”. Chodzi o dekodowanie świata, a diagramem jest twoje malarstwo.
Myślałam w kontekście twojego malarstwa o Miriam Cahn, i nie chodzi nawet o estetykę. Postaci z twoich obrazów, podobnie jak u Miriam Cahn, zdają się rejestrować horror ludzkości – ale to my jesteśmy tym horrorem. Oni patrzą na nas przerażeni tym, co zrobiliśmy ze światem. To my jesteśmy ruiną, a nie świat na obrazach, mimo że często malujesz brutalne, krwawe sceny.
Tak. Zawsze myślę o uczuciach widza, kiedy maluję. Staram się nawiązać z nim kontakt. Myślę też o tym, jak dzieło będzie się starzeć, jak będzie odbierane w przyszłości. Chciałabym, żeby za 10 lat też kogoś obchodziło.
Kateryna Łysowenko, „Fascist family, feeding death”, praca z wystawy „Creation, Catastrophe, Creation, Again and Again”, 2026, Ring Gallery / Salzburger Kunstverein, Salzburg, dzięki uprzejmości artystki
Niedawno oglądałam materiał nakręcony krótko po wybuchu wojny, w którym Nikita Kadan mówi, że w dniu inwazji, kiedy usłyszał, co się dzieje, początkowo zapadł w jakiś rodzaj snu i pomyślał: okej, zostanę teraz w mieszkaniu i obejrzę wszystkie filmy Bergmana. A potem wszystko będzie dobrze i wojna się skończy. Popadł w stan szoku i całkowitego odrętwienia, to był jego sposób na chwilowe zaprzeczenie rzeczywistości. Ale potem znajomi zaczęli do niego pisać i zdał sobie sprawę, że musi natychmiast opuścić mieszkanie. Wziął tylko jeden kawałek papieru i poszedł do bunkra. Co ty robiłaś tamtego dnia?
Dla mnie to nie był jeden dzień, ale około 6 miesięcy oczekiwania na wojnę. Wiedziałam, że to się wydarzy, nieważne kiedy. Pamiętam, że dzień przed 22 lutego poczułam się nagle nieważka. Wolna. To był stan absolutnej próżni. Miesiąc przed wojną zaczęłam szkice do mojego obrazu „Dwór”. Przedstawiają budynek, w którym mieszkam, i to, co na zewnątrz. Zaczęłam patrzeć na swój dom innymi oczami, jak ktoś obcy. Budynki na Tatarce, dzielnicy Kijowa, zostały zbudowane w latach 30. i 40. XX wieku. Czułam niemal fizycznie represje, jakimi zostały poddane osoby, które mieszkały przy mojej ulicy. Poczułam historię, jakby budynki patrzyły na mnie swoimi oczami. W tamtej chwili znienawidziłam całą radziecką architekturę. Czułam piętno, które odcisnęła na naszym życiu.
A 24 lutego obudziła mnie eksplozja. W okolicy znajduje się kilka punktów strategicznych, o których nie chcę opowiadać. Uderzyli precyzyjnie. O piątej rano wywaliło okno. Pamiętam, że nawet nie mogłam się ruszyć, myślałam: „Moje dzieci mogą umrzeć, a ja nie będę mogła nic zrobić”. Dziś myślę, że zadziałała narcystyczna trauma. Czułam tyle, jakbym była pięćdziesięcioma osobami. Dlatego zaczęłam potem malować ludzi jako przezroczyste postaci. Czułam, że jestem meduzą, że jestem bezsilna, jestem jak kawałek papieru, że nie mogę nic. To straszne.
Przez kolejne półtora roku czułam, że życie straciło dla mnie znaczenie. Myślałam, że jeśli można coś zniszczyć tak łatwo, to nie ma to dla mnie wartości. Potem zrozumiałam, że możemy być krusi, ale wciąż jesteśmy coś warci. Ta łatwa niszczycielska moc nie może nas unieważnić. Musiałam na nowo wypracować wartość mojego życia, bo poprzednia się skończyła – wojna zamieniła je w żart. Głupi, absurdalny żart. Wydawało ci się, że dom, w którym mieszkasz, jest wykonany z mocnych, stabilnych materiałów. Jedno „puff” i mogą zostać obrócone w pył. Pokazano nam, jak łatwo jest niszczyć. Dom może zostać zniszczony jak domek z piasku na plaży albo origami z papieru. A my jesteśmy jak meduzy.
Zrozumiałam, że muszę wyjechać, podjąć decyzję, a jestem mamą-artystką w Ukrainie, co jest potwornie trudne. Wcześniej rozwiodłam się z mężem, z powodu ukraińskiego patriarchatu.
Czyli wyjechałaś dla dzieci?
Tak, wyobraziłam sobie bieganie z nimi do schronu za każdym razem albo ryzykowanie życia, zostając w mieszkaniu – stwierdziłam, że jestem zbyt zmęczona macierzyństwem jako takim, bycie samotną matką na wojnie to już za dużo dla mnie. Z dziećmi przeprowadziłam się do domu pod Kijowem, który należał do mojego byłego chłopaka. Potem wydarzyła się m.in. Bucza i inne wioski. Było jasne, że rosyjscy żołnierze ruszają w stronę Kijowa, i zorientowałam się, że na wsi łatwo mogą skończyć się zapasy, a jeśli wioska zostanie otoczona, wtedy trzeba uciekać z dziećmi przez las. Moje dzieci są małe, nie są najszybszymi biegaczami. Pojechaliśmy więc do Zachodniej Ukrainy, gdzie ludzie nagle zobaczyli, że mogą sobie dorobić na wynajmowaniu uciekinierom mieszkań w wysokich cenach. Zrozumiałam, że coś tu jest głęboko nie tak. Pojechaliśmy więc do Polski, w BWA Zielona Góra schronienie dał nam Wojciech Kozłowski, który był super wspierający i miły, ale po miesiącu musieliśmy wyjeżdżać. Mimo chęci zostania w Polsce okazało się, że najłatwiej będzie zorganizować artystce pobyt w Austrii, więc najpierw pojechaliśmy do Grazu, gdzie spędziliśmy pół roku u aktywistki, która bardzo szczodrze dzieliła się z nami mieszkaniem, mimo że sama miała dzieci. Potem Szwajcaria dała mi stypendium na rok.
Co za odyseja.
To nie koniec. W Szwajcarii okazało się, że jest program dla uchodźców, ale nikt nie pomyślał, że będzie tam dla nich za drogo. W Polsce jest tanio, ale nie było odpowiednich programów. Zdecydowałam się więc zostać w Austrii, jesteśmy od dłuższego czasu w Wiedniu. Już nie jestem też samotną matką, poznałam tu partnera, który akceptuje moje dzieci.
Kateryna Łysowenko, „New school of my son, Vienna”, 2025, dzięki uprzejmości artystki
Przepraszam, że wypytuję cię o tę tułaczkę, ale myślę, że wiele osób nie wie, jak trudne było – zwłaszcza dla Ukrainek z dziećmi – uciekanie do Europy. Sama nie mam dzieci i to jest dla mnie bardzo trudny temat. Przeczytałam twoje oświadczenie, gdzie napisałeś, że czasami wydaje ci się, że twoje macierzyństwo poprzedza ciebie samą. W twojej sztuce macierzyństwo jest jak soczewka, która pokazuje prawdę o ludzkości. Przez nią widzisz inne rzeczy. Na jednym z twoich obrazów dwie osoby uprawiają seks i wygląda to tak, jakby kobieta rodziła mężczyznę. Kiedy przedstawiasz różne rodzaje okrucieństwa lub mordu, dawanie życia wciąż jest obecne w estetyce tych obrazów. Możesz coś o tym powiedzieć?
Macierzyństwo mnie straumatyzowało. Zostałam matką, gdy miałam 22 lata, a drugi raz, gdy miałam 26 lat. W ogóle nie chciałam mieć dzieci. To był przypadek. Kiedy przyszłam do matki, żeby zapytać, co mam zrobić, zamiast normalnej rady, powiedziała mi, że one wszystkie tak miały. Moja matka urodziła trójkę dzieci w bardzo niesprzyjających dla siebie okolicznościach. Kobiety ukraińskie noszą swoje macierzyństwo jak krzyż, to dla nich droga do samozniszczenia. Kompletna psychozo-patologia rodzicielsko-małżeńska. Kobiecie nie wolno palić, pić, ale dzieci mieć musi, a macierzyństwo niszczy je o wiele bardziej niż nałogi. Mimo że macierzyństwo jest tak brutalnym doświadczeniem, my wszystkie w Ukrainie przechodzimy zbiorowe pranie mózgu. Nie byłam więc w stanie dokonać aborcji. Mój feminizm pojawił się, zanim urodziłam drugie dziecko, kiedy w wieku 27 lub 28 lat miałam depresję poporodową, przeszłam coś, co przypominało epizod psychotyczny. To zmieniło cale moje życie i sposób patrzenia.
W jaki sposób?
Od tej chwili potrafię wręcz fizycznie doświadczyć ludzkości jako swoistej masy. Nie chodzi tylko o dzieci, które mam, ale też o wszystkich tych ludzi, których widzisz na ulicy. I o zwierzęta, całą naturę. Widzę ludzkość jako część systemu stworzeń, które się rozmnażają. Wszyscy pochodzimy z jednego miejsca. Kiedy widzisz ludzi na ulicy i myślisz o tym, że oni wszyscy pochodzą z waginy, zaczynasz dostrzegać tę dynamikę. Poród, jakkolwiek szokujący, pozwala ci zobaczyć tego drugiego człowieka naprawdę. Widzisz ludzi na ulicy jako rodzaj korpusu, który wyszedł z waginy. Przed nami i za nami idą pokolenia osób, które pochodzą od kobiet, które już nie żyją.
Ukraina jest patriarchalnym społeczeństwem, które zawsze próbowało kontrolować macierzyństwo – nie zrozumiałabym tego, gdybym sama nie została matką. Stąd mój obraz matki jako ośmiornicy, która musi nieustannie przenosić ikrę, żeby ta miała wystarczająco dużo tlenu. W końcu sama umiera z głodu. Posiadanie dzieci jest rodzajem aktu autodestrukcji. Wiem o sobie, że nie zawsze jestem najbardziej stabilną i bezpieczną osobą dla swoich dzieci, ale też ogromnie wiele się od nich uczę.
Kateryna Łysowenko, „Playground”, 2025, dzięki uprzejmości artystki
Chyba teraz rozumiem, czym jest macierzyństwo w twojej twórczości: to analiza przemocy, w jakiej tkwimy jako ludzkość. Nie musisz malować niczego wprost. Zmieniasz perspektywę, przenosząc akcję do wnętrza ciała. Pokazujesz je wypatroszone, wyglądajace w środku jak pole bitwy, albo kobiety z ośmioma piersiami.
Maluję historię przemocy macierzyńskiej wpisaną w dzieje mojej własnej rodziny. Moja babcia jako młoda kobieta straciła sześciomiesięczne dziecko, ponieważ nie zadzwoniła do lekarza na czas. Wszyscy w mojej rodzinie idą do lekarza, jak już są w terminalnym stanie, nie ma odruchu dbania o siebie. Moja babcia nie pozwalała iść nikomu do lekarza, łącznie ze mną, dopóki nasz stan nie był agonalny. Teraz myślę, że była tak zmęczona życiem ze swoim przemocowym mężem, że chciała wszystko dookoła unicestwić.
W twoim malarstwie dochodzi do rodzaju fuzji ciała ludzkiego i nie-ludzkiego.
Czuję, że kiedy maluję ludzi jako zwierzęta, jest w tym więcej prawdy, niż gdybym malowała ludzi jako coś odwrotnego od zwierząt. To moje zadanie – odnalezienie zwierzęcia w człowieku i człowieka w zwierzęciu, co jest obecne w malarstwie od zawsze. Artyści malowali ludzi jako zwierzęta łagodne lub niebezpieczne, albo pokazywali rodzaje ludzi (pod względem płci, koloru skóry itp.) bliżej zwierzęcości lub człowieczeństwa. Zwierzęta i ludzie stanowią więc gradację w malarstwie, nigdy nie są od siebie całkowicie oddzieleni. A nasze stanowisko w tej gradacji to kwestia życia i śmierci, bo być bliżej zwierzęcia oznacza bycie odczłowieczonym i zabitym. Każde ludobójstwo zaczyna się od uznania innych za zwierzęta. Marzę o tak głębokim połączeniu zwierząt i ludzi, że nie będzie sensu odczłowieczać i zabijać. Moja prawda jest taka, że wszyscy jesteśmy zwierzętami, co nie oznacza, że musimy zostać zabici.
Kateyrna Łysowenko, „Migrating wave”, 2025, dzięki uprzejmości artystki
Znam wiele artystek ukraińskich, wszystkie są bardzo postępowe i są feministkami, a w czasie wojny muszą walczyć z podwojoną maskulinizacją. Wojna cofnęła całe społeczeństwo, bo wszystko kręci się wokół męskiej siły, broni, przemocy, mimo że ta maskulinizacja przez wojnę jest zabójcza przede wszystkim dla mężczyzn. Czy można coś z tym zrobić?
Namalowałam wiele obrazów żołnierzy, którzy są u mnie bardzo krusi. Pochodzę z klasy robotniczej, w Ukrainie robotnicy są bardzo konserwatywni i homofobiczni. Musiałam więc przebyć pewną drogę – od uznania, że robotnik to wróg, do całkowitego porzucenia takich kategorii. Kiedyś robiłam performanse we Lwowie, najbardziej patriarchalnym mieście w Ukrainie, polegające na chodzeniu po ulicach z transparentami z wizerunkami feministek i queerów. Zagadywałyśmy starszych ludzi. Moje zadanie nie polega na dzieleniu ludzi, bo i tak jesteśmy w Ukrainie bardzo podzieleni: na uchodźców, żołnierzy, cywilów. Chcę łączyć.
Jeśli chodzi o żołnierzy, mimo tego szermowania siłą, to oni są teraz najbardziej pokrzywdzoną i dyskryminowaną częścią społeczeństwa, bo nie mają żadnej władzy ani praw, mniej nawet od matek. Mają prawo do trzech tygodni urlopu w roku, żeby zobaczyć swoją rodzinę, w praktyce dostają dwa. Jeśli zdezerterują, popełniają przestępstwo. Są fetyszyzowani, nazywani bohaterami, ale są potwornie zmęczeni. Ich ciało nie należy do nich. To jest kwestia klasowa. Staram się czuć wobec nich empatię. Ludzkie dzieci muszą rodzić kolejne dzieci, a te dzieci idą na wojnę, bo są mężczyznami. Naszym wspólnym zadaniem feministycznym jest myśleć o wszystkich, kobietach i mężczyznach.
Jesteś anarchistką, nie chcesz państwa narodowego.
Tak, ale jako grupa anarchistów nie bylibyśmy w stanie przeciwstawić się Rosji. Akceptuję to – co więcej, zastanawiam się, jakby to wyglądało, gdyby Rosja zaatakowała jakikolwiek inny europejski kraj. Wtedy stanęlibyście przed tym samym wyzwaniem i wasz feminizm i progresywne wartości też rozpierzchłyby się wobec przemocy. Znam kobiety-żołnierki. Jedna po prawie dwóch latach służby była tak zmęczona, że prawie oszalała. Ale mogła się zdemobilizować. Uznano, że nie jest aż tak potrzebna w wojsku, jak mężczyźni. Jeśli chodzi o środowisko artystyczne, to w Ukrainie zostało może pięciu artystów-mężczyzn, którzy nie zostali zmobilizowani. Mogą opuszczać kraj, a potem wracają. Ale wielu nie ma szansy wyjechać, więc już nie wracają, jeśli uda im się przekroczyć granice. Dlatego Ministerstwo Kultury bardzo rzadko daje teraz pozwolenia na wyjazd.
Przeczytałam twój komentarz o fryzie „Ściana Pamięci”. Ukazuje ofiary wojny, części futurystycznego Krematorium Kijowskiego z lat 70., który został zalany betonem przez rosyjską cenzurę. Krytykowałaś wówczas rosyjską ideę kosmizmu, bo w obliczu technologicznego postępu unieważnia ona pojedyncze ludzkie życie. Dlaczego zajęłaś się tym tematem?
Kijowskim Krematorium zaczęłam się zajmować przy okazji wystawy o kosmizmie, która miała odbyć się w amsterdamskim Stedelijk, ale została odwołana. Pracowałam z utopią jako krytyką rzeczywistości. W pierwszych tygodniach wojny malowałam motywy zmartwychwstania, które wydaje mi się najbardziej utopijnym tematem, jaki można sobie wyobrazić, i najbardziej krytycznym wobec rzeczywistości.
Nie chodzi o to, że wierzę, że zabici do nas wrócą, ale chciałam pokazać ich nieobecność, nie pokazując przy tym makabry. Pomaga nam to zrozumieć, co straciliśmy. Kiedy malujesz miłość do osoby, której już nie ma, jest to o wiele bardziej dotkliwe, niż kiedy malujesz śmierć. W kosmizmie jest takie założenie, że najpierw wszyscy giną, żeby potem można było ich wskrzesić. Śmierć traci wtedy na znaczeniu. Nie przypadkiem idea ta narodziła się w trakcie rewolucji, kiedy trzeba było usprawiedliwić ogromne straty. To dewaluacja życia, imperialne podejście: hej, zdobędziemy cały kosmos. Będziemy mieli kontrolę nad życiem i śmiercią, słońcem, gwiazdami i wszystkim. To tak naprawdę koszmar, zwycięstwo śmierci. Rosjanie zniszczyli ten mural, żeby zakłamać historię o drugiej wojnie światowej i jej ofiarach. Jego twórcy chcieli pokazać, że śmierć jest ostatnim aktem życia, po którym się jednoczymy. Mural – i ja za nim – pokazuje życie jako cykl. Oddajesz swoje ciało wszechświatu, a twoje ciało stanie się częścią nowego życia, co czyni je jeszcze ważniejszym.
Kateryna Łysowenko, „Nie chcę żyć w świecie, który reprodukuje zbiorowe bezimienne groby, jestem przeciwko”, 2022, Kolekcja Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Dar Towarzystwa Przyjaciół Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie
Jesteś teraz doceniana za granicą. Miałaś dużą wystawę w Hanowerze, teraz w Linzu. Jednocześnie byłaś krytyczna wobec pewnego rodzaju eksploatacji sztuki ukraińskiej: wspominałaś, że to zainteresowanie bywa płytkie.
Powoli ludzie przestają traktować nas jak nadmiernie emocjonalnych krzykaczy, bo widzą coraz więcej ukraińskiej sztuki i zaczynają ją cenić. Sytuacja jest jednak skomplikowana ze względu na różnice miedzy uchodźcami a tymi, którzy zostali. Dawniej, kiedy ktoś w mojej obecności mówił, że powinno się wspierać wyłącznie artystów, którzy wciąż tkwią w ogarniętej wojną Ukrainie, odbierałam to jako atak na siebie. Takie stawianie sprawy to toksyczny antagonizm, który niczemu nie służy. Od tego czasu jednak rozmawiałam z kilkoma artystami, którzy zostali. Pamiętaj, że zwłaszcza artyści-mężczyźni na miejscu są zakładnikami swojego kraju, a ostatnia zima w Kijowie była potworna – krążyły opowieści jak z czasu blokady Leningradu podczas drugiej wojny, o zamarzaniu i głodzie. Teraz znacznie więcej osób podejmuje próbę nawiązania dialogu na ten temat i zrozumienia siebie nawzajem. Obie grupy artystów inicjują wspólne projekty, które zaznaczają różnicę doświadczeń, a jednocześnie szukają porozumienia. Ale zachodniemu kuratorowi musisz opowiedzieć jakąś uproszczoną wersję siebie. Dawniej efekt był taki: widzisz swoje wystawione prace i nie wiesz, czy one trafiły do instytucji, bo jesteś dobrą artystką, czy tylko z powodu wojny.
Ja po prostu maluję wojnę na tyle, na ile ją rozumiem, choć wiem, że są rzeczy, których ze względu na pobyt w Austrii nie namaluję nigdy. Jak Vasil Tkochenko, który namalował po prostu świecę. Mi nie przyszłoby to do głowy, u nas nie ma blackoutów. Ukraińska sztuka nie miała nigdy odpowiedniej infrastruktury, więc artyści z Ukrainy zyskują widzialność i uznanie dopiero z powodu rozgrywającej się tragedii. Zawsze tak było: interesują się nami, kiedy dzieje się coś strasznego, wskutek czego wszystko to, co działo się pomiędzy, staje się „straconym pokoleniem”. Sprawia to, że wielu artystów popada w depresję i czuje wypalenie. Bieda nas niszczy. Więc teraz, kiedy po raz pierwszy naprawdę czuję, że rzeczywiście chodzi o moje prace, bo nie mieszkam w Ukrainie, naprawdę mnie to cieszy.