Mam 46 lat i jestem małym palcem u prawej stopy naszej Matki Korporacji. Opowiadanie Adama Kaczanowskiego
( 17.08.2026 )
Odkąd przyszliście, przewróciliście naszą Matkę Korporację, wyciągnęliście nas na ulicę, rozdzieliliście wszystkich brutalnie i kazaliście iść przez całe miasto w marszu pokutnym, jest mi smutno i chujowo.
Mam 46 lat i jestem małym palcem u prawej stopy naszej Matki Korporacji. Od samego początku mojego CV nim byłem i nigdy nie narzekałem. Wiem, są tacy, co mi w to nie uwierzą, ale zawsze chciałem nim być. Tacy, co pytali, czy nie boję się wdepnąć w gówno, nadziać na jakąś ostrą, metalową krawędź i takie tam. Nie, nigdy nie miałem takich lęków, zresztą nigdy w nic nie wdepnąłem ani na nic się nie nadziałem. Nie czułem się też nigdy wykorzystany czy uprzedmiotowiony. Co to w ogóle za pomysł twierdzić, że mały palec jest przedmiotem. Nie przemawiały do mnie te zatroskane podszepty rodziny czy znajomych, te gadki typu – tylko pomyśl, dlaczego Matka nie nosi kapci, dlaczego nie kupi sobie butów, ma tyle kasy, takie globalne budżety, ale twoje życie ma w nosie, naraża cię dla swojego zysku, tnie koszty, robi w chuja. Pieprzenie zawistników, nic więcej. W bucie tylko bym się zapocił, w skarpecie udusił. Jedyne, nad czym się zastanawiałem, jedyna wątpliwość, jaka się czasem rodziła w mojej głowie, to czy w dużym palcu nie byłoby mi lepiej, czy nie wolałbym tworzyć dużego palca w teamie z Martą czy Agnieszką, tak, jak one to robiły, godzinami wtulając się w siebie. Ale być jakąś zastawką w sercu albo czymś tam w mózgu, nie, na pewno nie, to nie dla mnie.
Od 22 lat przychodziłem do pracy na 9. i po szybkiej kawce, cyk, przyjmowałem swoją pozycję, wpasowywałem się w cały nasz organizm i tak do 17., z przerwą na lunch o 13.30. Nasza Matka Korporacja czasami wolno i statecznie maszerowała, czasami biegła, niekiedy się chwiała, kiedy indziej wycofywała, a czasami godzinami czy dniami stała nieporuszona. Zdarzało nam się też tupać, tupanie było moją ulubioną czynnością. Jak dobrze tupnęliśmy, to aż się ziemia trzęsła.
ilustracja: Piotr Grabowski
Co teraz czuję? Czy jest mi źle? Ucieszę was i przyznam, że tak, czuję się nie najlepiej. Gównianie się czuję. Odkąd przyszliście, przewróciliście naszą Matkę Korporację, wyciągnęliście nas na ulicę, rozdzieliliście wszystkich brutalnie i kazaliście iść przez całe miasto w marszu pokutnym, jest mi smutno i chujowo. Rzucaliście w nas pustymi puszkami po pepsi, oblewaliście nas ciepłą colą z dwulitrowych butelek, rzucaliście kostkami lodu, co odważniejsi z was posyłali nam kopy w tyłek albo pluli w twarz. Tak, ja też zostałem opluty. Matki pokazywały nas dzieciom, patrz, to te złe korpoludki, to przez nich ta katastrofa, przez nich rzeki wysychają, a wody śmierdzą, to przez nich tata pije, a brat ćpa, to przez złych korposzczurów ludzie są smutni i nie mają przyszłości. Dzieci pokazywały język i fucka, wygrażały piąstkami. Stary dziad zdjął spodnie i gacie i pokazał mi dupę, ale nie usłyszałem, co przy tym krzyczał, jego przekaz zaginął w ogólnym, dzikim wrzasku. No, ale my, prawa noga, mieliśmy szczęście. Szliśmy obok siebie, mniej więcej w pełnym składzie prawej nogi. Tłum popychał nas i wyzywał. Zbiliśmy się w grupę, ustawiliśmy w prawidłowym szyku i udało się. Utworzyliśmy prawą nogę naszej Matki Korporacji, wznieśliśmy się jako jej prawa noga, silna i nieulękniona, i przeszliśmy przez ten wściekły tłum. Czy wielu podeptaliśmy? Nie wiem, nie liczyłem, przecież uciekaliśmy, walczyliśmy o oddech, o życie.
W mieście nie było już dla nas miejsca. Zresztą, to już nie było nasze miasto. Płonące opony, przewrócone samochody, powybijane szyby, zdemolowane przystanki. Żaden zaułek nie był dla nas kryjówką, nawet bezdomni, śpiący przy kubłach na śmieci, wznosili alarm na nasz widok, darli się i rzucali w nas czym popadnie.
Las byłby dla nas dobrym schronieniem, gdybyśmy potrafili przetrwać w lesie. Jeść korę z drzew i żołędzie, odróżnić grzyba halucynogennego od jadalnego, ubić sarnę i napić się jej krwi. Ale byliśmy tylko nogą, prawą nogą, nie kłami, nie pazurami. Stare, nieczynne wysypisko śmieci, zagubione na granicy lasu i miasta, byłoby w porządku, gdybyśmy potrafili żywić się szmatami i rdzą. Dlatego, tak, jest mi źle, ale nie daliście nam wyboru. Wracamy, może na śmierć, pewnie tak, ale nie widzimy innej drogi. Zginiemy bez strachu. Depcząc was, wściekłe matki, kopiąc w wasze drzwi, zagniewani ojcowie, aż w końcu zabraknie nam sił i to wy zadepczecie nas, swoimi drobnymi stopami. Jestem małym palcem prawej stopy naszej Matki Korporacji i będę nim do samego końca.
Tekst został opublikowany w drugim roczniku drukowanego magazynu „Mint” (2026).