„Ojczyzna”, reż. Paweł Pawlikowski, @Agata Grzybowska
„Ojczyzna”, reż. Paweł Pawlikowski, @Agata Grzybowska

Mann-splaining? Raczej kandydat do Złotej Palmy. Recenzja „Ojczyzny” Pawła Pawlikowskiego

( 18.05.2026 )

Nie da się „Ojczyzny” streścić w dwóch zdaniach na potrzeby TikToka, instagramowej rolki, wpisu na X-a. Wyjęte z kontekstu obrazy nic nie znaczą. Potrzeba skupienia, żeby je przyswoić.

Paweł Pawlikowski otrzymał nagrodę za reżyserię „Ojczyzny” podczas tegorocznej, 79. edycji Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Cannes. 

„Śmierć w Wenecji” już była, teraz czas na śmierć w Cannes. Autor tej pierwszej, Tomasz Mann, nie wymyśliłby czegoś podobnego. Samobójcza śmierć dwóch sióstr była wstrząsającym doświadczeniem, ale Mann nie wierzył, że ta sama klątwa dotknie kolejne osoby w rodzinie.

Stoję na grobie Klausa Manna, syna pisarza. To najsmutniejsze miejsce w tym francuskim raju. Ze wzgórza rozciąga się widok na riwierę, złociste powietrze nad srebrnym morzem czesze potargane palmy. Wszystko oblewa blask, w którym każdy przybysz wygląda piękniej niż zwykle.

Cmentarz jest pełen ozdobnych pomników ze zdjęciami zmarłych, nieraz w kształcie wielkich serc. Szeregi identycznych, śnieżnobiałych krzyży strzegą poległych w bitwach I wojny światowej: Verdun, Szampania, Marna. Lista krajów, z jakich pochodzą zmarli żołnierze, to mapa połowy Afryki, Gwadelupa, Nowa Kaledonia, Polinezja. Jest i jeden Polak. Zawsze znajdzie się jeden Polak.

Dziękujemy!

„Ojczyzna”, reż. Paweł Pawlikowski, @Agata Grzybowska 

Wracać? A jeśli tak, to po co?

Pawlikowski pamiętał o Mannach i o tym grobie. W końcu studiował literaturę niemiecką na Oxfordzie. Gdy zrezygnował z pracy nad „Limonowem” ledwie parę tygodni przed rozpoczęciem zdjęć, sięgnął po książkę „Czarodziej” Colma Tóibína i zainspirował się nią przy tworzeniu „Ojczyzny”. Jednak to nie w stylu Pawła Pawlikowskiego, żeby nakręcić biopic. Wybrał zatem z życia Manna mały fragment, potasował fakty, zamienił postaci – tyle kłamstw, aby powiedzieć prawdę. Jest 1949 rok, ojciec z córką po raz pierwszy od emigracji wracają do Niemiec. Noblista został tu zaproszony, żeby wygłosić cykl wykładów o Goethem. Czy po tym, co się stało, powinien wracać do dawnej ojczyzny? Czy powinien zostać, gdy w trakcie podróży umiera jego syn? Pawlikowski nie daje jednoznacznych odpowiedzi na te pytania.

Ciekawe, czy sam odwiedził ten cmentarz w trakcie wielokrotnych pobytów w Cannes. Na festiwalu po raz pierwszy zaprezentował film w 1998 roku – rosyjsko-brytyjskiego „Korespondenta” w sekcji Quinzaine des Realisateurs. Był wtedy reżyserem z Anglii. Dwadzieścia lat później do konkursu głównego wybrano  jego „Idę”, a po kolejnych pięciu latach „Zimną wojnę”, nagrodzoną za najlepszą reżyserię. Przyjechał tu jako Polak, Europejczyk, kosmopolita uprawiający kino autorskie. Przez te trzy dekady grób Klausa Manna z góry oglądał rozemocjonowany tłum na Croisette, kanneńskiej promenadzie.

Teraz z góry patrzy Pawlikowski – a przynajmniej tak uważają niektóre media francuskie. Ukuto nawet hasło „Mann-splaining”, wytykając twórcy protekcjonalność i akademickość, jak w recenzji w „Liberation”. Mimo to film „Ojczyzna” jest faworytem do Złotej Palmy, ulubieńcem międzynarodowej krytyki oraz, co ważne, wiernym portretem tużpowojennych Niemiec, zaaprobowanym przez niemieckie media.

Niezależnie od perspektywy, z której spojrzymy na film, „Ojczyzna” jest filmową ucztą, która uświadamia, do jakiej paszy przywykliśmy na co dzień. Takie filmy zdarzają się bardzo rzadko, przypominając, czemu – w najlepszym wydaniu – służy cały ten cyrk kreowany w Cannes. Świątynia kina, fenomen popkultury, miejsce, w którym łowi się talenty – Cannes jest tym wszystkim naraz. Widza festiwalowego, który przez niemal dwa tygodnie ogląda tu po pięć filmów dziennie, ten seans zmusza do zwolnienia i refleksji. Tak działają statyczne, precyzyjne kadry polskiego filmowca.

Pawlikowski pięknoduch? Łatwość, z jaką reżyser cytuje filozofów, wplata kwestie egzystencjalne do swoich wypowiedzi jakby nigdy nic albo tłumaczy zawiłości procesu twórczego, nie pasuje do dzisiejszych standardów, stąd oskarżenie o górnolotność. Nie da się „Ojczyzny” streścić w dwóch zdaniach na potrzeby TikToka, instagramowej rolki, wpisu na X-a. Wyjęte z kontekstu obrazy nic nie znaczą. Potrzeba skupienia, żeby je przyswoić.

Mann-splaining?

Jednocześnie „Ojczyzna” jest najkrótszym seansem pośród 22 tytułów konkursu głównego – trwa tylko 82 minuty, co jest cnotą pośród produkcji, które prawie wszystkie mają ponad 120 minut długości, a połowa nawet 150 minut. W przypadku „Ojczyzny” to nie długość metrażu decyduje o jakości filmu. Jeśli nawet ktoś czuje się pouczany, że nie czytał Schopenhauera, to przynajmniej krótko i zwięźle.

A może chodzi raczej o to, że odzywają się w nas kompleksy, gdy znakomicie wykształcona osoba mówi do nas swoim językiem? Podobnie jak obecność kogoś zjawiskowego może sprawić, że nagle czujemy się brzydsi. To więcej mówi o naszej optyce niż o faktach. Niechęć do intelektualizmu produkuje elitaryzm, ale innego rodzaju – konsumpcyjny. Z tym, że czujemy się biedniejsi przy bogatych, jakoś sobie radzimy. Z mniejszym obyciem i mniejszą elokwencją jest jednak znacznie gorzej, bo komunikacja staje się trudniejsza.

Przywileje bywają różne i Mann-ojciec, bohater „Ojczyzny”, był doskonale świadom swojej pozycji. Po otrzymaniu nagrody Nobla w 1929 roku czuł, że jego postępowanie ma znaczenie, dlatego po przejęciu władzy przez Hitlera zdecydował się na odważny krok – zrzekł się obywatelstwa i został za granicą. W 1949 roku wbrew namowom dzieci wrócił do „ojczyzny”, która ojczyzną już nie była i być nie mogła. To samo poczucie winy i cierpki żal napędzał zaangażowanie pisarza. Odżegnywał się od nienawiści, dlatego zdecydował się na tournée w  podzielonych Niemczech z cyklem wykładów o Goethem. Godny podziwu jest upór, z jakim bohater filmu, grany wybitnie przez mającego na swoim koncie kilkaset ról Hansa Zischlera, realizuje obowiązek, jaki sam sobie narzucił. Nie podróżuje jednak w pojedynkę, tylko z córka Eriką (w książce Tóibína zamiast niej towarzyszyła mu żona Katia), a w trakcie trasy wydarza się tragedia (w rzeczywistości miała miejsce kiedy indziej. Mimo to geniusz nie przerywa swoich zajęć. Psy szczekają, karawana jedzie dalej.

*Reklama

Jednostki głęboko przekonane o własnych powinnościach wymagają od najbliższych wsparcia i oddania. Pawlikowski nie spycha tego tematu na bok. Interesuje go, jak wyglądało życie z geniuszem. Pojawia się tu nie tylko temat rodu Mannów, ale i Wagnerów. Thomas myli wnuków kompozytora, Wolfganga i Wielanda, tłumacząc, że nie wstawi się za nimi u nowych niemieckich władz: „Muzyka waszego dziadka będzie istnieć niezależnie od waszych wysiłków. Ale jeśli o mnie chodzi, to opera w Bayreuth powinna zostać zrównana z ziemią, a wasza matka postawiona przed sądem.” Taki to dług wobec przodków.

Erika (po „Rose” z tegorocznego Berlinale to druga wybitna rola Sandry Hüller w czarno-białym filmie) podśmiewuje się z ojca, że ma on garderobę godną Marleny Dietrich. Jednocześnie z oddaniem tłumaczy wypowiedzi ojca podczas spotkań z mediami – posługuje się kilkoma językami i doskonale czuje, co ojciec akurat ma na myśli. Przemilcza listy z pogróżkami, porównania do Einsteina i Chaplina, innych członków „piątej kolumny Stalina”. Dba o to, by ojciec pozostawał w równowadze, choć sama w niej nie jest. Boryka się z demonami przeszłości, tęsknotami i niespełnieniami.

Wróćmy do Klausa. „Nie pamiętam, kiedy ostatnio coś czułem”, wyznaje syn pisarza, sam również będący pisarzem. Pojawia się w początkowej scenie „Ojczyzny”, ale tak ostro rozbija bile filmu, że potem długo zbieramy emocje i czekamy na jego powrót. August Diehl (znany z „Bękartów wojny, „Pachnidła”, a dwa lata temu w Cannes z roli doktora Mengele w filmie Kiryłła Srebrennikowa) gra ten epizod szaleńczo. Gdyby jego Klaus pojawił się na ekranie na dłużej, wypaliłby w nim dziurę na kształt „cigarette burns” w prawym górnym rogu – niegdyś oznaczano tak taśmę filmową w laboratorium, by ostrzec kinooperatora, że zbliża się zmiana rolki. Znaki były widoczne, nawet jeśli (zgodnie z zamierzeniem) publiczność miało o nich nie wiedzieć. Oglądając początek „Ojczyzny”, ma się wrażenie, że ten wypalony ślad zaraz się pojawi, że coś się skończy, ale nie wiesz kiedy i co. Może coś przegapiłeś? Thomas darowuje drogie kubańskie cygaro żołnierzowi na granicy, który prosi o zwykłego papierosa. Chłopak go nie wypala, tylko skrzętnie chowa do kieszeni munduru. Duch Klausa (w mojej wyobraźni) jest obecny w każdym obrazie. Rywalizowali z ojcem o względy tych samych mężczyzn.

Najsmutniejsze miejsce w raju jest najczęściej odwiedzanym grobem na cmentarzu Grand-Jas. Już przy wejściu ktoś nabazgrał na mapie, jak najłatwiej znaleźć Klausa. Miejsce wcale niewyeksponowane, wciśnięte między inne. Na rutynowo przyciętej płycie granitu ludzie położyli kamienie, niektóre z inskrypcjami: „niezapomniany” albo „żyj wolnością, broń wolności” (Freiheit ausleben, Freiheit vertedigen) – enigmatyczny cytat z queerowego pisarza, jakim był Mann syn. Odłamki muszli, wyblakła pocztówka z rybą, w doniczce walczy o życie zwiędły aloes. Nadzwyczaj banalnym grobem autora „Mefista” i potomka autora „Buddenbrooków” zajmują się czytelnicy.

*Reklama

„Niemcy uwielbiają śmierć”, powiedział Georges Clemenceau. „Spójrzcie tylko na ich literaturę!” Cytatem takim jak ten porozumiewają się postaci w „Ojczyźnie”. To film, w którym te słowa brzmią naturalnie, a jednocześnie nie są wyrazem nihilizmu. Bohaterowie posługują się odniesieniami do Goethego, Wilde’a, Kanta, niezależnie od tego, czy są pisarzami, aktorkami czy też pułkownikami Armii Czerwonej. Pamiętają, w którym kościele Bach był kapelmistrzem, słuchają go pasjami, tak samo jak Wagnera i Mozarta. Taki świat i takich ludzi opisuje Pawlikowski w trzeciej części trylogii zimnowojennej. Wcześniejsze filmy eksponowały motyw miłosny, ten skupia się na przywiązaniu rodzinnym, rodzaju dobrowolnego oddania między członkami rodu. Brata i siostrę łączy rozpacz, żyją na odległość, ale w dużej bliskości.

Filmowiec-kosmopolita

„Kochajmy więc żyjących, a zmarłych, choć opłakiwanych, pozostawmy za sobą…” – mówi Mann podczas wykładu, przytaczając słowa Goethego. Jednak sam nie potrafi kochać. Nie potrafi nawet płakać. Gdy przychodzi wieść o śmierci syna, komunikując ją wydaje się niewzruszony. Nie dlatego, że nic nie czuje, ale nie potrafi nazwać tego, co przeżywa. Kiedyś wyrazi to w swojej powieści. Na razie milczy i tylko w ciemności błyszczą mu oczy. Czym? Trwogą, bezbrzeżnym smutkiem? Sami możemy sobie dopowiedzieć. W jednej z najbardziej przejmujących scen filmu widzimy jego spojrzenie, gdy jedzie windą, by przekonać się, w jakim stanie jest jego córka. Drugim takim momentem jest mina Eriki, gdy policzkuje mężczyznę będącego niegdyś jej mężem, kolaborującym z nazistami. Ktoś musiał w końcu dać mu w twarz. Tę scenę trzeba przeżyć na własnej skórze.

Dziękujemy!
( Muzyka ) ( Rozmowa ) ( Aleksander Hudzik )

Kto gra, kto dyryguje? Dyrygentka Marta Gardolińska ogląda film „Maestro”

Nie tylko Niemcy uwielbiają śmierć. Polacy także, ale od cierpień Wertera wolą mękę dla dobra ojczyzny. Odbieranie sobie życia z powodów osobistych nie jest godne Polaka. Nam musi przyświecać misja: należy zaharować się dla dobra kraju, rodziny, zginąć, broniąc granic. Nic takiego nie da się wyciągnąć z prozy Mannów – ani Tomasza, ani Heinricha, ani Eriki, ani Klausa. Wszyscy byli pisarzami. Katia pod koniec życia również wydała swoje wspomnienia. Drzewo genealogiczne mieszczańskiej rodziny o żydowskich korzeniach nie wydało żadnych patriotów. Thomas z żoną i dziećmi wyemigrowali, zatrzymując się w kolejnych krajach i trudno byłoby powiedzieć, dla jakiej ojczyzny mieliby umierać. A jednak Mann nie czuł powinności wobec Szwajcarii, Czechosłowacji ani Stanów Zjednoczonych, których obywatelstwa posiadał – tylko wobec Niemiec. A to z niemieckiego obywatelstwa zrezygnował.

Nie tylko „Ojczyzna”, ale i poprzednie części trylogii skupionej wokół życia za Żelazną Kurtyną są opowieścią o domu: gdzie on jest i czy masz dokąd wracać. Flaga jest tu pozbawiona kolorów i kształtów, bo za szybko się zmieniają. Również Pawlikowskiego w pewnym momencie ówczesne polskie władze uznały za wroga publicznego, reżyser stał się nieuchwytny. Udało mu się uzyskać status prawdziwego kosmopolity. Konieczny w Polsce, gdzie kultura jest skrajnie upolityczniona, a komuś zależy na odrobinie niezależności.

Pawlikowski tworzy w gronie stałych współpracowników, które staje się czymś w rodzaju prowizorycznego domu: Łukasz Żal jako autor zdjęć, Ewa Puszczyńska – producentka, Marcin Masecki – kompozytor, Marcel Sławiński i Katarzyna Sobańska – scenografowie, Joanna Kulig – aktorka, która pojawia się w nowym filmie jako kabarecistka. Do tej grupy dołączył Hendrik Handloegten, scenarzysta, Ola Staszko, kostiumografka, montażysta Piotr Wójcik i dźwiękowiec Tarn Willers. Tak jak skazanym na tułaczkę Mannom w „Ojczyźnie”, wspólne wyzwania pozwalają członkom ekipy znaleźć oparcie w sobie nawzajem. Waldemar Pokromski, charakteryzator, nie może być obecny na premierze, bo kręci akurat film z Markiem Ruffallo i Charlottą Rampling w Watykanie („Santo Subito” Bertranda Bonello, w którym Jana Pawła II gra Andrzej Chyra).

W rozmowie Pokromski boleje, że nie ma go na miejscu, i mówi, że najważniejsze dla ekipy było drobiazgowe oddanie epoki, zwłaszcza w scenach zbiorowych. Dzięki castingowi, lokacjom, muzyce w radiu przenosimy się w sam środek wydarzeń, zapominając, że to inscenizacja fabularna, nie dokument. Dzięki reportażowemu podejściu Pawlikowskiego w scenie przejazdu przez miasto mylnie podejrzewam, że oglądam wmontowane archiwa. Jedno pomieszczenie, w którym rozgrywa się akcja, na ekranie bywa pozlepiane z kilku różnych miejsc zmontowanych w całość. Polska w ten sposób gra Niemcy, nawet w scenie koncertu na organach w ruinach kościoła, która jest cytatem z filmu „Popiół i diament”. Pawlikowski kręci chronologicznie – może dzięki temu emocje rozwijają się w naturalny sposób. Zamierają w postaciach, by znaleźć ujście w widzach.

Dziękujemy!

 „Ojczyzna”, reż. Paweł Pawlikowski, @Agata Grzybowska 

Nie chodziło o naśladowanie rzeczywistości

Czy Mannowie właśnie tacy byli? Tak wyglądali? Pokromski mówi, że nie chodziło o wierne naśladowanie prawdziwych postaci, żadnych przyklejanych nosów, tylko styl, wrażenie. Jest scena, w której Thomas Mann w białym garniturze wchodzi do Hotelu Metropol rodem z „Metropolis” Fritza Langa i dostaje bukiet róż – na ekranie są głęboko czarne, w rzeczywistości czerwone.

Dlaczego Paweł Pawlikowski nakręcił całą trylogię w czerni i bieli? Pokromski wyjaśnia, że widz jest dzięki temu bardziej skupiony, barwy rozpraszają. Może chodzi o fascynację „Białą wstążką” Michaela Hanekego? A może reżyser wraca w ten sposób do początków kina. Pawlikowski przyznaje, że zastanawiał się tu nad kolorem w rodzaju taśmy ORWO. Zrezygnował, obawiając się skojarzeń z kolorowanką, radziecką kroniką czy elementarzem.

Jak wyglądałaby wtedy wizyta Mannów w domu Goethego w Weimarze? Oglądalibyśmy kolorowe eksponaty po kimś, kto zniknął dawno temu. Maska pośmiertna, odlew dłoni. Biurko, przy którym pisał. Łóżko, w którym zmarł. Rozsznurowane wysokie skórzane buty. Nie, zostawmy obraz w czerni i bieli – podobnie jak porosłe mchem, popękane rzeźby w ogrodzie. Thomas żyje tak jakby sam już był pomnikiem.

Samobójstwa w rodzinie Mannów zdarzały się często. Po siostrach Thomasa i Klausie, popełnił je również drugi syn Michael, który w Cannes organizował pogrzeb Klausowi. Samobójstwa są wątkiem stale obecnym w filmach Pawlikowskiego. Popełnili je jego rodzice, odchodząc spokojnie, jak mówi reżyser, wspólnie uśmierzając cierpienie w chorobie. Gwałtowniej zmarła jego żona Irina, która rzuciła się pod pociąg. Zapytany na konferencji prasowej „Ojczyzny” o żałobę, odpowiada, że żyje z nią na co dzień. Przenika jego twórczość, ale w przeciwieństwie do „Idy” i „Zimnej wojny”, „Ojczyzna” jest przepełniona pasją życia.

Są w tym filmie nawet okruchy humoru. Na przykład gest Thomasa, gdy otrząsa się, niby zasłuchany, z pieśni propagandowego chóru podczas obiadu w fabryce. Drwina z imperializmu widoczna w muzyce płynącej z radia: wybrzmiewa głupota amerykańska, radziecka pompatyczność, niemiecka melancholia. Żadnej z nich nie da się słuchać. Gdy zaś Erika wspomina, że Klaus dzięki muzyce Bacha uwierzył w Boga, a Thomas jej na to, że tak mówił Nietzsche o Beethovenie – to też jest zabawne, jeśli ktoś jest otwarty na taki humor.

Zostaje po „Ojczyźnie” infantylna acz potrzebna wiara w utopię. Marzenie, że gdzieś tam na świecie czeka na nas odrobina rozkoszy. „A gdybym wiedział, gdzie to jest, poszedłbym w świat, bo z całego serca chciałbym być szczęśliwy. Gdzieś, jakoś, kiedyś…”, jak w piosence Neny „Irgendwie, irgendwo, irgendwann” z 1984 roku. Wychodząc z kina po seansie, ma się poczucie, że dzieło Pawlikowskiego jest w zupełnie innej kategorii niż filmy, które oglądamy na co dzień.

Dziękujemy!

Paweł Pawlikowski, fot. Aleksandra Modrzejewska-Mitan

 „Ojczyzna”, reż. Paweł Pawlikowski
dystrybutor: Kino Świat
premiera: 19 czerwca (Polska) 

( Mintowe Ciasteczka )

Nasza strona korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Jeżeli chcesz dowiedzieć się jak to działa, zapraszamy na stronę Polityka Prywatności.