Milan Kundera, 1980, źródło: Wikimedia Commons
Milan Kundera, 1980, źródło: Wikimedia Commons

Żart, nie biografia Kundery. Z okazji urodzin mistrza czeskiej prozy

( 01.04.2026 )

Przysięgam, nikt nigdy nie zniechęcił mnie do dzieła Kundery skuteczniej od bezgranicznie w nim zakochanej Florence Noiville.

Antoni Słonimski miał podobno taką przypadłość, że rzadko, bo rzadko, ale jednak, zdarzało mu się wyjść z teatru usatysfakcjonowanym. Według świadków chwalił grę aktorów, robotę reżysera, detale scenografii i generalnie miło spędzony wieczór. Następnie siadał przy biurku i pisał ostrą, bezlitosną, nieuczciwą recenzję. A działo się tak zawsze, gdy wymyślił jakiś doskonały żart, paradoks czy koncept na całą recenzję powiązany z tytułem spektaklu. Przykład bodaj najsłynniejszy i najbardziej lapidarny, recenzja komedii „Ćwiartka papieru”: „To nie była ćwiartka, to była rolka”. Koniec recenzji, wierszówka zainkasowana. Innymi słowy, w imię dowcipu i ku satysfakcji czytelnika gotów był Słonimski poświęcić – i niejednokrotnie poświęcał – dzieło sztuki, przedstawienie teatralne, powieść, tom wierszy.

*Reklama

Wiem to wszystko z doskonałej (i, oczywiście, przegapionej przez kogo tylko się da) książki Piotra Sitkiewicza, „Człowiek-Brzytwa. Cztery szkice o felietonach Antoniego Słonimskiego” (słowo/obraz terytoria), a wspominam o niej po to, by zachęcić do jej lektury oraz zniechęcić do sięgnięcia po książkę zupełnie inną. Zarazem zaprzeczam zdecydowanie, że jestem jak Słonimski (chciałbym) i że w imię dowcipu pt. „Żart, nie biografia” postanowiłem poświęcić wyborną książkę. Nie tym razem.

Kartka z kalendarza: 1 kwietnia 1929, a więc prawie 100 lat temu, w czeskim Brnie na świat przychodzi Milan Kundera. W 1967 urodzony w prima aprilis autor debiutuje powieścią pod tytułem „Żart”. Prawie wiek później, bo pod koniec listopada 2025 roku, wydawnictwo W.A.B. publikuje książkę Florence Noiville pt. „Milan Kundera: Pisać, cóż za dziwny pomysł!” (przeł. Oskar Hedemann). I wszystko byłoby w porządku (no, prawie, o czym dalej), i zapewne ten tekst nigdy by nie powstał, gdyby nie jeden znaczący szczegół, jedno wyróżnione słowo na pierwszej stronie okładki i na grzbiecie książki: „BIOGRAFIA”. Otóż: chyba żart, a nie biografia.

Mamy tu do czynienia z książkowym clickbaitem czy – jak kto woli – okładkową podpuchą, gdyż książka Noiville jako żywo biografią nie jest. Żartem zresztą też nie bardzo, a jeśli nawet, to mało zabawnym, bo nie dość, że poczucie humoru autorki (na kartach książki) mocno wątpliwe, to tym bardziej nie ma nic śmiesznego w oszukiwaniu czytelnika, który zainwestował te 50-70 złotych (cena okładkowa: 69,99 zł) w zakup „biografii” swojego ulubionego pisarza. Czym więc jest dzieło Noiville? Chaotyczną książką wspomnieniową, nieuporządkowaną relacją z (podobno) wielkiej przyjaźni autorki z pisarzem, rachityczną próbą portretu intelektualnego, zbiorem cytatów z Kundery oraz rozwlekłą laurką na jego cześć. W sumie nie wiadomo co.

okładka

Florence Noiville, „Milan Kundera: Pisać, cóż za dziwny pomysł!”, Wydawnictwo W.A.B.

Zresztą pomijając (na moment) kwestię okładkowego clickbaitu genologicznego, chciałbym oznajmić, że gdyby to ode mnie zależało, zakazałbym używania określenia „biografia” wobec wszystkich książek pisanych na kolanach przed Mistrzem. Z dwojga złego – biografia na kolanach, biografia na noże – wybieram tę drugą. Ideałem jest oczywiście wszystko, co znajduje się pomiędzy oddawaniem hołdów a nienawiścią wobec bohatera. W tym wypadku ideał sięgnął bruku, a konkretnie autorce przez 300 stron nie udało się, jakby to powiedział Jarosław Kaczyński, wstać z kolan. Brzydko? Brzydko dopiero będzie, bo przechodzę do cytatów:

„Jakże wielką radość odczuwam, widząc jego dedykację, gdy otwieram moją książkę wydaną przez Gallimarda w kolekcji «Blanche»” [s. 270].

„Dziś, w Pradze, odkrywam go na nowo. Chciałabym bardzo podziękować autorowi. Nie tylko za pogodzenie się „niemłodych ludzi” z ich wiekiem, ale za zaproponowanie innego sposobu odczytywania czasu, jakże odmiennego od panującego powszechnie kultu sukcesu, szaleństwa i głupoty”. [s. 152]

„«Przy wiwatach». Te słowa skłaniają mnie do zadumy”. [s. 65]

„Kundera dotarł do końca cyklu rozległych polifonicznych powieści w siedmiu częściach, które obejmują cały świat. Ale teraz pragnie uchwycić ten świat w inny sposób, już nie w długich wariacjach i fugach, lecz w krótszych utworach. Będą to bardziej Wariacje Godlbergowskie aniżeli Diabellego”. [s. 248]

„Mówić raczej o tym, w jaki sposób odczuwał on, człowiek, który wie wszystko, który interesuje się wszystkim, który jest do szpiku kości przeniknięty światową literaturą, kinem, muzyką, teatrem, malarstwem, historią sztuki i sztuką w ogóle… Trzeba raczej opowiedzieć o tym, jak bardzo głęboko odczuwał – przed wszystkimi innymi, niemalże w swym własnym wnętrzu, i Bóg jeden wie, jak bardzo cierpiał – widząc intelektualny upadek Europy, odejście od kultury, coraz bardziej zanikające pragnienie sztuki, zalew Brzydoty, zapominanie o Pięknie”. [s. 278].

Wystarczy? Przysięgam, nikt nigdy nie zniechęcił mnie do dzieła Kundery skuteczniej od bezgranicznie w nim zakochanej pani Noiville. W notatnikach autorki, oczywiście cytowanych w książce, jest fragment dotyczący celów, jakie ma spełniać ta biografia Kundery: „Sprawić, żeby czytelnik chciał przeczytać go ponownie, czytać go wciąż, stale i znów, aby poczuć wstrząs (czysta inteligencja, która uderza w czytelnika) za każdym razem, gdy kolejny raz otworzy się jedną z książek”. No cóż, nie wyszło. Żeby teraz sięgnąć po jakąkolwiek z powieści czy esejów tego „Syzyfa pióra” (!), to mi, a nie „zakochanej bez pamięci” Noiville, powinno się wymazać z głowy świadomość tej lektury.

Nie wiem, może zaczynam bredzić (zapewne efekt uboczny wspomnianego wyżej wstrząsu), ale Noiville nawet wiele cytatów z samego Kundery podaje (wycina?) tak, że autor „Żartu” wydaje się pisarzem nieszczególnie wybitnym, by nie powiedzieć, że grafomanem. Posłuchajmy: „I oto nagle strach rozkroił ją jak rzeźnicki nóż. Miałem wrażenie, że jest przede mną otwarta jak przepołowiona wołowa tusza wisząca na haku”. Albo: „Od tego wieczoru wszystko się we mnie zmieniło; w mojej duszy znowu ktoś zamieszkał; [...] moja dusza była znowu pokojem nagle uprzątniętym, w którym ktoś zamieszkał”.

(W tym momencie wyobrażam sobie, jak na scenę niniejszego tekstu wkracza znany skądinąd Piotr Sadzik i wykrzykuje podekscytowany: „Coelho! Zestaw cytaty z Kundery z fragmentami Coelho! Zrób to!”)

*Reklama

Nie zrobię tego, ale mógłbym. W innym miejscu Noiville zachwyca się definicją życia według Kundery. Życie jest to „szkic bez obrazu, szkic czegoś, czego nie będzie”. Noiville powtarza zachwycona: „Szkic czegoś, czego nie będzie”. I dalej: „Niezapomniana formuła! Obietnica i nicość! Cały łuk istnienia zawarty w kilku zaledwie słowach”. Płaczę. Dlaczego W.A.B. nie dołączyło do „biografii” Kundery przynajmniej jednej paczki chusteczek? Szkolny błąd.

A skoro o błędach, wracam do clickbaitu. Można powiedzieć, że jako wieloletni już pracownik portali internetowych (od „Wirtualnej Polski” po „Gazetę”) nie mam żadnego prawa, by pyszczyć w tej sprawie. Otóż pozwólcie, że jako ten wieloletni pracownik, co to za niejeden clickbait chleb jadł (czytaj: premie za kliki), przedstawię wam swój fundamentalny pogląd na ten temat. Uważam, że clickbait ma tylko wtedy (jako takie, a i to nie zawsze) uzasadnienie, gdy w zamian oferuje się czytelnikowi ambitne, mądre i pełnowartościowe treści. A to nie ten przypadek. Z podobnych powodów (nieuzasadniony książkowy clickbait) pastwiłem się jakiś czas temu na łamach „Gazety” nad wydanym przez Znak tomem listów Wisławy Szymborskiej i Czesława Miłosza, w którym to znaleźć mogliśmy prawie wszystko oprócz tytułowych listów. No dobrze, listy były, a dokładnie to dwa krótkie listy Miłosza i trzy listy (plus jeden faks!) Szymborskiej. W tomie liczącym 264 strony.

Problemów z książką Noiville jest więcej. Przykładem, o którym muszę choć wspomnieć, jest dylemat etyczny, a konkretnie pokaz hipokryzji – autorka podziwia Kunderę również za to, że nie cierpiał on biografów i biografii, a mimo to pisze swoją „biograficzną” książkę. Jak to tłumaczy? Nijak. Oczywiście wydaje się jej, że częstuje czytelnika pełnokrwistą rozprawą krytycznoliteracką (bzdura), a jeśli nawet jest to biografia, to intelektualna (półprawda). Tylko dlaczego w takim razie przeczytamy tu np. o złamanej kości udowej Kundery, afazji jego ojca, pierwszej żonie i „pierwszej kopulacji” (kolejny clickbait), chorobie i ostatnich słowach pisarza, wreszcie – o żonie płaczącej, że Milana już nie ma, „nic nie mówi”, „nie reaguje już” itd., itp.? A wszystko to z poczuciem wyższości, jeśli nie obrzydzeniem wobec innych biografów, tych „piorących brudy” i „grzebiących w pieluchach”.

Ktoś spyta: ale coś się tej biografii pani Noiville tak przyczepił? Ważne pytanie, dziękuję za nie. Naiwnie, idealistycznie i uparcie wierzę w to, że recenzent czy krytyk literacki powinien być przede wszystkim rzecznikiem literatury oraz czytelników, a w dużo mniejszym (jeśli nie w żadnym) stopniu samych pisarzy, o wydawnictwach i innych uczestnikach „pola literackiego” nie wspominając.

Krytyk powinien być przede wszystkim dla czytelnika, czyli powinien być sygnalistą, który alarmuje, krzyczy, ostrzega i przestrzega, jak również podpowiada, sugeruje, zachęca, poleca. I jeżeli np. książka nie jest – wbrew (pod)tytułowi – biografią lub zbiorem listów, jeżeli autorka jest bezkrytyczna i ślepo zachwycona swoim bohaterem, jeżeli dzieło budzi uzasadnione wątpliwości etyczne, to czytelnik powinien o tym zostać poinformowany przez recenzenta.

Dziękujemy!
( Film ) ( Rozmowa ) ( Małgorzata Sikora-Tarnowska )

„Dom dobry”. Przestańmy pytać, czy to możliwe. Rozmowa z Mają Kuźmicz, kierowniczką Niebieskiej Linii

W przeciwnym wypadku naprawdę nie ma się co dziwić, że czytelnicy nie potrzebują krytyków, a uczciwych rekomendacji i ostrzeżeń szukają wszędzie indziej, czyli np. na Instagramie, TikToku, Facebooku czy serwisach w rodzaju Lubimy Czytać. Oczywiście podejście, o którym piszę, jest samobójczą strategią, bo w efekcie na przykład obrażony autor nigdy nie da ci wywiadu i nie poda ręki, a obrażone wydawnictwo nie wyśle już żadnego egzemplarza recenzenckiego, nie zaprosi do prowadzenia spotkania autorskiego czy nie poprosi o napisanie blurba na okładkę. Nie dziwi więc, że jest to podejście rzadko praktykowane. I doprecyzuję może, że mam tu na myśli przede wszystkim pisanie o książkach w mediach mainstreamowych, bo zaraz znów przybiegną do mnie autorki i autorzy „Małego Formatu” czy innej „Twórczości” z pretensjami, że nie mam najmniejszego pojęcia o ich bezkompromisowych szkicach.

Skoro żartem zacząłem, żartem na 1 kwietnia też zakończę. Uwaga, leci jeden z moich ulubionych dowcipów:

Dwóch policjantów szuka prezentu urodzinowego dla swojego komendanta.

– Może książkę? – pyta jeden z nich.

– Eeee, nie, książkę już ma! - odpowiada rezolutnie drugi.

Miejmy nadzieję, że tą jedną jedyną książką nie była „biografia” Kundery. Jeśli tak, niechęć do kupowania kolejnych książek w prezencie jest tu jak najbardziej uzasadniona.

Florence Noiville, „Milan Kundera: Pisać, cóż za dziwny pomysł!”
tłumaczenie: Oskar Hedemann
Wydawnictwo W.A.B., 2025

( Mintowe Ciasteczka )

Nasza strona korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Jeżeli chcesz dowiedzieć się jak to działa, zapraszamy na stronę Polityka Prywatności.