Modernizm budował się na bagnach. Artyści opowiadają inną historię Gdyni
( 04.08.2026 )
Gdynia przez sto lat obrastała kolejnymi mitami: miasta z morza i marzeń, białego modernizmu, portowego sukcesu, polskiego okna na świat. „Sny o Gdyni” to wielogłosowy spacer przez historię, podczas którego artyści i artystki zaglądają pod białe elewacje i pytają, z czego naprawdę zbudowano ten mit.
Gdynia od początku była snem. Nie tylko miastem, ale przede wszystkim projektem. Obietnicą, że nad Bałtykiem można zbudować wszystko od nowa. Lubię początek książki „Gdynia obiecana” Grzegorza Piątka. Autor przywołuje historię Zosi Smętek, która przeszła tranzycję płciową i stała się Witoldem Smentkiem. Jeszcze jako Zosia spotykała się z chłopakiem, który nie potrafił się pogodzić z tą przemianą. Kiedy Witold musiał mierzyć się z kąśliwymi komentarzami i docinkami, ów były postanowił uciec do Gdyni, a później został marynarzem.
W tym fragmencie Gdynia jawi się jako miasto, w którym można zacząć od nowa. Zgubić się w tłumie, porzucić dawną tożsamość, rozpocząć nowe życie. Wydaje mi się, że przez sto lat istnienia miasta właśnie ta obietnica powracała najczęściej. Nie modernizm, nie port i nie morze, ale możliwość odcięcia się od przeszłości.
Podobnie pisała o niej Maria Dąbrowska. Opisywała Gdynię jako niewielką wioskę rybacką, która w niezwykle krótkim czasie przeobraziła się w ogromne, na wskroś nowoczesne, a wręcz „jutrzejsze” miasto – miejsce eksperymentów i śmiałych wizji. To tutaj trafiali ludzie uciekający z Rosji. Była przeciwieństwem poniemieckiego Gdańska. Każdy przybywał tu skądś, a wszyscy wspólnie budowali miasto od podstaw, jeszcze wtedy, gdy było ono właściwie wsią.
Myślę o tym także wtedy, kiedy czytam „Sen o Gdyni” Juliana Rummella. Rummel był dyrektorem Żeglugi Polskiej, jednym z najważniejszych propagatorów idei Polski morskiej, pionierem i pomysłodawcą Święta Morza. W 1934 roku opublikował tekst, w którym snuł wizję Gdyni przyszłości – miasta, jakie mogłoby powstać za dwadzieścia lat. Pisał więc o latach pięćdziesiątych, kreśląc obraz nowoczesnej metropolii Polski: centrum gospodarczego Bałtyku, stolicy turystyki, miasta zieleni, wzorcowej urbanistyki, nauki, kultury i edukacji, miasta otwartego na świat i symbolu nowoczesnego państwa.
Świętojańska 1, Gdynia, fot. Ola Mac
Część tej wizji rzeczywiście się spełniła. Do dziś Gdynia pozostaje miejscem, w którym odbywa się największy festiwal filmowy w Polsce i jeden z najważniejszych festiwali muzycznych. Miasto jest powszechnie kojarzone ze słynną modernistyczną architekturą, do portu nadal przypływają statki z całego świata, a przez miasto przewijają się tysiące ludzi.
To wszystko doprowadziło do tego, że wokół Gdyni narósł także mit. Grzegorz Piątek, choć zaczyna swoją książkę od fascynującej opowieści o mieście możliwości, później ten mit konsekwentnie dekonstruuje. Znacznie częściej o Gdyni mówi się z zachwytem niż z krytycznym dystansem. Łatwiej ją idealizować, niż uczciwie przyjrzeć się temu, czym naprawdę jest dzisiaj.
Przy okazji premiery „Gdyni obiecanej” Piątek powiedział mi coś, co bardzo zapadło mi w pamięć: największa migracja między gminami w Polsce odbywa się właśnie z Gdyni do Kosakowa – miejsca, gdzie dziś odbywa się Open'er Festival. Mija niemal sto lat od powstania manifestu Rummella i sto lat od narodzin miasta, a jesteśmy zaledwie chwilę po kolejnym Open'erze – wydarzeniu o światowej renomie, podczas którego sama Gdynia właściwie nie zaistniała jako bohaterka. To paradoks. Miasto mogłoby wykorzystać tę okazję, aby wyraźniej opowiedzieć o sobie i swojej historii, a jednak pozostaje w cieniu wydarzenia, które przecież kojarzy się przede wszystkim z Gdynią.
Tym bardziej warto więc zwrócić uwagę na inicjatywę, która próbuje opowiedzieć o mieście w inny sposób, czyli o projekcie „Sny o Gdyni”, zainicjowanym przez Galerię Przypływ. Galeria powstała dwa lata temu w modernistycznym mieszkaniu w Bankowcu, ale szybko okazało się, że ta przestrzeń była zbyt mała. Z okazji stulecia miasta wyszła więc poza mury budynku.
Natasha leży w sali YMCA
„Sny o Gdyni” to zaproszenie do spaceru po mieście. Nie zatrzymuje się na Kamiennej Górze ani przy białych fasadach modernizmu. Zagląda głębiej – do piwnic, podwórek, pustych lokali i zapomnianych historii.
Zaczynam w YMCA przy ulicy Żeromskiego. Czy w dniu otwarcia Gdyni naprawdę czuć stulecie miasta? Czy da się dostrzec jakieś poruszenie? Stoję pośrodku ogromnej sali i przez chwilę bardziej przyglądam się architekturze niż ludziom. To budynek, którego historia sięga jeszcze czasów przedwojennych. Po wojnie służył jako hala sportowa, ale od początku projektowano go z rozmachem. Wnętrze przypomina statek. Trybuny na piętrze wyglądają jak pokładowe balkony, okna mają kształt bulajów, a przez ogromne luksfery wieczorami przebija światło odbijające się od budynku naprzeciwko. Powoli zaczyna się otwarcie.
Bywałem już na wielu wydarzeniach w Gdyni, ale takiego tłumu dawno nie widziałem. Nagle okazuje się, że historia miasta potrafi tylu ludzi zgromadzić w jednym miejscu. Po krótkich przemówieniach pojawia się kolejne zaskoczenie. Pierwsze prace nie znajdują się w reprezentacyjnej sali, lecz trochę na zapleczu. Przez ciężkie zasłony przechodzimy do niewielkiej przestrzeni ukrytej z tyłu budynku. Robi się ciasno. Ludzie próbują znaleźć dla siebie miejsce, oglądają prace niemal ramię w ramię. Jest duszno, intensywnie, gęsto. Tłum napiera, ale jest w tym coś ekscytującego.
W tym ścisku odruchowo chowam się za rzeźbą „Kto się boi Nataszy?” autorstwa C.T. Jasper i Joanny Malinowskiej. To nieprzypadkowy wybór. Przez niemal cztery dekady jednym z najbardziej rozpoznawalnych punktów Skweru Kościuszki była „Natasza” – potoczna nazwa Pomnika Braterstwa Polsko-Radzieckiego. Odsłonięty w 1953 roku monument miał symbolizować sojusz Polski i Związku Radzieckiego, ale dla mieszkańców szybko stał się przede wszystkim znakiem epoki. Po 1989 roku został usunięty ze Skweru Kościuszki, a figura trafiła na Cmentarz Żołnierzy Radzieckich w Redłowie. Dziś jest już zaledwie wspomnieniem. Powstała więc replika, którą tu ustawiono w pozycji leżącej, jakby chciała odpocząć od tej całej historii.
To chyba najlepszy możliwy początek tej wystawy. Bo od pierwszych minut staje się jasne, że „Sny o Gdyni” nie będą opowiadać o Gdyni z folderów turystycznych. Kuratorki Agaty Abramowicz nie interesuje miasto sukcesu ani modernistyczna legenda, tylko pamięć. To, co zostało wyparte, zapomniane albo przykryte kolejnymi warstwami miejskiej opowieści.
C.T. Jasper i Joanna Malinowska, „Kto się boi Nataszy?”, fot. Ola Mac
Inna strona Świętojańskiej
Wystawa nie mieści się w jednym budynku. Idę Świętojańską, która zawsze wydawała mi się osią Gdyni. Przecina się z ulicą 10 lutego – która prowadzi od dworca w stronę morza – i skupia w sobie niemal wszystkie miejskie marzenia. Modernistyczne kamienice, witryny sklepów, kawiarnie, białe elewacje. To właśnie tutaj najłatwiej uwierzyć w opowieść o mieście przyszłości, którą niemal sto lat temu snuł Julian Rummel.
Przy Świętojańskiej 1 czeka ogromna realizacja Mariusza Warasa. Artysta w niewielkim lokalu stworzył „Turboot”, fikcyjny pojazd przyszłości – coś pomiędzy samochodem a samolotem. Futurystyczną maszynę, która mogłaby poruszać się po mieście jutra. Inspiracje popkulturą są wyraźne, można dostrzec echa „Powrotu do przyszłości”, ale równie mocno wybrzmiewa tutaj międzywojenny modernizm. Obłe kształty pojazdu wydają się naturalnym przedłużeniem gdyńskiej architektury. Przez chwilę myślę nawet, że właśnie taki obiekt mógłby znaleźć się w broszurach promujących Gdynię lat trzydziestych. Rummel byłby zachwycony. Waras pokazuje miasto, które nadal wierzy w jutro, w technologię, w nieustanny ruch i modernizację. Miasto, które nigdy nie przestało śnić. Kiedy jestem tu wieczorem, podświetlone wnętrze z pracą i artystą w środku wygląda jak obraz Edwarda Hoppera.
Mariusz Waras, „Turboot”, fot. Ola Mac
Kilka kroków dalej Marcin Zawicki otwiera zupełnie inną Gdynię. Schodzę do przestrzeni przypominającej wnętrze miasta, jego podziemia, bebechy. Wilgoć, pajęczyny, zatęchłe ściany. To miejsce nie próbuje być estetyczne – jest niepokojące, a jednak trudno od niego odejść. Jak to często bywa u Zawickiego – odpycha i jednocześnie przyciąga. „PleŚnienie” opowiada o organizmie ukrytym pod miastem, karmionym odpadami i ściekami, wszystkim tym, co przez dekady zakopywano pod ziemią. To niemal fantastyczna opowieść o Gdyni, ale jednocześnie trudno nie potraktować jej jako metafory. Okazuje się, że modernistyczne marzenie ma swoje podziemia.
Marcin Zawicki, „PleŚnienie”, fot. Ola Mac
Miasto z torfu, miasto ludzi
Najdłuższy przystanek robię w tymczasowej galerii przy Abrahama 62. Tu „Sny o Gdyni” mówią o materiale, z którego zbudowane jest miasto.
Agnieszka Rowińska w pracy „Studia światła w wiklinie” wykorzystuje wiklinę i kaszubskie plecionkarstwo, zamieniając tradycyjne kosze w świetlne portrety balansujące między snem a pamięcią. Jacek Wielebski w pracy „Szklana pamięć” opowiada historię dziewczyny, która po śmierci męża przez lata zbierała nad morzem kawałki szkła, a on ukazał je w wielkoformatowej pracy. Efektem jest przejmująca opowieść o żałobie, cierpliwości i morzu, które jednocześnie zabiera i oddaje. Kilka kroków dalej w pracy „Sklep z pamiątkami” Magda Pela robi coś pozornie prostszego. Spaceruje po Gdyni i zbiera odciski miasta. Fragment hali targowej (zabieram ze sobą), kawałek poręczy, detal rzeźby, fragment kościelnej ściany czy miejskiej mozaiki odbija na porcelanowych formach. Nie produkuje pamiątek z Gdyni. Pozwala zabrać ze sobą dosłownie kawałek miasta.
Agnieszka Rowińska, „Studia światła w wiklinie”, fot. Ola Mac
Obok Mathis Esnault w „Ignis Fatuus” zamyka w szklanych naczyniach wodę z gdyńskich bagien. To jedna z najbardziej poetyckich realizacji na wystawie. Przypomina, że zanim powstał port i modernistyczne kamienice, były tu mokradła. Że pod asfaltem i betonem nadal istnieje inny krajobraz, choć już go nie widzimy. Najmocniej działa praca „Czarne złoto. Kiedy postawa staje się formą” Patrycji Orzechowskiej. Artystka stworzyła blisko tysiąc cegieł z torfu. Materiału, który przez lata wydobywano na terenach dzisiejszej Gdyni. Antypomnik dla anonimowych robotników, którzy osuszali bagna, budowali port i mieszkali w dzielnicach takich jak Pekin czy Meksyk – prowizorycznych osiedlach biedy, o których modernistyczna legenda Gdyni najchętniej by zapomniała.
Patrycja Orzechowska,„Czarne złoto. Kiedy postawa staje się formą”, fot. Ola Mac
Te prace nie opowiadają o nowoczesnej Gdyni, tylko o tym, co znajduje się pod nią. Pod modernizmem odkrywają torf. Pod białymi elewacjami – bagna. Pod historią sukcesu – pracę fizyczną. Pod miejską legendą – pamięć ludzi, których nazwisk nikt dziś nie pamięta. To zaskakujące, jak bardzo ta wystawa dialoguje z książką Grzegorza Piątka. Autor pokazał, że Gdynia nigdy nie była wyłącznie miastem modernistycznych willi i reprezentacyjnych bulwarów. Była także miastem biedy, prowizorycznych baraków, migrantów i robotników. Miastem zbudowanym rękami ludzi, którzy rzadko trafiali na fotografie. „Sny o Gdyni” nie próbują obalić mitu Gdyni. Próbują jedynie pokazać, z czego ten mit został zbudowany.
Mathis Esnault, „Ignis Fatuus”, fot. Ola Mac
Kiedy wychodzę z Abrahama 62, mam wrażenie, że od kilku godzin chodzę po dwóch miastach jednocześnie. Po Gdyni oglądanej z piętra, z poziomu modernistycznych balkonów. I drugiej, ukrytej pod spodem. Po drodze mijam realizacje Traffic Design, zaglądam na „ulicę kantorową”, zatrzymuję się przy jednej z modernistycznych kamienic: Bank Polski wypełniony apartamentowcami.
Ale to fasady – „Sny o Gdyni” pokazują ludzi, którzy stoją za pięknem tego miasta. To prawda, że samo miasto powstało odgórnie. Było projektem II Rzeczypospolitej, odpowiedzią na istnienie Wolnego Miasta Gdańska i symbolem polskich aspiracji morskich. Ale wszystko, co wydarzyło się później, miało już charakter oddolny. Gdynię budowali ludzie, którzy tu przyjeżdżali. Jedni przywozili doświadczenia z innych części Polski, inni zostawali na całe życie. To oni nadawali temu miejscu rytm. Najpierw byli pionierzy portu. Potem przedsiębiorcy zakładający swoje biznesy po transformacji – to na Świętojańską jeździło się na zakupy.
Za nimi pojawiali się społecznicy, muzycy, animatorzy kultury i artyści. Ludzie, którzy tworzyli miejsca istniejące czasem przez kilka miesięcy, czasem przez kilkadziesiąt lat.
Gdyńska Cyganeria, Klub Ucho, Globaltica, Pokusa, Fyrtel. Wszystko na skraju prawdziwego miasta i nowej deweloperki. Wytwórnia Coastline Northern Cuts i gdyńska scena rapowa pokazujące, że Trójmiasto wypracowało własny język muzyczny, inny od tego, co dzieje się w Warszawie czy Krakowie. Wspaniały Drugi Dom na uboczu w Gdyni Redłowo. Traffic Design, od lat zmieniający estetykę miasta.
Happy End
Na koniec idę tam, gdzie to wszystko się zaczęło – do Galerii Przypływ. W nowoczesnym, minimalistycznym i eleganckim wnętrzu trudno nie czuć aury white cube’a. Najdłużej z zobaczonych tu prac zostaje ze mną „Happy End”, namalowana temperą jajową przez Kingę Burek. To alternatywna mapa Trójmiasta, w której Gdynia nigdy nie powstała. Gdańsk pozostaje polskim miastem, nie wybucha II wojna światowa, a tam, gdzie dziś stoi port i modernistyczne kamienice, rozciągają się lasy, bagna i siedliska dzikich zwierząt. Żart, który zatrzymuje.
Kilka kroków dalej dokumentacja „Biura Ewidencji Masek” C.T. Jasper i Joanny Malinowskiej przypomina inną historię miasta: marynarzy, którzy z podróży do Afryki przywozili maski, rzeźby i egzotyczne przedmioty. W wielu gdyńskich mieszkaniach były one kiedyś codziennością. Dzisiaj stały się śladem miasta otwartego na świat, ale również pytaniem o to, jak z perspektywy lat i kontekstu zmienia się ich znaczenie. Obok Agata Nowosielska w pracy „Okrągły stół” maluje świat po katastrofie. Świat, w którym historia nie jest zamkniętym rozdziałem, lecz czymś, co może powtórzyć się w każdej chwili. Ale wychodząc z galerii, myślę przede wszystkim o czymś innym.
C.T. Jasper i Joanna Malinowska „Biuro Ewidencji Masek”, fot. Ola Mac
Piszę tekst tuż po zakończeniu Open'er Festival. Jedna z największych imprez muzycznych w Europie odbywa się właściwie tuż obok miasta, a jednak podczas jej trwania bardziej widoczna była gmina Kosakowo niż sama Gdynia. Paradoks: miasto świętuje stulecie, ale nie potrafi wykorzystać największego wydarzenia odbywającego się pod własnym adresem, by opowiedzieć swoją historię.
Może właśnie dlatego festiwal „Sny o Gdyni” okazuje się tak potrzebny. Zamiast budować kolejną jubileuszową narrację, rozprasza się po mieście. W czasie Open'era na terenie festiwalu można było zobaczyć „Harmonoise” Sainera z muzyką Daniela Szlajndy – hipnotyczną animację obrazów – a później pójść śladem pozostałych realizacji rozsianych po Gdyni. To zaproszenie do ponownego przeczytania miasta.
Bo „Sny o Gdyni” nie opowiadają o białym modernizmie ani o sukcesie portu. Pokazują bagna, torf, biedne dzielnice, rzeczy nieoczywiste, trochę ukryte, trochę wyśnione. Kontrastują z monumentalną wizją miasta budowaną przez dekady i przypominają, że prawdziwa historia Gdyni rozgrywa się nie tylko na reprezentacyjnych bulwarach. Nie w białym modernizmie ani w śnie Juliana Rummella, lecz w ludziach i ich nieoczywistych spojrzeniach na miasto, które tu, na wystawie, nagle się kumulują.
Kinga Burek, „Happy End”, fot. Ola Mac
Festiwal Sztuki „Sny o Gdyni”
13 czerwca – 27 września 2026
kuratorka: Agata Abramowicz