Musimy patrzeć poza algorytm. Rozmowa z Zolą Jesus

Musimy patrzeć poza algorytm. Rozmowa z Zolą Jesus

( 23.05.2025 )

Mieszkam w wiejskim, bardzo konserwatywnym obszarze, ale rozumiem, o co chodzi ludziom z mojego otoczenia. Wszyscy przynależą do klasy robotniczej i dążą właściwie do tego samego co ja – ale ktoś inny żeruje na ich strachu, za pomocą innych metod. Dlatego musimy uczyć się patrzeć poza algorytm i dostrzegać fundamentalne wartości, które nas łączą.

23 maja Zola Jesus ponownie wystąpi w Polsce, ale koncert w gdańskim Klubie Żak będzie wyjątkowy, bo usłyszymy nie tylko głos artystki i jej grę na fortepianie. Na scenie pojawi się również lokalny, choć już światowej sławy, NeoQuartet. Amerykańska artystka o ukraińskich korzeniach opowiedziała nam o tym, co dzieje się obecnie w jej muzyce i jak zachować optymizm w obliczu gwałtownych zmian, które zachodzą w Stanach Zjednoczonych niemal każdego dnia.

Od kilku lat podczas występów grasz wyłącznie na fortepianie. Tęsknisz już za elektronicznym brzmieniem czy wręcz przeciwnie?

I jedno, i drugie. Uwielbiam koncerty fortepianowe. Gram w ten sposób na tyle długo, że czuję się z tą formułą bardzo oswojona, ale chciałabym też wrócić do skakania, tańczenia, nawiązywania kontaktu wzrokowego z publicznością. Czasami brakuje mi na scenie zespołowej energii, co może być znakiem, że nadszedł już czas, by dokończyć nowy album (śmiech).

Pod koniec maja ponownie wystąpisz w Polsce, ale tym razem nie sama, tylko z gdańskim NeoQuartetem. To nie będzie pierwszy raz, kiedy współpracujesz z kwartetem smyczkowym.
 

Występowałam z kwartetami wielokrotnie. W 2012 roku grałam z Mivos Quartet w nowojorskim Muzeum Guggenheima, a na bazie przygotowanych wtedy aranżacji powstał album „Versions” ze smyczkowymi wersjami moich utworów. Mam klasyczne wykształcenie i posługuję się śpiewem operowym, więc wszystkie te instrumenty i orkiestrowa muzyka nie są mi obce. Do tego bardzo lubię reinterpretować moją muzykę w nieoczywisty, akustyczny sposób. Uważam wręcz, że jest to dla niej pewnego rodzaju próba, bo kiedy odejmuję całą tę elektroniczną warstwę i cyfrowe dodatki, wyłania się jej prawdziwy fundament. Dlatego tak bardzo lubię koncerty z samym fortepianem – pozwalają dotrzeć do esencji muzyki.

Dziękujemy!

Zola Jesus, fot. Shervin Lainez



W ten sposób można przetestować jakość muzyki – jeżeli broni się w wersji na fortepian solo, sprawdzi się również w obszerniejszej aranżacji.

Usłyszałam coś podobnego wiele lat temu i od tamtego czasu uznaję to za parametr wskazujący, czy dany utwór jest dobry, czy nie. Jeżeli tworzę coś na innym instrumencie, w końcu i tak siadam do fortepianu i sprawdzam, jak to brzmi bez produkcyjnych dodatków. Zbyt często polega się dzisiaj na całej tej ornamentyce i możliwościach komputerów.

Kwartety smyczkowe na ogół nie komponują muzyki, którą wykonują. Nadają własny charakter już istniejącym, często bardzo wiekowym utworom. Byłabyś w stanie tworzyć w ten sposób? Korzystać z własnego głosu, ale cudzego słownictwa?

*Reklama

W ostatnim czasie wykonuję kilka cudzych utworów, między innymi „Dido’s Lament” Henry’ego Purcella czy folkowe piosenki z Ukrainy i Armenii. Nie jest to dla mnie nowość, bo duża część mojej edukacji muzycznej polegała na śpiewaniu już istniejącego repertuaru. Ale na pewno jest to większe wyzwanie niż zajmowanie się własną twórczością, bo jestem wtedy porównywana do wielu utytułowanych postaci, chociażby Marii Callas albo Renaty Tebaldi. Jest to jednak także szansa na pokazanie, co odróżnia mnie od innych wokalistek, a im jestem starsza i im większe mam doświadczenie jako kompozytorka, tym większą pewność siebie odczuwam, mierząc się z klasycznym repertuarem. 

Czy wykonywanie cudzej muzyki jest podobne do wykonywania własnej, ale sprzed wielu lat? Domyślam się, że jesteś dzisiaj inną osobą niż ta, która skomponowała „Poor Sons” siedemnaście lat temu.

Niedawno ćwiczyłam utwory, które wykonam w Gdańsku z kwartetem smyczkowym i było to dość dziwne doświadczenie. Sama je skomponowałam w 2010 i 2011 roku, ale nie śpiewałam ich od bardzo dawna, więc teraz wydają się pochodzić z innego życia. Jestem już inną osobą, mój głos i moja muzykalność zmieniły się w ogromnym stopniu, więc rzeczywiście pojawia się wrażenie obcowania z twórczością kogoś innego.

Ale odczuwasz bliską więź z nimi?

Jak najbardziej, ale to więź innego rodzaju. Czuję się trochę tak, jakbym zakładała ubrania młodszej siebie – leżą dobrze, ale postrzegam je zupełnie inaczej. Jestem starsza i bardziej dojrzała, więc inaczej interpretuję słowa, które napisałam lata temu. To się zresztą nieustannie zmienia i na pewno za kilka lat będę miała jeszcze inne wrażenia.

Dziękujemy!

Zola Jesus, fot. Shervin Lainez

Co się jeszcze zmieniło przez te wszystkie lata?

Właściwie wszystko. Nie powiem nic nowego, jeśli w pierwszej kolejności wskażę na presję związaną z koniecznością ciągłego przebywania w mediach społecznościowych. Cała ta sfera wizualna od filmików po zdjęcia wydaje się wręcz ważniejsza od muzyki. Dochodzi do tego presja, by tworzyć szybko i nie poświęcać zbyt wiele czasu na dopracowywanie muzyki.

Mniej chodzi dziś o muzykę, a bardziej – o kult jednostki. Ciągłe zabieganie o wiralowe treści i podejmowanie przeróżnych działań, które nie mają niczego wspólnego z muzyką. Nie biorę w tym udziału, ale wyraźnie widzę, że tym stała się dzisiaj cała ta branża.

Kiedy rozmawialiśmy we wrześniu 2023 roku, poruszyliśmy wiele aktualnych problemów, od  pandemii po bezsensowną wojnę w Ukrainie. Podkreślałaś, że wciąż jest wiele dobrego przed nami – zdołałaś zachować optymizm?

Dziękujemy!
( Maria Karpińska ) ( Kinga Sabak )

Co czytać w lutym? Redaktorki Mint polecają

Zachowanie optymizmu stało się ekstremalnie trudne (śmiech), ale wciąż się tego trzymam. To trudny rodzaj optymizmu, wymagający zrozumienia, że nie da się tworzyć bez niszczenia. Nie jest łatwo, ale trzeba z uporem walczyć o przyszłość, bo pozytywne efekty widać już dzisiaj, nawet jeżeli spotykają się ze sprzeciwem.

Trudne jest też to, z kim toczymy dziś walki. Rozbieżność w fundamentalnych wartościach jest dziś tak duża, że coraz trudniej przychodzi porozumiewanie się z własnym sąsiadem.

Niestety ten podział będzie się pogłębiał, choć tak naprawdę wszyscy chcemy tego samego. Mieszkam w wiejskim, bardzo konserwatywnym obszarze, ale rozumiem, o co chodzi ludziom z mojego otoczenia. Wszyscy przynależą do klasy robotniczej i dążą właściwie do tego samego co ja – ale ktoś inny żeruje na ich strachu, za pomocą innych metod. Dlatego musimy uczyć się patrzeć poza algorytm i dostrzegać fundamentalne wartości, które nas łączą. Mam jednak świadomość, że przy obecnym stanie świata i rozwoju technologii nie będzie to łatwe.

Codziennie docierają do nas nagłówki i filmiki z Ameryki, które wzbudzają coraz większe przerażenie, ale perspektywa kogoś, kto żyje w Europie Środkowej, jest pewnie inna od perspektywy osoby doświadczającej tego wszystkiego na miejscu. Jak bardzo zmieniła się twoja rzeczywistość, od kiedy Donald Trump ponowne objął urząd prezydenta?

Żaden z nagłówków, które czytałeś, nie jest przesadzony, tutaj naprawdę doszło do psychozy (śmiech). Boję się nawet podróżować, bo nie wiem, czy zostanę wpuszczona z powrotem, czy będę szczegółowo przeszukiwana, i co jeszcze może mnie czekać. Wszystko gwałtownie się zmienia, a w sieci krążą niedorzeczne historie. Z jednej strony jestem uprzywilejowana i mogę czuć się bezpieczniejsza od wielu innych osób, z drugiej to i tak nie sprawia, że czuję się bezpieczna. Na pewno jednak chwilowa ucieczka do Europy dobrze mi zrobi.

Zastanawiałem się nad tym, bo kiedy widzę twoje zdjęcia i filmiki z Wisconsin, mam wrażenie, że mieszkasz w spokojnym, niemal bajkowym miejscu. Potrzeba wyjechania do Europy to rodzaj eskapizmu?

Koncept eskapizmu jest interesujący, bo trzeba się zastanowić, od czego właściwie uciekamy. Kiedy myślę o moich przodkach – a pochodzę z rodziny rolniczej, żyjącej na ukraińskich stepach – wiem, że wiedli trudne życie, ale przed niczym nie uciekali. Tak naprawdę nie wiedzieli o strasznych wydarzeniach rozgrywających się równolegle w Niemczech, we Francji albo w dowolnym innym miejscu na świecie. Mieli własne problemy i własne radości dnia codziennego. Myślę, że tego powinniśmy dzisiaj szukać – więzi z naszą codziennością, by doniesienia z całego globu za bardzo nas nie przytłoczyły. Trzeba wzmacniać swój wewnętrzny spokój dbaniem o własne życie i najbliższe osoby. Nie wiem więc, czy moje nastawienie do życia to eskapizm, czy sposób na odnalezienie spokoju. Tylko ono pozwala mi przetrwać wszystko, co dzieje się dookoła.

Dziękujemy!

Zola Jesus, fot. Shervin Lainez


Minęły blisko trzy lata odkąd wydałaś „Arkhon”, a także album koncertowy. Od tego czasu opublikowałaś swoją wersję „Plyve Kacha”, ukraińskiej piosenki ludowej, która ma drugie znaczenie – symbolizuje protest przeciwko rosyjskiej agresji. Oprócz tego wystąpiłaś gościnnie u Patricka Wolfa w utworze „Limbo”. To dwa bardzo odmienne oblicza twojej twórczości. W jakim stopniu odzwierciedlają to, czym zajmujesz się obecnie?

Zdecydowałam, że dam sobie sporo czasu na przygotowanie kolejnego albumu, by jeszcze bardziej dojrzeć jako artystka i pozbyć się całej tej presji, którą odczuwałam na wcześniejszych etapach działalności. Zajmie to jeszcze tyle czasu, ile będzie konieczne.

Jeżeli chodzi o ukraińską piosenkę folkową, szukałam w niej sposobu na nawiązanie więzi z moimi korzeniami. Zależało mi na wyrażeniu empatii i współczucia, ale też na stworzeniu ekspresyjnej interpretacji, nawet jeżeli przemawia przez nią ból. Dla mnie zresztą przybierający fizyczną postać, bo śpiewanie w ten sposób nie jest łatwe. W ten sposób walczę też z towarzyszącym mi od lat poczuciem, że wszystko w moich nagraniach powinno być maksymalnie sterylne.

A jak było z Wolfem?

Do tej współpracy doszło z kolei w bardzo naturalny sposób. Odezwał się z pytaniem, czy chciałabym nagrać z nim ten kawałek i od razu się zgodziłam. Uwielbiam ten utwór, jest bardzo popowy i euforyczny, wprawia mnie w dobry nastrój.

Nowy album tworzę odwrotnie niż dotychczas. Podchodzę zupełnie inaczej do tego, czym jest dla mnie muzyka i komponowanie. Chcę, żeby była w tym procesie radość, żeby było oczyszczenie i żeby album był rezultatem współpracy z innymi osobami. To nawet nie ode mnie zaczęły się te wszystkie utwory – najpierw były partie perkusyjne. Proces jeszcze trwa. Zobaczymy, co będzie dalej, ale na pewno nie jest mi spieszno.

Dobrze to słyszeć, bo kiedy ostatnio rozmawialiśmy, wspominałaś, że z trudem przychodzi ci oddawanie choćby niewielkiej kontroli nad swoją muzyką.

Traktuję tę metodę jak lekarstwo na tkwienie w miejscu. Wcześniej każdy utwór komponowałam w identyczny sposób, a później wściekałam się na siebie, że nie wychodzi mi nic nowego. Miałam wrażenie, że w kółko się powtarzam i wreszcie zrozumiałam, że potrzebuję kogoś jeszcze, by przełamać schemat. Cieszę się, że w końcu trafiłam na osoby, którym mogę w pełni zaufać w nauce odpuszczania sobie.

Dziękujemy!

Zola Jesus, fot. Shervin Lainez

( Mintowe Ciasteczka )

Nasza strona korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Jeżeli chcesz dowiedzieć się jak to działa, zapraszamy na stronę Polityka Prywatności.