Na pół gwizdka. Recenzja serialu Leny Dunham „Na całego”
( 29.07.2025 )
Gdyby Lena Dunham mówiła prawdę w wywiadach, „Na całego” byłoby najlepszym, co przydarzyło się komedii romantycznej od czasu Hugh Granta. Miała dobre intencje, gorzej, że nie starczyło sił na realizację zamiarów. I tak zamiast serialu o miłości, który dekonstruuje romantyczny mit, dostaliśmy produkcję, która wzmacnia wiarę w konwencjonalne bajki o zakochaniu.
Lena Dunham, enfant terrible telewizji obyczajowej, triumfalnie powróciła na okładki kolorowych magazynów. Reżyserka, scenarzystka, producentka, wreszcie aktorka miała zaledwie 26 lat, gdy stworzyła „Dziewczyny” – serial ikoniczny i fundamentalny dla emocjonalnego wychowania milenialsów, a jednocześnie regularnie krytykowany za regresywną wizję świata tworzoną przez zdeklarowaną lewaczkę. Dunham w „Dziewczynach” pokazywała rzeczywistość, jaką znała. Białą i uprzywilejowaną. Niejednoznaczny odbiór paradoksalnie jednak działał na korzyść tej produkcji, bo „Dziewczyny” można było oglądać jak poważne studium tożsamości młodej kobiety, która buduje siebie metodą prób i błędów, z naciskiem na błędy. Albo jak satyrę: Dunham stworzyła czułą, ale jednak karykaturę antypatycznych narcyzek nieustannie szukających walidacji z zewnątrz.
Serial o miłości, ale bez serca
„Dziewczyny” skutecznie skruszyły kilka tabu. Hannah Horvath, główna bohaterka odgrywana przez samą Dunham, paradowała dumnie w przykrótkich szortach, a bezwstydna nagość kobiety, która nijak nie wpisuje się w limitujące kanony seksualnej atrakcyjności, tak psuła krew domorosłym estetom, że stała się feministycznym manifestem samoakceptacji.
Tematem, który rezonował najsilniej, były jednak platoniczne relacje między tytułowymi dziewczynami. Nikt tak precyzyjnie jak Lena Dunham nie ujął trudu, który towarzyszy budowaniu bezinteresownych, wspierających dziewczyńskich przyjaźni w patriarchalnej kulturze. Sześć lat temu brytyjski „The Guardian” umieścił „Dziewczyny” w notowaniu stu najlepszych seriali XXI wieku. To najważniejszy tytuł w twórczości Leny Dunham, która po zakończeniu produkcji w 2017 roku napisała nudny memuar, szukała sobie miejsca – też bez wielkiego powodzenia – na rynku feminizujących mediów, wydając newsletter z felietonami zaprzyjaźnionych celebrytek, a nawet zaczęła nagrywać podcast. Trochę produkowała. Coś reżyserowała. Na przykład pierwszy odcinek znakomitego serialu „Branża”, gęstego moralitetu o wielkich kosztach dużych ambicji (serial rozgrywa się w biurach banku inwestycyjnego). Albo zupełnie okropny film „Małe ukłucie”, bełkotliwą, nieprzemyślaną do końca opowieść o toksycznym romansie młodej dziewczyny i dorosłego mężczyzny.
“Dziewczyny”, HBO
„Na całego”, nowy serial, który zrealizowała dla Netfliksa, z tej perspektywy faktycznie wydaje się wielkim, wyczekiwanym zwycięstwem Dunham. Publiczność kupuje słodko-gorzki ton historii Jessiki i Felixa – pierwszy sezon zebrał ponad 80 proc. pozytywnych ocen w serwisie Rotten Tomatoes. Z kolei media nie są tak jednoznacznie entuzjastyczne. Bo choć o „Na całego” piszą wszyscy – budując złudne wrażenie istotnego wydarzenia – to nie wszyscy robią to pochlebnie. Co prawda „The New Yorker” upiera się, że Dunham tchnęła trochę życia w dogorywający gatunek komedii romantycznej, ale z kolei „The New York Times” brutalnie wytyka, że serialowi – jak na opowieść o szalonej magii miłości – zaskakująco brakuje serca, a w „The Guardian” z niesmakiem prychają, że miało być łamanie stereotypów, a wyszła konwencjonalna bajka. Nie da się oglądać „Na całego” bez odbijania się od „Dziewczyn”, zwłaszcza że Dunham w nowym serialu podejmuje te same tematy: ciała, relacji, seksu, zinternalizowanej mizoginii.
Lena Dunham kontra patriarchalny dekalog uwodzenia
Nie da się też oglądać „Na całego” w oderwaniu od prywatnego życia Dunham, która zresztą nie kryje, że stworzyła serial luźno inspirowany osobistymi doświadczeniami miłości na emigracji. Kilka lat temu Lena Dunham opuściła rodzinny Nowy Jork i wyjechała do Londynu w poszukiwaniu spokoju po publicznym i dotkliwym rozstaniu z wieloletnim partnerem, muzykiem i producentem Jackiem Antonoffem, znanym przede wszystkim ze stałej współpracy z Taylor Swift. Jej bohaterka, Jessica, okrutnie porzucona przez chłopaka, szuka sensu w brytyjskiej stolicy, gdzie spotyka Felixa, indierockowego muzyka, uroczego jak Hugh Grant w „Czterech weselach i pogrzebie”. Dunham w Londynie poznała swojego obecnego męża, Louisa Felbera, kompozytora i autora tekstów, który nagrywa alternatywne piosenki pod szyldem Attawalpa i z którym napisała scenariusz „Na całego”.
Nie da się też oglądać serialu Dunham, nie konfrontując go z klasyką komedii romantycznej, a więc przede wszystkim z tekstami Richarda Curtisa (wspomniane „Cztery wesela i pogrzeb”, „To właśnie miłość”) czy Nory Ephron („Bezsenność w Seattle”, „Masz wiadomość”), które wyposażyły całe pokolenia kobiet w autodestrukcyjne przekonania na temat heteronormatywnych związków (i mężczyzn też, nawet jeśli statystyki mówią, że gdy my nabierałyśmy się na mezalians z „Notting Hill”, oni oglądali „Gwiezdne Wojny: Mroczne Widmo”). Dunham opowiada w wywiadach, że w „Na całego” poddaje koniecznej krytyce perspektywę zbudowaną na bezkrytycznie oglądanych romcomach. Że jej serial jest trzeźwą refleksją dorosłej kobiety, która już nie wierzy w wyidealizowane mrzonki o miłości ponad przeszkodami, bo wie, że udana relacja wymaga wysiłku. „Trzeba się starać – nie wystarczy po prostu paść sobie w ramiona” – mówiła w niedawnym okładkowym wywiadzie dla magazynu „Variety”. „Gdy już jesteście razem, największym wyzwaniem, z którym trzeba się zmierzyć, jesteś ty sama. A przynajmniej tak było w moim przypadku”. Jessica z „Na całego”, którą gra komiczka Megan Stalter, siłuje się z relacją z przeszłości, która radioaktywnie promieniuje na związek z przyszłości. „Na całego” ma sens w intymnych scenach między Stalter a wcielającym się w Felixa Willem Sharpe’em, ale kompletnie traci rezon, gdy Dunham wysyła swoich bohaterów w świat. Wtedy scenarzystka grzęźnie w nieświeżych gagach. Raz śmieszkuje z kompromitującej konsumpcji używek, innym razem pisze absurdalną scenę seksu z emerytowaną dominą. Rozciąga odcinki, dodając zbędne wątki, wikła się w losy pobocznych postaci, nie trzyma tempa, a myśl przewodnia – ta intencjonalna polemika z wyłożonym w komediach romantycznych patriarchalnym dekalogiem uwodzenia – nie wybrzmiewa wystarczająco wyraźnie.
“Na całego”, Netflix
Przebłyski niezależności
„Jest coś magicznego w poznawaniu siebie w nowym miejscu, nawet jeśli momentami to bardzo samotne doświadczenie” – mówiła Dunham w tej samej, cytowanej już rozmowie z „Variety”. Reżyserka wypycha swoją bohaterkę na tę mityczną ścieżkę głębokiego, uzdrawiającego samopoznania, by przy pierwszej okazji odebrać jej szansę autonomicznej rewizji pomysłu na siebie. Zdecydowana większość komedii romantycznych mierzy wartość kobiety według stereotypowych norm, ponieważ fabuła jest budowana na założeniu, że pozycję kobiety w świecie określa to, czy posiada partnera romantycznego. Gdy wraz ze zmianą podejścia do relacji zmieniają się również przestarzałe oczekiwania społeczne wobec kobiet, a dobrowolne singielstwo już nie oburza jak kiedyś, kobiety dystansują się wobec bujd o tym, że absolutnego spełnienia doświadcza się tylko w parze.
Ciekawe wnioski z tej przemiany obyczajowej wyciągnął Joachim Trier w „Najgorszym człowieku na świecie”, za to Lena Dunham chyba w ogóle jej nie zauważa. Jessica od czasu do czasu domaga się uznania własnej odrębności, na przykład gdy eks, zblazowany recenzent Pitchforka, wyśmiewa jej miłość do piosenek Taylor Swift. Albo gdy Felix krytykuje jej ambicje zawodowe. Ale to jakieś pojedyncze przebłyski niezależności. Zazwyczaj myśli o sobie przez pryzmat obecnych bądź nieobecnych w jej życiu mężczyzn – byłego chłopaka, przyszłego chłopaka... A w międzyczasie, w zrywach furiackiej zazdrości, nagrywa wiadomości wideo do nowej narzeczonej byłego partnera, które publikuje na prywatnym koncie na Instagramie.
“Na całego”, Netflix
Kobiety pojednane
„Jako kobiety jesteśmy zmuszone patrzeć na siebie same i na inne w sposób bezlitosny, niezwykle krytyczny – w istocie nienawistny – jakbyśmy nieustannie musiały oceniać konkurencję, brały udział w wielkim wyścigu, w którym nagrodą jest uwaga mężczyzn (albo uwaga w ogóle), czując lęk i agresję. To uwarunkowanie może tłumić najpiękniejsze odruchy solidarności” – pisze dziennikarka, eseistka i ikona współczesnej feministycznej publicystyki Mona Chollet w swojej znakomitej książce „Wymyślić miłość na nowo. Jak patriarchat sabotuje związki między mężczyznami a kobietami”. I kontynuuje: „By móc pokonać tę odziedziczoną nieufność wobec innych kobiet, być może należałoby otwarcie się z nią zmierzyć, pamiętając, że tym razem nie chodzi o naszą wielkoduszność czy urok osobisty. Ten problem pojawia się w każdej dziedzinie naszego życia: w miłości, w sferze zawodowej czy w działalności społecznej…”. Serial Leny Dunham nie spełnia oczekiwań, gdy reżyserka brnie w naiwne fantazje albo komizm, ale za to okazuje się całkiem satysfakcjonujący, gdy doprowadza do pojednania dwóch skłóconych kobiety. To nie scena podczas protestu klimatycznego jest najbardziej romantycznym momentem w całym serialu, a spotkanie Jessiki i Wendy, byłej partnerki i nowej narzeczonej tego samego mężczyzny. Dunham nie mówi niczego, czego nie powiedziałaby już w „Dziewczynach”, ale wciąż rozumie niuanse kobiecej rywalizacji, którą narzuca nam kultura. Szkoda tylko, że to co ważne i błyskotliwe przegrywa z nieznośnym recyklingiem zgranych klisz. Już w tytule serial „Na całego” składa brawurową obietnicę. Niestety Lena Dunham realizuje ambitne założenia swojego projektu na pół gwizdka.
„Na całego”, Netflix