Najlepsze filmy roku 2025
( 23.12.2025 )
Topki, listy, rankingi – znam, słyszałem, a nawet kilka czytałem, unikam za to pisania własnych. Chodzi chyba o brak mocnego przekonania, że to, co najlepsze, mistrzowsko zrealizowane, bezbłędnie napisane, najcelniejsze, jest zarazem koniecznie najbardziej interesujące.
W Polsce samo pierwsze półrocze 2025 roku to blisko 160 premier kinowych, z czego dla operatorów kin najważniejsze były filmy dla dzieci i młodzieży: „Minecraft: Film” (70,8 mln widzów w I pół.), „Lilo & Stitch” (38,7 mln), „Sonic 3: Szybki jak błyskawica” (33,1 mln) oraz „Kleks i wynalazek Filipa Golarza” (25,6 mln). Czy w zestawieniach wypada pomijać te tytuły, skoro to od nich zależy branżowe być albo nie być? Albo czy wypada nie napisać o „Domu dobrym” Smarzowskiego, który przełamał złą passę polskiego kina nierozrywkowego i wyssał z domów ponad 2 miliony polslich złotych (stan na 9 grudnia)?
Ale skoro już dałem się w tę zabawę wciągnąć, to bawmy się – upupmy kilka filmów, niech się potem same tłumaczą, dlaczego zasłużyły na podium. To znaczy, spokojnie, ja też się z tego wytłumaczę. Nie mogę natomiast obiecać, że rzeczy, które znam, lubię i szanuję, są z całą pewnością „najlepsze”. Albo że do listy nie dopisałem czegoś pod publiczkę, kierując się vox populi moich koleżanek i kolegów piszących podsumowania. W tym roku co najmniej kilka mainstreamowych produkcji w taki czy inny sposób nawiązywało do teorii spiskowych, więc tę listę mogli mi równie dobrze podsunąć jacyś Oni. Telepatycznie lub za pieniądze.
„Harvest” (2024), reż. Athina Rachel Tsangari
Film, na który nikt w Polsce nie czekał i pewnie mało kto obejrzał – w ograniczonej dystrybucji, prześlizgnął się przez gęstwinę repertuarów niczym fantastycznie ubarwiona żmija przez wysokie trawy. Peter Bradshaw z „The Guardian” przyznał „Harvest” jedną gwiazdkę i określił zagadkowym mianem „folk non-horroru” – i jest to całkiem niezły prognostyk wysokiej jakości tego filmu. Bo Tsangari, owszem, sięga po elementy folkowej grozy, ale w ogóle nie po to, żeby uprawiać kino cytatów i atrakcji. W „Harvest” gatunkowy kontekst jest dużo szerszy i odnosi się do bogatej tradycji kontrkultury lat 60. i 70. – chodzi tu o kino reagujące na kryzys wspólnoty, a zarazem sięgające po ówczesne strategie oporu i alternatywy. Reżyserka zawiązała na szkockiej wsi coś w rodzaju twórczej komuny, żeby na przykładzie jednej niewielkiej społeczności, w kostiumie przeszłości alternatywnej – ni to średniowiecza, ni to świata z przełomu XVII i XVIII stulecia – zainscenizować możliwą reakcję ludu na narodziny nowoczesnej własności prywatnej i przemysłowego kapitalizmu. Przy czym jej wizja pozostaje bardzo współczesna – to w zasadzie film o nas, ludziach stojących w rozkroku między potrzebą buntu a pragnieniem komfortu. Z egzystencjalnego impasu rodzi się poczucie, że tak, to już najwyższa pora na działanie, ale może prześpijmy się z tym wszystkim przynajmniej do jutra.
„Harvest”, reż. Athina Rachel Tsangari © Jaclyn Martinez
„Brutalista” (2024), reż. Brady Corbet
Monumentalny, polaryzujący i napompowany reżyserskim ego. Dla jednych – pretensjonalny w każdym calu, dla innych – w każdym calu doskonały. W styczniu minie rok od polskiej premiery „Brutalisty”, ale dyskusja wciąż żyje – ci, którzy nie chcieli gnieść tyłków na 3,5-godzinnym seansie kinowym, zobaczyli film na streamingach i, wiadomo, albo się wkurzyli, albo zachwycili, albo nic ich ta pompa nie obeszła. Czy Corbet to apologeta Izraela i propagandzista spod znaku „Holocaust usprawiedliwia morderczą sztukę i morderczą politykę”? Czy reżyser przewidział, że w 2025 roku Trump będzie brutalnie gwałcił wszystko, co dla liberałów oczywiste i nienaruszalne? Ja swoją wykładnię zaproponowałem w okolicach premiery – możecie ją zresztą znaleźć na stronach Minta. Zdania nie zmieniam: „Brutalista” – czego byśmy się w nim nie doszukali i czego mu nie przypisali – skutecznie roznieca wiarę w kino wielkich opowieści (i wielkich uogólnień, które, no cóż, często idą z nimi w parze). Pytanie tylko, czy ta żarliwość nie wypali się po jednym sezonie.
„Brutalista”, reż. Brady Corbet, mat. prasowe a24
„Sirât” (2025), reż. Oliver Laxe
Na przykład po jednym sezonie w piekle. Bo jeśli gdzieś szukać przeciwwagi dla narracyjności „Brutalisty”, to właśnie w „Sirât”, filmie, który rozpuszcza własną opowieść i zostawia nas na obnażonej scenie w towarzystwie tańczących kościotrupów. Wielka historia ustępuje zmysłowemu doświadczaniu obrazów i dźwięków; intelektualna analiza – pierwotnym, afektywnym reakcjom na ruch ciał w monumentalnej przestrzeni. A ponieważ w tym roku przetrwałem też bliskie spotkania z filmami Glaubera Rochy – propozycją rewolucyjną, ekstremalną i zwyczajnie trudną do ogarnięcia – jestem zdania, że Laxe próbuje robić rzeczy w podobnym duchu: docierać do granic ekranu, znosić efekt dystansu i otwierać nas na rytualny wymiar kina. I na szczęście pozostaje w tych swoich ezoterycznych włóczęgach dużo bardziej przystępny. Na wszelki wypadek wolę jednak z góry ustalić reguły gry – jeśli jeszcze nie widzieliście „Sirât”, a planujecie oglądać ten film w domu, przygotujcie sobie dobre słuchawki, wyczyśćcie umysł z osadu myślenia przyczynowo-skutkowego i po prostu dajcie się kopnąć w potylicę. Najbliższa pozafilmowa analogia: spacer po rozchybotanym moście linowym, kiedy nie mamy nawet pewności, czy pod spodem znajduje się jakaś przepaść.
„Sirât”, reż. Oliver Laxe © Quim Vives
„Zniknięcia” (2025), reż. Zach Cregger
Prawdopodobnie najlepszy w tym roku film o NICZYM, z którego powstaje COŚ – na przykład horror filmowy. O „Zniknięciach” wiele już napisano, ale w pewnym momencie gremialny zachwyt został okrążony przez rozczarowanie – Creggerowi zarzucono, że wykonał pusty popis stylistyczny, rzecz z gatunku, uwaga, uwaga!, „kina za bardzo gatunkowego”. Inaczej – że nakręcił konwencjonalny film o niczym ważnym. I być może tak właśnie jest, tylko co w tym złego? Precyzyjnie rozrysowane na planie „Magnolii” P.T. Andersona, „Zniknięcia” udowadniają, że nawet maksymalnie gatunkowa narracja może sięgać po wysublimowane środki i prowadzić rozproszone nitki prosto do kłębka udanej całości. To także film o ludziach, którzy nie mając nic – na przykład żadnych szans na zwycięstwo ze zjawą – mimo wszystko robią coś i dają radę. Choć warto też sobie uzmysłowić, że zakończenie nie jest wcale tak uśmiechnięte, jak wszystkim się wydaje – materializacja nicości zawsze zostawia po sobie nieusuwalne piętno, które większość horrorów (włącznie ze „Zniknięciami”) woli oddelegować na zewnątrz kadru. A jeśli „nic” kojarzy wam się głównie z pustką intelektualną, zachęcam do lektury eseju Jakuba Popieleckiego – o tym, dlaczego filmy o niczym są ważne, dobre i potrzebne. Doskonała robota.
„Zniknięcia”, reż. Zach Cregger, mat. prasowe Warner Bros.
„Jedna bitwa po drugiej” (2025), reż. Paul Thomas Anderson
podaje rękę
„Eddington” (2025), reż. Ari Aster
Po co mi taka dwugłowa konstrukcja, skoro nowy Ari Aster powszechnie uchodzi za film, w którym „nie udało się wszystko”? No tak, pewnie dlatego, że się z tym nie zgadzam, ale chyba nie tylko. Jako dwie propozycje ujęcia tego samego tematu – amerykańskiego stanu ducha rozwalcowanego na prawicową miazgę przez Wielką Teorię Spisku (protestancki brak wiary w przypadkowość to element społecznego DNA Stanów Zjednoczonych) – „Eddington” i „Jedna bitwa po drugiej” sięgają po zupełnie różne poetyki oraz proponują odmienne punkty dojścia. Aster to raczej efekt obcości i maszynowa pustynia internetu, która niszczy wszelkie znaczenia i przywołuje mrok – ludzie to pionki, maski, bezwolne automaty. Anderson odwrotnie – uwielbia swoich bohaterów i dlatego na Pynchonowskiej pustyni sensu podaje im nie tylko butelkę wody, ale od razu miłość, prawdę i poczucie dziejowej sprawiedliwości. Uważam jednak, że oba te podejścia – alarmistyczno-mędrkujące i optymistyczno-naiwne – mają równą rację bytu i do pewnego stopnia nie istnieją bez siebie nawzajem: muszą się wzajemnie dopingować i zarazem ciągle siebie zwalczać. Ci, którzy nie cierpią „Eddington”, być może po prostu nie lubią cierpieć w kinie. Z kolei ci (nieliczni), którym nie podobała się „Jedna bitwa po drugiej”, chyba bardzo chcą uchodzić za edge lordów – przepraszam was, ale to nie ma sensu. Ten film jest po prostu kwintesencją frajdy, a ja nie zapraszam do dyskusji.
„Jedna bitwa po drugiej” (2025), reż. Paul Thomas Anderson, mat. prasowe Warner Bros.
„28 lat później” (2025), reż. Danny Boyle
Może ktoś się zapyta, co TO właściwie tutaj robi. Już odpowiadam – bierze starą mapę drogową, żeby wytyczyć nieznane ścieżki i rozrysować nową legendę. Kiedy w Hollywood i na streamingach od wielu lat króluje recykling, a większość powrotów do starych franczyz opiera się na taniej nostalgii, Alex Garland (autor scenariusza) wymyśla swoje postmodernistyczne zombie-uniwersum praktycznie od zera, nadając mu jeszcze bardziej satyryczny, brytyjskocentryczny i postimperialny rys. W „28 latach później” znajdziemy całą kawalkadę oryginalnych pomysłów, z czego jedne żrą bardziej, a inne trafiają kulą w czerstwy bochen chleba. Różne osobliwostki nie przysłonią jednak faktu, że udało się tchnąć drugie życie w coś, co z dużo większym prawdopodobieństwem powinno się okazać trupem na sznurkach. Na pewno wielka w tym zasługa reżyserii Boyle’a, który nie stracił wiary w „kulturę remiksu” (kolonialny wiersz Kiplinga, „Buty”, jako motyw przewodni – bardzo fajne!) oraz zdjęć Anthony’ego Dod Mantle’a, konstruktora dziwacznych maszyn optycznych. To nie tylko świetna gatunkowa rozrywka, ale też odtrutka na spadającą jakość filmowej postapokalipsy – na przykład na drugi sezon „The Last of Us”.
„28 lat później”, reż. Danny Boyle, mat. prasowe Sony Pictures
„Silver” (2025), reż. Natalia Koniarz
Z tego wyboru powinienem się jakoś wytłumaczyć, bo „Silver” startowało w tegorocznym konkursie międzynarodowym Krakowskiego Festiwalu Filmowego, a ja współpracuję z KFF jako selekcjoner. No i chyba jedyne, co mogę w tej sytuacji zrobić, to zapewnić, że nie zetknąłem się z filmem na żadnym etapie selekcji – widziałem go dużo później i, całe szczęście, już na kinowym ekranie. Od początku planowałem uwzględnić w zestawianiu przynajmniej jeden dokument – i cóż, nic nie poradzę na to, że w 2025 roku „Silver” zwyczajnie zdeklasowało większość konkurencji. Przewaga była mu chyba pisana – reżyserka i autor zdjęć, Stanisław Cuske, pojechali do Potosí i wrócili z całą furą materiału. I chociaż mogli to wszystko przerobić na konwencjonalny reportaż, odważnie wybrali język kina: trudny, meandrujący, skupiony na obrazie. To jeden z tych przypadków, kiedy z dokumentu udaje się wydestylować sztukę: opowiedzieć wielowiekową historię wyzysku bez przekłamań, a przy tym bez natrętnej gadaniny i wykładów ex cathedra. Być blisko ludzi i nie tylko obserwować, ale też kreować i nadawać znaczenia – jak to w kinie. I też w kinie, na odpowiednio dużym ekranie, należy z taką rzadko już spotykaną sztuką dokumentu wchodzić w głębokie relacje.
„Silver”, reż. Natalia Koniarz, dzięki uprzejmości KFF
„Dziewczyna z igłą” (2024), reż. Magnus von Horn
Ten film zwyczajnie musiał się tutaj znaleźć – i to wcale nie ze względu na jakieś sentymenty czy wyraźny niedostatek rodzimości (zresztą w tym przypadku mocno naciąganej). O nie, ja po prostu uwielbiam takie mroczne bajdurzenia, a jeszcze Von Horn zrobił coś bardzo ciekawego na poziomie reżyserii i światotwórstwa. Udało mu się połączyć przytłaczającą, surową tradycję łódzkiej Filmówki (Pasikowski powiedział kiedyś, że dyplom PWSFiT to „człowiek snujący się po brzydkim, szarym mieście”) z historią jak ze steampunkowego koszmaru. Gdyby tę opowieść nakręcił Guillermo del Toro – a seryjna dzieciobójczyni w mieście cyrkowych freaków to temat bardzo w jego stylu – wyszedłby z tego jakiś totalnie ckliwy kicz. Północnoeuropejski chłód na szczęście zrobił z niej dużo lepszy użytek: Von Horn zamienił tabloidową kanwę w uniwersalną przypowieść o nowoczesnym piekle kobiet. I choć z kina wychodzi się po takim polsko-szwedzkim potopie rozbitym i wstrząśniętym, to taki był też ten rok – filmy A.D. 2025, podobnie jak świat, wywoływały bardzo silne emocje. Dla nich to oczywiście dobrze, ale dla skołatanego świata – całkiem bez sensu.
„Dziewczyna z igłą”, reż. Magnus von Horn, mat. prasowe Gutek Film
Honourable mention (albo co by było, gdyby TOP 8 było TOP 11): „Sny o miłości” (2024), reż. Dag Johan Haugerud, „Nasienie świętej figi” (2024), reż. Mohammad Rasoulof, „Oddaj ją” (2025), reż. Danny Philippou, Michael Philippou