Nie musi mówić, na kogo głosuje, żeby Ameryka go kochała. Jak Zach Bryan zdobył listy przebojów?
( 16.02.2026 )
Ameryka cieszy się, gdy były żołnierz zostaje piosenkarzem country. Ameryka przestaje się cieszyć, gdy były żołnierz śpiewa w piosence country, że „dzieci się boją”, bo „ICE wali do drzwi”. Zach Bryan – najpopularniejszy dziś kowboj z gitarą – do tej pory unikał jawnie politycznych deklaracji, więc Republikanie uznawali go za swojego. Ale może pytanie, po czyjej stronie stoi muzyk, nie jest tak ważne jak to, czy artysta w ogóle musi po jakiejś stać.
Dla Zacha Bryana wystarczającym świadectwem zaangażowania w życie polityczne kraju jest udział w wyborach – i korzystanie z prawa do oddania głosu anonimowo, bo on głosuje z poczucia patriotycznego obowiązku, ale nigdy nie mówi na kogo. „A jeśli ktoś angażuje się w politykę bardziej, to znaczy, że nie ma nic lepszego do roboty i nic mądrzejszego do powiedzenia” – rzucił jakiś czas temu w X, serwisie znanym kiedyś jako Twitter. „Zgadzam się z tym, że można wierzyć w różne rzeczy” – dodał. „Ja akurat wierzę w jedność Stanów Zjednoczonych i nie wydaje mi się, żeby dyskusje, które przetaczają się ostatnio przez nasz kraj, mogły nas doprowadzić do miejsca, w którym panuje pokój”.
Nie chce Grammy, sprzedaje stadiony
Zach Bryan uprawia muzykę country, a to zobowiązuje. Scena, która posiada swoje centrum dowodzenia w Nashville, jest mocno uwikłana w światopoglądowe spory, a każdy wykonawca czy wykonawczyni (te zresztą muszą realizować model konwencjonalnie rozumianej kobiecości, żeby zyskać aprobatę środowiska), który pozwala sobie na liberalną, progresywną myśl albo wchodzi w otwartą polemikę z wizją rzeczywistości według białej, heteronormatywnej Ameryki, musi liczyć się z ryzykiem banicji. Nie będą mu sprzyjać opiniotwórcze media, stacje radiowe grające country i telewizja. Nie dostanie branżowych nagród. Nie zaproszą go na festiwale. Zdaje się, że w przypadku Zacha Bryana zadziałała zasada domniemanego sojuszu, którą kierują się Republikanie. Śpiewa country i nie mówi, z którym prezydentem trzyma – znaczy, że trzyma z naszym.
Demokraci z kolei posługują się odwrotną regułą. Jest białą kobietą i nie chce powiedzieć, na kogo głosuje – znaczy, że to kryptokonserwa przebrana za uśmiechniętą gwiazdę pop (tak kilka lat temu wymuszono na Taylor Swift, by wytłumaczyła się publicznie z poglądów politycznych). Cała ta gimnastyka, by zdekonspirować muzyka czy muzyczkę, jest oczywiście uprawiana po nic, bo w ostatnich wyborach prezydenckich w Stanach Zjednoczonych okazało się, że celebryckie wsparcie to żaden kapitał i możesz przegrać nawet, gdy głosuje na ciebie sama Beyonce. Z drugiej strony Nicki Minaj, raperka, która z podejrzaną emfazą plecie niedorzeczności o tym, że kocha Trumpa, stała się pośmiewiskiem podczas ostatniej ceremonii wręczenia nagród Grammy. Wszyscy chcą wiedzieć, na kogo głosują gwiazdy. A zwłaszcza na kogo głosuje Zach Bryan. Gość, który nie przychodzi na rozdanie nagród Grammy. Mało tego, nawet nie zgłasza swoich albumów, żeby powalczyły o nagrody. Gość, którego nie gra radio country. I który, bez absolutnie żadnego wsparcia tradycyjnych mediów, stał się najpopularniejszym bardem w Stanach Zjednoczonych. Ostatni album wydał w dwóch wersjach, elektrycznej i akustycznej. Płyta „With Heaven On Top” ukazała się 9 stycznia 2026 roku i z miejsca wylądowała na pierwszym miejscu listy bestsellerów magazynu „Billboard”. Kariery takie jak ta wydają się paradoksem, statystyczną anomalią. Zach Bryan zbudował – całkowicie oddolnie, organicznie – gigantyczny, lojalny elektorat, który pozwala mu wyprzedawać koncerty na stadionach i triumfować w podsumowaniach platform streamingowych. Fenomen. Bo wie, co robi?
Mamy złe wieści, Zach Bryan nagrał protest song
„To tylko pokazuje, jak nas dzieli narracja, którą narzucają media społecznościowe. Śpiewam o mojej wielkiej miłości do naszego kraju i wszystkich, którzy w nim mieszkają. Kiedy usłyszycie resztę utworu i zrozumiecie pełny kontekst, zobaczycie, że ten numer celuje w obie strony sceny politycznej. Wszyscy, którzy używają go jako oręża w swoich prywatnych wojenkach, pokazują, jak bardzo jesteśmy podzieleni. Musimy zawrócić z tej ścieżki” – pisał w oświadczeniu, które udostępnił na Instagramie jesienią poprzedniego roku. Chwilę wcześniej wypuścił do sieci krótki fragment kawałka „Bad News”, którym pilotował premierę nadchodzącego albumu. To ta piosenka ze słynną już frazą o funkcjonariuszach ICE, amerykańskiego urzędu imigracyjnego, dobijających się do drzwi, za którymi stoją przerażone dzieci.
Gdy Bryan upubliczniał kawałek piosenki, Donald Trump od wielu miesięcy z powodzeniem realizował program masowych deportacji. Dziś – kilka tygodni po premierze albumu „Heaven On Top”, która zbiegła się z masowymi protestami wobec nadużyć władzy przez ICE – piosenka Zacha Bryana ma jeszcze silniejszy wydźwięk. Właściwie staje się jednoznacznym protest songiem. „Nie przemawiałem jako polityk czy inny dupek, który czuje się lepszy od innych. Mówiłem jako 29-letni mężczyzna, który jest tak samo zdezorientowany jak wy. To, jak wiele emocji wywołała ta piosenka, jednocześnie onieśmiela mnie i przeraża. Niezależnie od tego, czy jesteśmy lewicowcami czy prawicowcami, wszyscy jesteśmy Amerykanami” – kontynuował w oświadczeniu. „W ostatnich miesiącach poddano mnie ocenie tyle razy, że nie wiem, kim i gdzie jestem. Spadam z klifu, równocześnie próbując rozwinąć skrzydła. Jestem naprawdę dumny, że służyłem dla kraju, w którym wszyscy możemy swobodnie wyrażać swoje opinie i rozmawiać z sobą bez narażania się na nękanie w internecie lub, co gorsza, przemoc i cierpienie” – kończył. Gdy awantura o „Bad News” nabierała rozpędu, Zach Bryan podkreślał, że napisał tę piosenkę conajmniej kilka miesięcy przed śmierciami Renee Good i Alexa Prettiego – oboje zostali zamordowani przez oficerów ICE. Ale nawet przy takim zastrzeżeniu „Bad News” to wciąż złe wieści – ale dopiero się okaże, czy dla Zacha Bryana, czy dla Donalda Trumpa.
Apolityczny? Antysystemowy
Zach Bryan bardzo rzadko udziela wywiadów. To świadomy ruch, który pozwala mu zachować kontrolę nad tym, jak media kształtują jego wizerunek. A gdy już decyduje się gadać z dziennikarzami, robi to tak, by sygnały, które wysyła, były jak najbardziej sprzeczne. By żaden wybór nie określał go w sposób definitywny. Był gościem podcastu Joe Rogana, foliarza pozującego na zdystansowanego centrystę, który nie przestaje popierać Trumpa, nawet gdy go krytykuje. Był gościem magazynu „Rolling Stone” – od zawsze liberalnego – który posadził go na jednej kanapie z Bruce’em Springsteenem, zadeklarowanym przeciwnikiem administracji Trumpa i przyjacielem Baracka Obamy. Bryan stosuje taktykę skutecznych uników: piosenka, w której obrywa się ICE, nie jest żadnym sensacyjnym manifestem, bo doskonale wpisuje się w osobistą mitologię muzyka i poety, który od początku stawał po stronie wykluczanych, pomijanych, porzuconych. Tych wszystkich zbłąkanych dusz, o których świat zapomniał, a on spotyka je w podrzędnym barze, gdzie przegrywają resztę życia. Mając 17 lat, zaciągnął się do amerykańskiej armii. Jeszcze w wojsku zaczął komponować i publikować pierwsze piosenki, a po zakończeniu służby wielokrotnie wracał do tego okresu w życiu w piosenkach, przesiąkniętych gorzką refleksją nad sensem munduru. Pisał w imieniu własnym i innych młodych mężczyzn, którzy szli do wojska, napędzani wiarą, że robią coś dobrego, poświęcają się obronie szlachetnych wartości. Kilka lat później wracali z Iraku czy Afganistanu z PTSD, a państwo, któremu oddali zdrowie, wypinało się na nich. Zach Bryan śpiewał ich historie, nadawał wagi ich doświadczeniu – i jako rzecznik bohaterów bez orderów nie potrzebuje tłumaczyć się z partyjnych afiliacji, bo jego polityczną tożsamość wypełnia przede wszystkim antysystemowość. Wynikająca z przekonania, że każda władza, która obchodzi się z obywatelami nieuczciwie, jest zła. W tym sensie zdecydowanie więcej łączy go ze Springsteenem niż z Roganem.
Wszyscy chcą słuchać o Ameryce, o której nikt nie chce śpiewać
Można nawet powiedzieć, że urodzony w 1996 roku Bryan jest Springsteenem pokolenia Z, a do tego w kółko nagrywa własną wariację na temat „Nebraski”, najważniejszej i wciąż wybitnej płyty w bogatej dyskografii Bossa. Łączy ich podejście do muzyki. Springsteen, sfrustrowany godzinami spędzanymi ze zespołem w studiu, które nie przynosiły pożądanych piosenek, nagrał płytę w warunkach domowych, a potem uparł się, żeby zachować to chałupnicze, surowe brzmienie. Albumy Bryana mają w sobie i niechlujność wersji demo, i żar wykonania koncertowego. Muzyk unika zaawansowanej studyjnej obróbki. To zresztą jeden z powodów, dla którego nie ma na niego wielkiego popytu w stacjach radiowych. Te, które grają country, nie chcą go, bo jego muzyka pozbawiona formalnej dyscypliny jest zbyt eklektyczna, skręcając chociażby w kierunku folk-rocka. Te, które grają pop, nie chcą go, bo jest zbyt alternatywny. Ze Springsteenem łączy go również podejście do treści. W tekstach z „Nebraski” odbijały się historie z filmów noir i mrocznych kryminałów, które w tamtym czasie czytał Springsteen, medialne doniesienia o lokalnych zbrodniach, w których szukał inspiracji, wreszcie trudne wspomnienia traumatyzującej relacji z ojcem. Mieszał polityczne z osobistym, by poddać rewizji amerykański sen, który dla wielu okazał się koszmarem.
Zach Bryan robi dokładnie to samo. Chodzi po barach, a potem wyśpiewuje historie, które tam usłyszał. Jego albumy – z epickim, wydanym w 2024 roku „The Great American Bar Scene” i najnowszym „With Heaven On Top” – są studium cudzych kryzysów i dokumentacją osobistych konfliktów wewnętrznych. Rachunki sumienia, żale za grzechy, egzorcyzmy. Bryan jest świetnym narratorem, to błyskotliwy, niezwykle sprawny literacko twórca, który wie, kiedy podkręcić dramaturgię zaskakującym wyznaniem. Na przykład w „Appetite” z nowej płyty wraca do fatum obciążonego genotypu. „A co jeśli nie chcę mieć dzieci? Jeszcze wyrosłyby na kogoś takiego jak ich ojciec i wszędzie szukały zaczepki?” – rzuca w odpowiedzi na te wszystkie głosy z boku, że może pora wyjść już z knajpy i ustatkować się. Temat dziedziczonych autodestrukcyjnych skłonności powraca w piosenkach Bryana. Śpiewa o matce, która zmarła w wyniku choroby alkoholowej, gdy miał 20 lat. Opowiada o siostrze, której udało się wytrzeźwieć. Zach Bryan nie musi mówić, na kogo głosuje, żeby Ameryka go kochała. Wystarczy, że zabiera głos w sprawie Ameryki. Tej, o której nikt innych nie chce dziś śpiewać. Okazuje się, że wielu chce o niej słuchać.