Najsłynniejsze łóżko w historii sztuki. Tracey Emin
( 25.03.2026 )
Wystawa Emin w Tate Modern, największa z dotychczasowych i ukoronowanie burzliwej, wielkiej kariery, pokazuje, jak dzieło „szalonej Tracey” nie daje się ujarzmić.
Dziwnym trafem Margate, miejsce narodzin Tracey Emin, było jednym z moich pierwszych doświadczeń tzw. zagranicy. Miałam 16 lat bez jednego miesiąca, był lipiec 1999, a ja zostałam tam wysłana przez ambitnych rodziców na popularny wówczas „obóz językowy”. Nie byłam zbyt szczęśliwą nastolatką, ale nauka dobrze mi szła, zwłaszcza w przedmiotach, gdzie przydawały się dobry słuch i pamięć, a poza tym niewiele trzeba było robić. Wylądowałam w grupie z samymi dorosłymi, ale zajęcia nie były zbyt wymagające, więc miałam o wiele za dużo wolnego czasu. Wybrzeże południowej Anglii ma w sobie dziwną ponurość, a w latach 90. było u schyłku „epoki Trainspotting”. Opustoszałe ze względu na brak turystów, którzy zaczęli latać tanimi liniami na Ibizę, po wielu latach Thatcheryzmu, a więc bezrobocia i innych kłopotów ekonomicznych (Tony Blair i New Labour doszli do władzy dopiero dwa lata wcześniej), Margate było zamieszkane głównie przez klasę robotniczą, żyjącą za marne pieniądze w nieremontowanych od lat lokalach socjalnych. Nic dziwnego, że uzależnienia i problemy wychowawcze były na porządku dziennym. Tracey Emin jest córką Cypryjczyka i Angielki. Jej rodzice prowadzili mały hotel, który splajtował z powodu zanikającej turystyki. W instalacji-dzienniku „Exploration of the Soul” z 1994 Emin opowiedziała o tych właśnie latach: o tym, jak przezywano ją „bambusem” (a jej matkę „dziwką, którą wydupczył czarnuch”), o odrzuceniu, które spotkało ją ze strony koleżanek i całej społeczności szkolnej, rozstaniu rodziców i w końcu wpadnięciu w ramiona coraz bardziej podejrzanych chłopaków, o gwałcie, który przeżyła w wieku 13 lat i unikaniu szkoły.
Tracey Emin, „Exorcism of the last painting I ever made”, 1996, © Tracey Emin
Czy to żart?
W 1999 do Margate można było pojechać na parodię nadmorskich wakacji. Pogoda zazwyczaj nie sprzyjała spędzaniu czasu na plaży, która zresztą jest kamienista i niezbyt przyjemnie się na niej leży. Główną atrakcją bywa molo w tandetnych, wypłowiałych kolorach, bo ma już ono swoje lata – z salonem gier, plastikowymi figurami piratów i kościotrupów oraz przysmakami takimi jak slushies, zrobionych ze zmiażdżonego lodu podkolorowanego tajemniczą fluorescencyjną substancją, który w smaku przypomina radioaktywny plastik. W miasteczkach tych nie dzieje się absolutnie nic, nie ma żadnych rozrywek kulturalnych. To o nich Morrissey napisał piosenkę „Everyday Is Like Sunday”, z błagalnym tekstem o nadejście wojny nuklearnej, która zmyje je z powierzchni ziemi. Mieszkańcy i turyści ostro to sobie kompensują, na przykład pijąc alkohol w nadmiernych ilościach oraz zachowując się bardzo głośno na ulicach. Nie ominęło to również 15-letniej mnie – pamiętam, że nieustannie ktoś próbował sprzedać mi narkotyki. Główną atrakcją był dla mnie 20-paroletni barman o imieniu Gavin, który nielegalnie nalewał mi alkohol. Miałam też poważnego crusha na pięknego Niemca o imieniu Mathias. Pewnego wieczoru jednak ten ostatni odrzucił mnie, a jego kolega opisał mnie słowem, które pamiętam do dziś: „She’s so rough” („jest taka szorstka”. Załamana, straszliwie się tego wieczoru upiłam i przeżyłam swoją pierwszą napaść seksualną, z której udało mi się oswobodzić dosłownie w ostatniej chwili. Tydzień później opuszczałam Margate z ulgą, ciesząc się, że cała ta trauma już tam zostanie.
Mnie udało się uciec z niebezpiecznej sytuacji, ale Tracey Emin, urodzona w Margate w 1963 roku, nie miała już tyle szczęścia. Jej retrospektywna wystawa w Tate, „A Second Life”, zaczyna się od wideo „Why I Never Became a Dancer”. To krótki dokument o Margate z czasów dzieciństwa i młodości wypełnionych przemocą: złakniona czułości Tracey od 12. roku życia wpadała w sidła ponad dekadę starszych predatorów seksualnych, którzy wykorzystywali ją, gwałcili, maltretowali, rasistowsko wyzywali. Kiedy postanowiła, wbrew temu wszystkiemu, że weźmie udział w lokalnym konkursie tanecznym – przygotowała występ, szło jej dobrze – nagle część z tych mężczyzn zaczęła wołać na nią „zdzira, zdzira, zdzira” („slag, slag, slag”). Spłakana Tracey nie dokończyła swojego tańca i uciekła ze sceny. Teraz, pod koniec filmu, 32-letnia Tracey z dużymi osiągnięciami na koncie, między innymi jako czołówka Young British Artists, w końcu znów tańczy. Śmieje się, jest wyzwolona, ekstatyczna. „Shane, Eddie, Tony, Doug, Richard – to dla was!”. Najlepszą zemstą jest sukces.
To chyba najbardziej pozytywna praca Emin – pełna autoafirmacji, wiary w siebie. Wyróżnia się na tle dorobku, który najczęściej opowiada o cierpieniu, rasizmie i przemocy. Lata w Margate były bowiem tylko początkiem bardzo wyboistej drogi. Z „Second Life” wynika, że obok rasizmu i przemocy seksualnej, największą traumą Tracey była spartolona aborcja. W filmie „How It Feels” (1996) Emin opowiada, jak lekarz „odmówił podpisania dokumentów” zezwalających na aborcję po tym, jak powiedział jej, jaką wspaniałą byłaby matką. „Czułam się bardzo bezbronna. Byłam spłukana, bezdomna, zadłużona. Ciężko pracowałam na swoje wykształcenie, żeby wyrwać się ze swojego środowiska”. Musiała potem szukać aborcji nielegalnie – w opowieści jak z horroru słyszymy, że lekarz nie usunął jednego z płodów bliźniaczej ciąży, o czym Emin nie wiedziała. W konsekwencji otarła się o śmierć. Miała partnerów, jednego, drugiego, dziesiątego. Nie zawsze było fajnie. „Is this a joke?” – pyta w kanciasto wyhaftowanym tytule swojej pracy, gdzie postać kobieca leży z niezdarnie udrapowanym na niej facetem. To musiało być morze beznadziejnego seksu.
Tracey Emin, „Is This a Joke”, 2009, © Tracey Emin
Na wystawie jest zaskakująco dużo czytania – kiedy oskarżano ją o skrajny narcyzm, konfesyjność i wpatrywanie się we własny pępek, Emin dociskała pedał emocjonalności jeszcze bardziej, dołączając do swoich prac kartki wyglądające, jakby zostały wyrwane z pamiętnika. Kobietom często się wytyka: „jej praca jest zbyt emocjonalna, to nie jest sztuka, tylko publikowanie własnego pamiętnika, kogo to obchodzi”. Jakby na przekór temu lekceważeniu, czasem Emin zostawiała już tylko te kartki. Podobnie jak jej wyszywane patchworkowe kapy, zapisane są one „złym” angielskim, wyglądającym jak fonetyczny zapis robotniczego akcentu z południowej Anglii, czym Emin nigdy się nie przejmowała. „Ludzie ze świata sztuki nigdy nie lubili tego jak mówię, ani tego, jak wyglądam”, mówiła wielokrotnie. Celowo więc nigdy nie próbowała nawet siebie poprawiać, zmieniać. Stąd cała jej sztuka ma w sobie wyzwalającą szorstkość (rough!), mimo że absolutnie nie są to dzieła niedopracowane.
Kochaj mnie
Emin to przykład kobiety, o której z politowaniem graniczącym z pogardą mówi się, że „kochają za bardzo.” „Jednej rzeczy nie potrafię zrozumieć. Dlaczego ona wciąż się zakochuje?” – usłyszałam na wystawie rozmowę dwóch kobiet w średnim wieku, które wybuchnęły śmiechem. Sekundkę, czy panie widziały tę samą wystawę, co ja? To chyba oczywiste, dlaczego. Znajdowałyśmy się w ostatnim pomieszczeniu wystawy, szczelnie wypełnionym krwawymi płótnami, najczęściej przedstawiającymi stojącą lub siedzącą postać zalewaną strumieniami krwi. „Kochaj mnie, kochaj!” – krzyczą zamaszyste napisy. „Dlaczego mnie nie kochasz?!” Odrzucona, Emin pogrąża się w autodestrukcji. Widzimy wciąż tę samą kobiecą sylwetkę – stojącą lub leżącą, masturbującą się, wylewającą potoki łez. Tak, nawet jako krytyczka bardzo sprzyjająca Emin, muszę powiedzieć, że wystawia ona odbiorcę na ogromną próbę. Przede wszystkim przez powtarzalność swojego miłosnego zawodzenia. Historia zdaje się bezustannie powtarzać: Tracey się zakochuje, wpada w nową miłość z wybuchową siłą, wysadzając w powietrze świat dookoła, a w końcu i własny, a po krótkim, burzliwym okresie wszechogarniającej namiętności jest porzucana przez kochanka, po czym następują dni i tygodnie niewyobrażalnego bólu.
Tracey Emin, „I never Asked to Fall in Love - You made me Feel like This”, 2018, © Tracey Emin
Tak miało dojść do powstania słynnego „Mojego łóżka” z 1998 roku. Po wyjątkowo bolesnym rozstaniu Emin nie wychodziła z łóżka przez cztery dni i noce, nic nie jedząc i pijąc wyłącznie alkohol. Nie musimy nawet specjalnie wysilać wyobraźni, by zrozumieć, jak miażdżące musiało być to doświadczenie – wystarczy nam spojrzenie na łóżko. Łóżko stało się emblematyczną pracą nie tylko pokolenia Young British Art, urodzonego w latach 60. Jest ono mocną i czytelną metaforą zredukowania i depresji. „Przykuty do łóżka” czyli chory, nie potrafiący sobie radzić w świecie. Spędzasz cały dzień w łóżku, bo po prostu nie możesz się podnieść – i w pewnym sensie nieważne, czy spowodował to sen, choroba czy seks. „Człowiek ułóżkowiony” Tracey Emin powinien istnieć na takiej samej zasadzie, co człowiek ukrzesłowiony Andrzeja Wróblewskiego – to symbol rezygnacji, terminalnego osłabienia, wycofania się z życia. Kiedyś, w czasach kiedy czułam się nieco gorzej, niż teraz, szłam do łóżka za każdym razem, kiedy coś mi nie wychodziło.
Najsłynniejsze łóżko w historii sztuki
Nikt przy zdrowych zmysłach i dbający o reputację nie przyzna się, że czuje się tak źle psychicznie, że spędza cały dzień w łóżku. Tracey Emin nie tylko się tego nie wstydziła, ale przeniosła swoje łóżko – choć oczywiście można spekulować, na ile to jest autentyczne łóżko w stanie nienaruszonym – do galerii na wystawę nominowanych do nagrody Turnera. I choć nie dostała wtedy nagrody, o tym, kto wygrał, nikt już nie pamięta. Wszyscy pamiętają tylko łóżko. Wszystkim tym, którzy uważają, że w przeniesieniu własnego zasyfionego petami, popiołem, zużytymi gumkami, poplamionego krwią i uwalanego jeszcze wieloma innymi substancjami i przedmiotami mebla nie ma nic nadzwyczajnego, że jest to wręcz „lenistwo”, bo i takie glosy się pojawiały, zalecam wybranie się do Tate Modern, gdzie łóżko – kolejna jego odsłona, artystka stworzyła kilka sztuk – wygląda wspanialej i potężniej niż kiedykolwiek. Jednocześnie uważam, że ekspresyjne malarstwo Emin działa i ma absolutnie genialne momenty – patrz „The End of Love”, które wygląda jak siostrzana wersja obrazu leżącego w łóżku Philipa Gustona.
Tracey Emin, „The End of Love”, 2024, © Tracey Emin
Wystawa Emin w Tate Modern, największa z dotychczasowych i ukoronowanie burzliwej, wielkiej kariery, pokazuje, jak dzieło „szalonej Tracey” nie daje się ujarzmić. Obok zranionej miłości głównymi tematami są tu jednak choroba i otarcie się o śmierć. W 2020 roku Emin straciła matkę, która zmarła na raka pęcherza, a dwa lata później sama na niego zachorowała. Od tej chwili jej życie przypominało piekło: usunięto jej, oprócz pęcherza, także macicę i połowę waginy. Emin nie tylko nie może już uprawiać seksu, żyje też ze stomią, czyli zbiorniczkiem połączonym rurką z jej organami wewnętrznymi, i tylko tak może się wypróżniać. Zbiorniczek trzeba opróżniać co 20 minut, najrzadziej co godzinę. Nie jest dla mnie jasne, jak Emin jest w stanie spać albo uczestniczyć w wydarzeniach towarzyskich.
Tracey Emin , fot. Sonal Bakrania, © Tate Modern
Przebudzenie
Wróciła więc do łóżka, świadka swoich poprzednich przygód. Na wystawie jest wąski korytarzyk – po jednej stronie polaroidy młodej Emin – zrobione po pijaku, pokazujące jej nieprzytomną, zapitą twarz, zbliżenia na piersi, łono, uda, siniaki. Przejmujący obraz kobiety, która chce korzystać z życia w pełni, ale płaci za to pewną cenę. Po drugiej stronie są zdjęcia z teraz – coś, co w pierwszej chwili wygląda jak zakrwawiony sutek, okazuje się raną na brzuchu, gdzie Tracey wprowadza sobie stomię, żeby móc dalej żyć. Wstrząsający moment, ale niepozbawiony humoru. Emin z ciekawością przygląda się tej nowej dziwnej narośli na swoim ciele, teraz już bez możliwości hedonistycznych zabaw, i pyta: czy to może być sexy? Jest tu zero wstydu. Wstyd ma funkcję dyscyplinującą i nakładany jest zazwyczaj przez mężczyzn na kobiety, albo przez klasy wyższe wobec niższych, przez starszych na młodszych, aż w końcu zostaje uwewnętrzniony i zamienia się w zjawisko kulturowe. Emin postanowiła nigdy się nie wstydzić. Nawet słynnego występu w Channel 4 w 1997 roku w dyskusji „Is Painting Dead?” (z udziałem, rzecz jasna, samych mężczyzn). Wystąpiła całkowicie pijana i oświadczyła „Mam was w dupie. Jestem pijana i chcę zadzwonić do mamy.”
Tracey Emin, „I whisper to My Past Do I have Another Choice”, 2010, © Tracey Emin
Pozostaje jedna delikatna kwestia: mimo swojego pochodzenia, Tracey Emin przez lata wspierała partię konserwatywną. Otwarcie głosowała na premiera Davida Camerona. Można się zastanawiać, jak to się stało, że córka emigranta popierała partię antyemigrancką? Momentem przełomu była pandemia i party, jakie w czasie najbardziej restrykcyjnego lockdownu urządzał premier Boris Johnson. Dziś Tracey twierdzi, że po prostu głosowała na konkretnych ministrów, którzy mieli zapewnić wsparcie finansowe dla sztuk. Nic z tego nie ma niestety sensu. Pokazuje to, jak artyści, którzy często mają doskonałą intuicję w sprawach związanych ze sztuką, w innych kwestiach mogą być zupełnie bezradni i nie rozumieć, jak działa polityka. Dziś Emin jako aktywistka działa przeciwko partii Nigela Farage’a Reform UK, tej samej, która głosi spiskowe teorie o zapaści brytyjskiej rodziny i chce zakazać aborcji, a także wpuszczania do Wielkiej Brytanii jakichkolwiek emigrantów. To późne, ale potrzebne przebudzenie Tracey, która pozostaje najważniejszą żyjącą artystką brytyjską.
„Tracey Emin: A Second Life”
Tate Modern, Londyn
27 lutego – 31 sierpnia 2026