Chris Niedenthal, fot. Julia Karwan

Jestem zawodowym tchórzem, chowałem się, jak mogłem. Rozmowa z Chrisem Niedenthalem

( 20.01.2026 )

„Moje zdjęcia nie są ułożone ani historycznie, ani chronologicznie, i takie było też moje życie. W gruncie rzeczy takie jest życie każdego fotoreportera”, mówi Chris Niedenthal, jeden z najbardziej cenionych fotoreporterów na świecie.

Chris Niedenthal od pół wieku jest świadkiem historii, tej wielkiej i tej małej. Niezależnie od tego, czy obserwował budowę Dworca Centralnego, akcje ZOMO, strajk w Hucie Warszawa, spacer pierwszego sekretarza KC PZPR Wojciecha Jaruzelskiego na ostatnie PRL-owskie wybory parlamentarne, targ w Grójcu czy kilometrowe kolejki przed stacjami benzynowymi CPN – za każdym razem potrafił uchwycić znaczenie tych wydarzeń i towarzyszące im emocje.

Współpracował z magazynami „Newsweek”, „Time”, „Der Spiegel”. W 1986 roku otrzymał World Press Photo of the Year za portret sekretarza generalnego węgierskiej partii komunistycznej, Jánosa Kádára, który trafił na okładkę „Time’a”. Nakładem Wydawnictwa Marginesy ukazała się książka „W punkt. Życie z aparatem”, kontynuacja „Właściwego momentu” z 2024 roku. Niedenthal pokazuje przełomowe oraz niepozorne momenty naszych czasów, a każdemu z ponad 200 zdjęć towarzyszy komentarz dotyczący okoliczności powstania.

Próbował pan zliczyć, ile jest tych zdjęć? 

Często mnie o to pytano. Zawsze mówię, że może ich być z pół miliona, a może wcale nie. Trochę mniej, trochę więcej. Albo sporo mniej? Budując archiwum, zaczynałem od czarno-białych negatywów, a później pojawiły się kolorowe slajdy. Wszystko trzymam w szufladach, zdjęcia są w koszulkach – dwadzieścia slajdów wchodzi do jednej. Ale ile tego jest, to panu nie powiem. Nie sposób tego policzyć.

Książkę „W punkt. Życie z aparatem” można brać do rąk, przeglądać na chybił trafił i za każdym razem czuć zaskoczenie, ale trudno znaleźć wspólną cechę.

Nie ma czego szukać. Nie są ułożone ani historycznie, ani chronologicznie. Takie było moje życie, w gruncie rzeczy takie jest życie każdego fotoreportera. Każdy temat był ciekawy, a tym bardziej w moim wypadku, kiedy historia wydarzała się przed moim obiektywem.

Jak to było w przypadku zdjęcia okładkowego?

Sam zupełnie o tym zdjęciu zapomniałem. Na pierwszy rzut oka nie kojarzy się z reportażem, chociaż czasami robi się zdjęcia celebrytom w ich domach. Ale to powstało 50 lat temu, kiedy Krystian Zimerman wygrał Konkurs Chopinowski. Byłem na początku swojej kariery, robiłem to na zlecenie szwedzkiej gazety. Razem z ich korespondentką pojechaliśmy do Zabrza, gdzie mieszkali Zimermanowie. Dzisiaj nie byłoby to możliwe, teraz to wielkie zawracanie głowy. Na dzisiejszą sesję trzeba mieć całą ekipę: kogoś, kto ubierze delikwenta, kto go przypudruje, kto to wszystko zorganizuje. A fotograf jest tylko przy okazji. Wtedy byłem sam z dziennikarką. Bez tego całego halo.

To były, śmiem twierdzić, trochę ciekawsze czasy. Do poprzedniego tomu trafiło moje zdjęcie Bernarda Ładysza, wybitnego śpiewaka operowego. Wielki człowiek, znany na całym świecie, a wystarczyło zapukać do drzwi – i jako fotograf mogłem robić, co chciałem. Nie było tej sztuczności, która towarzyszy nam dziś, gdy fotografuje się celebrytów w ich willach albo na plaży na Fuerteventurze. Do tego potrzeba całego pułku razem z cateringiem.

Dziękujemy!

Chris Niedenthal, „Pianista z pieskiem”, lata 70., dzięki uprzejmości autora

Na zdjęciu z Zimermanem nie ma pozy, nie ma tej całej performatywnej otoczki. Jest tylko on, jego kudłaty piesek i plakat z Chopinem na ścianie.

Nic nie ma, bo nic nie jest zaaranżowane. Dzisiaj to jest taka mina, a taka poza. Wtedy po prostu spędziłem z nim i z jego rodzicami godzinkę czy dwie, zobaczyłem, gdzie ma ten swój pokoik. Wziąłem go na bok, zrobiłem parę zdjęć. Ten plakat na ścianie faktycznie nadał kontekstu, tym bardziej, że Zimerman sam był wtedy podobny do Chopina. Do tego miał tego pieska, akurat go podniósł. Tak to się wszystko zdarzało, tak ta praca wyglądała.

Pan swoich zdjęć nie aranżuje, ale z pewnością wyczekuje pan na wiele sytuacji. W książce znalazło się zdjęcie Lecha Wałęsy, kiedy przemawiał w sprawie wolnych sądów. Żeby osiągnąć oczekiwany efekt, pstryknął pan w sumie 95 klatek.

Lech stał akurat w miarę blisko Pomnika Powstania Warszawskiego i jeden z powstańców wyglądał tak, jakby się nad nim pochylał. Czekałem, żeby wyglądało tak, że ten żołnierz coś mu szepcze do ucha. Ale to są rzeczy, które wymyśla się na miejscu. Nie miałem pojęcia, gdzie Lechu będzie stał. Trzeba mieć oczy z tyłu głowy, na bokach i w zasadzie z każdej strony, żeby zobaczyć, co się dzieje i jak to wszystko można ugryźć, żeby było ciekawie. Dużo szczęścia, dużo cierpliwości i trochę talentu. Poza tym pamiętajmy, że boki są dla fotografa bardzo ważne. Często są ciekawsze niż to, co dzieje się w środku: ile można zdjęć robić komuś, kto stoi na podeście i gada do mikrofonu.

Dziękujemy!

Chris Niedenthal, „Podpowiedź?”, 2018, dzięki uprzejmości autora

Pierwsze zdjęcie Wałęsie zrobił pan prawie pół wieku wcześniej.

Zupełnie niechcący. Zacznijmy od tego, że przyjechałem do Polski w maju 1973 roku. Miałem zatrzymać się na parę miesięcy, zobaczyć jak tu jest, a zostałem do tej pory. Trochę głupio, prawda? Trzeba jednak pamiętać, że wtedy sprawa czarnego rynku była istotna, nie musiałem mieć więc dużo dolarów czy funtów, żeby żyć w miarę wygodnie. Chciałem tylko sprzedawać zdjęcia z Polski i o Polsce: o krajobrazie, o ciekawostkach, które sobie wymyśliłem. Trzymałem się z daleka od polityki, bo raz, że nie miałem kontaktów, a dwa, że się tym nie interesowałem. No i nie chciałem ujawniać się przed UB-ecją.

*Reklama

Moment, który mnie ustawił, to faktycznie był sierpień 1980 roku i Solidarność, a chwilę wcześniej – wybór Karola Wojtyły na papieża i jego pierwsza pielgrzymka do Polski w 1979. A ten wybór był podyktowany względami politycznymi, co przypadkiem rzuciło mnie na zupełnie inne tory. Raptem skojarzyłem, że jestem w dobrym miejscu, w dobrym czasie. Wcześniej przez pięć lat czekałem, trochę leserowałem. Jeździłem po Polsce, właściwie na luzie. Patrzyłem i wąchałem, co się dzieje w kraju.

Pod ręką mam takie zdjęcie: w izbie ojciec i syn, Tatarzy, szykują mięso na prawdziwe tatarskie kołduny.

To był jeden z moich pierwszych tematów, robiłem go właściwie dla siebie. Nie miałem komu tego sprzedać. Ale zawsze uważałem, że sprawa Tatarów jest ciekawa. W Anglii nie spotkasz Tatara na ulicy. Trafiłem więc na dwie tatarskie wioski we wschodniej Polsce, pojechałem tam PKS-em, bo nie miałem wtedy samochodu. Zatrzymałem się u sołtysa,  który był trochę podejrzliwy, bo to tereny przy granicy z ZSRR, a tu nagle pojawił się ktoś z brytyjskim paszportem. Wszyscy żyli dosyć biednie i prymitywnie. Pokręciłem się tam trochę, aż pewnego dnia zapukałem do drzwi jakiejś chaty. A w chacie ojciec i syn właśnie szykowali obranego ze skóry baranka, żeby przyszykować kołduny.

Dziękujemy!

Chris Niedenthal, „Jagnięcina po tatarsku”, 1973, dzięki uprzejmości autora

To jeszcze jedno podobne zdjęcie. Widać na nim dwóch facetów, którzy transportują lodówkę furmanką. Najciekawsza w tym wszystkim jest data: sierpień 1980.

Wie pan, byłem wściekły, bo rodzina kazała mi wtedy jechać na wczasy. Dopiero co wróciłem z Gdańska, ze strajku, musiałem wysłać filmy do redakcji, ale żona i syn zabronili mi jechać z powrotem. Pan sobie wyobrazi, że trwa strajk, ja się denerwuję, wściekam, słucham mojego małego radyjka, które odbierało BBC, pilnowałem wszystkiego, ale miałem rodzinny zakaz ruszania się z miejsca. Stojąc na poczcie we wsi Niedźwiedź, bo trzeba było zamawiać rozmowy z Warszawą, wyjrzałem zza drzwi i zobaczyłem coś takiego – lodówkę na furmance. Ale jak już wróciłem z tych wczasów, to pojechałem do Gdańska na ostatnie trzy dni strajku.

Dziękujemy!

Chris Niedenthal, „Koń w Niedźwiedziu”, 1980, dzięki uprzejmości autora

Czuł pan już wtedy, że historia wydarza się na pana oczach?

Od razu czułem, że dzieje się coś ważnego. To nie był typowy strajk. Na początku nie chcieli nas wpuścić za bramę, tym bardziej zagranicznego dziennikarza, a fotografa, to już zupełnie nie. Byłby to czarno-biały dowód, kto tam strajkuje. Zastosowałem jednak fortel – najpierw załatwiłem, żeby wszedł dziennikarz Michael Dobbs, aż w końcu sam się wcisnąłem.

I zobaczył pan Wałęsę.

Nie miałem pojęcia, kto to jest, nawet nazwiska nie mogłem sobie zapamiętać. Zaprowadzili nas do sali BHP, po jednej stronie siedział jakiś facet z wąsem, a po drugiej dyrektor stoczni, czyli Klemens Gniech. Ja usiadłem obok tego z wąsem, wszedłem jako tłumacz Dobbsa. To nie były jeszcze rozmowy z partią, tylko ludzie Lecha kontra ludzie Gniecha. Z tym że tego dnia, kiedy w końcu mnie wpuścili, zakazali mi fotografować. W końcu i tak zrobiłem zdjęcie, bo nie wytrzymałem.

Wałęsy w tej książce jest znacznie więcej.

Bo potem cała prasa zachodnia pilnowała, co Lechu robił. Tam, gdzie jeździł on, jeździliśmy my całą kawalkadą. Jest tu takie zdjęcie, jak siedzi przy biurku i łapie się za głowę. Został wtedy przewodniczącym Solidarności, dostał biuro we Wrzeszczu w Gdańsku. Wcześniej umówiłem się u niego w domu, zjedliśmy śniadanie, a gdy wychodziliśmy, uchwyciłem, jak pani Danuta pocałowała Lecha na pożegnanie. Pojechaliśmy do jego nowego biura, ale był tym wszystkim może trochę przytłoczony, trochę podłamany? Wyglądał na takiego, co sam nie bardzo wiedział, co się dzieje i co ma robić. Był początkującym przewodniczącym.

Kolejne książki mógłbym w zasadzie robić z samych zdjęć Wałęsy albo zdjęć z religijnych odpustów i pielgrzymek. Jak nie Lechu, to klechu. Zawsze mnie to przyciągało – polska religijność, która była tak odmienna od angielskiej. Trochę średniowieczna w swojej formule, ale przez to bardzo piękna i dla fotografa idealna.

Dziękujemy!

Chris Niedenthal, „Nowiutki przewodniczący”, 1980, dzięki uprzejmości autora

Gdyby ułożyć te zdjęcia chronologicznie, wyłoniłaby się z nich kronika najnowszych dziejów Polski. Te wszystkie światy do pewnego stopnia się przenikają – na przykład strajki w Stoczni Gdańskiej i Strajk Kobiet. Na ostatnich pana zdjęciach widać głównie protesty.

Dziękujemy!
( Sztuka ) ( Esej ) ( Katarzyna Wąs )

Gdzie miejsce dla sztuki? Bielska Jesień 2023

Nic innego nam nie zostało przez te osiem lat. Trochę się tym nawet zdziwiłem, myślałem, że nie będę już musiał fotografować takich rzeczy. Ale skoro zrobiłem już tyle zdjęć o naszej historii, to trzeba było robić dalej. Teraz coraz bardziej się z tego wycofuję, bo powoli przestaję rozumieć, co w tym kraju się dzieje. Siłą rzeczy świat się zmienił – ale to, że półki uginają się dziś od towarów, nie zmienia faktu, że wciąż, poza samym rządem, kręcą się dziwni opozycyjni politycy, którzy robią dziwne rzeczy i to w zasadzie wbrew Polsce.

Różnica polega też na tym, że za komuny protesty było trudniej fotografować. Bo nikt nas nie lubił. Demonstranci uważali, że ktoś z aparatem w tłumie to musi być UB-ek. A ja się bałem, że faktycznie mogą tam być jacyś tajniacy, którzy wezmą cię za kołnierz i zaciągną do bramy. Gdybym podszedł z aparatem do ZOMO-wca, to od razu dostałbym w łeb. Z każdej strony było źle. Dlatego ja zwykle uciekałem na klatki schodowe lub okna, żeby wyjść z tego cały, zdrowy i przede wszystkim ze zdjęciami, a nie, że ktoś mnie potłucze, zniszczy sprzęt i zabierze klisze.

Dziękujemy!

Chris Niedenthal, „Quo vadis?”, 2020, dzięki uprzejmości autora

Oberwał pan kiedyś?

Z dwa razy oddałem filmy trafne, ale potem już zawsze byłem przygotowany. Nauczyłem się, że trzeba mieć kilka dużych kieszeni i wsadzać do jednej filmy specjalnie przyszykowane, zwinięte, na których były jakieś drzewa, krajobrazy, a do drugiej – te ważne filmy. Pamiętam taki jeden raz, to był 3 maja 1982 roku albo trochę później, jak na Starówce była demonstracja, bijatyka, armatki wodne i gaz. Wpadłem w akcję i pobiegłem w stronę Kościoła Ojców Paulinów, żeby się ukryć. W drzwiach jakiś ZOMO-wiec złapał mnie za pasek od torby z aparatami, już mnie miał, ale jednak się wślizgnąłem. Siedziałem w tym kościele parę godzin, cały sprzęt zostawiłem na noc w zakrystii. Poza tym, jak mówię, bardzo rzadko byłem na ulicy.

Czyli nie pchał się pan na pierwszą linię.

Jestem zawodowym tchórzem, chowałem się, jak tylko mogłem. Poza tym wiedziałem, że pracując dla poważnego tygodnika, muszę przede wszystkim dostarczyć filmy. Mogłem być bohaterem akcji, dać się stłuc na kwaśne jabłko, ale nie byłoby z tego zdjęć. Nigdy też mnie nie kusiło, żeby zostać fotografem wojennym. Zwykle jest to specyficzny typ człowieka, który ma adrenalinę we krwi. Są to też młodzi fotoreporterzy, którzy chcą się pokazać i coś sobie udowodnić: że potrafią, że mogą, że się nie boją. A przy okazji może zrobić na tym karierę. Raz coś mnie podkusiło, że pojechałem na granicę Austrii i Słowenii, żeby sprawdzić, co się tam dzieje. Trwała wojna na Bałkanach. Jak zobaczyłem, że obok spadają łuski po pociskach i szrapnel, tylko utwierdziłem się w przekonaniu, że to nie dla mnie.

Poza protestami jest jeszcze jeden temat łączący te zdjęcia. Weźmy trzy pierwsze, które otwierają książkę: słup kilometrowy na skrzyżowaniu Marszałkowskiej i Alej Jerozolimskich, Klinika Lalek we Wrocławiu albo kioski Ruchu. Te miejsca należą do przeszłości.

Jak robiłem te zdjęcia, to myślałem, że jestem fotoreporterem, a teraz okazuje się, że jestem kustoszem pamięci albo tak zwanym historykiem wizualnym. Po pięćdziesięciu latach tak można powiedzieć. Moje zdjęcia trafiają do podręczników, to bardzo miłe. Głównie „Czas Apokalipsy”, ale o tym nie będziemy rozmawiać. Zawsze się boję, jak zbliża się 13 grudnia. Na szczęście w tym roku będę w Lublinie, więc mogę się oddalić i spać spokojnie.

Ale wie pan, miło mi, że ludzie uznają to zdjęcie za udane. Nie mogę się wyprzeć, mogę się tylko zgodzić. Kiedyś miałem dużą wystawę w Domu Spotkań z Historią, przychodziło na nią dużo młodzieży, żeby pooglądać, o czym opowiadali im dziadkowie i rodzice. To, co mówili dzieciom, zwykle wchodziło jednym uchem, a wychodziło drugim. Ale zdjęcia do nich przemawiały. Sfotografowane na kodakowskich kolorowych slajdach wyglądały tak, jakby były robione wczoraj.

Dziękujemy!

Chris Niedenthal, „Gra w ZOMO”, 3 maja 1982, dzięki uprzejmości autora

Jak choćby to przedstawiające grupę chichoczących dzieci ze wsi pod Wrocławiem, które zapozowały panu do zdjęcia. To było pierwsze lato stanu wojennego. Mówił  pan, że wspaniale byłoby ich wszystkich odszukać i zrobić im podobną fotografię 40 lat później.

Zazwyczaj robiłem te zdjęcia anonimowo, nie miałem pojęcia, kogo fotografuję. Ale przyjemnie się robi, kiedy po wielu latach ktoś z moich fotografii ujawnia się. Bo kilka osób z moich fotografii już się odnalazło. Czasami jakieś telewizje albo muzea wezmą moje zdjęcie i zaczynają szukać tych ludzi. Gorzej, że czasami znajdzie się kilku na jedną osobę. Trzeba uważać, żeby się nie pomylić i wybrać mądrze.

Dziękujemy!

Chris Niedenthal, „Dzieciaki pod Wrocławiem”, 1982, dzięki uprzejmości autora

Do książki trafiło też jedno z pana ulubionych zdjęć. W polu stoi kobieta, która ściąga bluzkę, a w ręku trzyma sierp. Jest lato 1982 roku. Środek stanu wojennego.

Tak jak napisałem: mieszanka seksu i polityki. Gdyby jeszcze ta kobieta miała młotek w drugiej ręce, to byłby już komplet. Robiłem reportaż o Wrocławiu, był akurat ładny dzień, pojechałem za miasto zobaczyć, co się dzieje, a tam już żniwa. Zaczaiłem się w krzakach i raptem zobaczyłem taką scenę. Takich rzeczy się nie planuje. A skoro już pan pyta o te ulubione zdjęcia, to ja najbardziej lubię te, które nie mają nic wspólnego z polityką.

Dziękujemy!

Chris Niedenthal, „Lato pod Wrocławiem”, 1982, dzięki uprzejmości autora

Dlaczego?

Bo politycy odchodzą i często zapomina się, kim są te postaci ze zdjęć. A zdjęcia ukazujące życie codzienne są ważne wtedy, są ważne dzisiaj i będą ważne za pięćdziesiąt lat. Jedno z moich ulubionych zdjęć zrobiłem na Placu Solnym we Wrocławiu w 1982 roku. Latem w plenerowej kawiarni siedzi jakiś mężczyzna, pali papierosa i dymek ucieka mu z ust. Nic na tym zdjęciu nie ma, każdy może sobie coś do tego obrazka dopisać, ale właśnie na tym polega dobra fotografia – może coś powiedzieć, nie mówiąc nic.

( Mintowe Ciasteczka )

Nasza strona korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Jeżeli chcesz dowiedzieć się jak to działa, zapraszamy na stronę Polityka Prywatności.