Nas też uważano za pasożytów. Rozmowa z Kneecap
( 29.06.2025 )
Nie boisz się innych, jeśli jesteś pewny swojej tożsamości. To właśnie niepewność i lęk sprawiają, że ludzie stają się nacjonalistami w tym złym znaczeniu. My próbujemy pokazać pewność siebie, która nie zagraża innym. Wierzymy, że zdrowa relacja z własną tożsamością może budować lepsze społeczeństwo. Rozmowa z zespołem Kneecap, który w sierpniu zagra na Off Festival w Katowicach.
Czy Kneecap to najgłośniejszy zespół sezonu? W 2024 roku wydali album „Fine Art”, a fabularny film o ich działalności podbił serca widzów. Ale to rok 2025 sprawił, że o irlandzkim trio mówi dziś cały świat. Zespół, który od początku łączy hip-hop z językiem irlandzkim, antykolonialnym przekazem i silną tożsamością polityczną znalazł się w samym środku jednej z największych muzycznych kontrowersji ostatnich lat.
W kwietniu podczas występu na Coachelli pokazali na ekranie hasło: „Free Palestine, Fuck Israel”. Gest spotkał się zarówno z krytyką, jak i z falą poparcia. Niedługo później członek zespołu, Mo Chara, został oskarżony o wspieranie terroryzmu, a politycy na całym świecie komentują ich koncerty i gesty. Fala emocji uderzyła w ubiegłym tygodniu, gdy Kneecap pojawili się na scenie Glastonbury. Ostro krytykowali brytyjskiego premiera Keira Starmera i wygłaszali propalestyńskie hasła. BBC zrezygnowało z transmisji ich koncertu, co wywołało zarzuty o cenzurę. Sprawą zajęła się policja, analizując, czy występ nie naruszył brytyjskiego prawa.
Ale zespół nie milknie – przeciwnie, głośno mówi o ograniczaniu wolności słowa, hipokryzji rządzących i o tym, że ich sztuka to akt oporu wobec przemocy – zarówno tej dawnej, jak i współczesnej. Przekonajcie się o tym w sierpniu na Off Festivalu w Katowicach.
Muszę zacząć od pytania o wasz występ na Coachelli. Podczas koncertu wyświetliliście na scenie hasła „Fuck Israel, Free Palestine”, co niektórzy przyjęli z uznaniem, a inni ostro skrytykowali. Mimo tych kontrowersji wielu artystów, w tym Massive Attack i Brian Eno, udzieliło Wam poparcia. Najbardziej interesuje mnie to, jak łączycie tematykę artystyczną z polityką. Jak postrzegacie te dwa aspekty działalności Kneecap?
MÓGLAÍ BAP (NAOISE Ó CAIREALLÁIN): Myślę, że nie byliśmy jedynym zespołem na Coachelli, który mówił o Palestynie. Występowali tam też Green Day, Bob Vylan, a także Blonde – łącznie co najmniej siedmiu artystów poruszyło temat Palestyny. Dla nas jako Irlandczyków to naturalna sprawa, by mówić o Palestynie. W Irlandii od dawna artyści zabierali głos w sprawach dotyczących sytuacji na świecie. Sinead O’Connor otwarcie krytykowała Kościół Katolicki i pranie brudów w zakładach Magdalenek. Wielu artystów miało odwagę wypowiadać się na głos o sprawach politycznych. Nie przypomnę sobie teraz wszystkich, ale to silna tradycja — zwłaszcza jeśli chodzi o solidarność z innymi uciskanymi narodami.
Irlandia sama była kiedyś kolonią. Nawet w czasie Wielkiego Głodu, w 1846 roku, rdzenni Amerykanie ze Stanów wysłali nam jako pomoc miliony funtów. Rozumiemy, jak ważna jest solidarność. Podobnie było w przypadku RPA i walki z apartheidem, gdzie muzycy odegrali dużą rolę. Rozumiemy, jak wielkie znaczenie ma wykorzystywanie naszej platformy. To, co zrobiliśmy na Coachelli, robimy wszędzie, gdzie gramy. Przekazujemy ten sam komunikat – uświadamiając ludziom, jaką rolę odgrywa Ameryka w relacjach między Izraelem i Palestyną.
Kneecap, fot. Peadar Gill
Myślę, że jako Irlandczycy rozumiecie tę sytuację wyjątkowo dobrze.
Zgadza się. Istnieje wiele podobieństw – brytyjska armia była obecna w Palestynie jeszcze w 1948 roku, kiedy powstawało państwo Izrael. To wszystko się łączy, tak jak w wielu krajach dotkniętych kolonializmem. Mamy wspólne doświadczenia. Niedawno wróciliśmy z trasy po Australii, gdzie spotkaliśmy wielu Aborygenów. Oni również mieli doświadczenia podobne do Irlandczyków. Kolonizacja wszędzie wygląda podobnie — te same techniki, te same skutki. Dobrze jest spotkać ludzi, z którymi dzielisz wspólne doświadczenia. To sprawia, że czujesz się zauważony.
Jedną z najważniejszych rzeczy, które robicie jako Kneecap, jest uświadamianie ludziom, co dzieje się wokół nas – mówicie o polityce, o tożsamości irlandzkiej i podkreślacie, że to istotne tematy. Czy pamiętasz, kiedy po raz pierwszy te kwestie stały się dla ciebie ważne? Kiedy zainteresowałeś się językiem irlandzkim i historią swojego kraju?
W szczególności w Irlandii Północnej, skąd pochodzimy, nadal jesteśmy pod panowaniem brytyjskim. Szkoły podstawowe z językiem irlandzkim funkcjonują od 1972 roku, szkoły średnie dopiero od 1991 roku. Wcześniej nie mieliśmy możliwości nauki w języku irlandzkim. Moi rodzice nie mieli takiej szansy, kiedy dorastali. My natomiast mieliśmy świadomość, że jesteśmy szczęściarzami. Ja mówiłem po irlandzku od podstawówki, moi znajomi również. Byliśmy pierwszym lub drugim pokoleniem dzieci, które były uczone naszego własnego języka. Język irlandzki był używany przez prawie dwa tysiące lat, a język angielski wszedł do powszechnego użytku dopiero tuż przed Wielkim Głodem – wtedy 70–80% Irlandczyków mówiło po irlandzku – więc jest stosunkowo nowym zjawiskiem. Fakt, że znowu możemy mówić po irlandzku w Irlandii Północnej, buduje w nas silną więź z językiem i tożsamością. To kwestia świadomości własnych korzeni.
Kiedy pierwszy raz usłyszałem o Kneecap – od Iana Lyncha z zespołu Lankum – rozmawialiśmy o irlandzkiej scenie muzycznej, o nowych zespołach, które się pojawiają. Wspomniał wtedy o was i powiedział, że to niezwykłe, że rapujecie po irlandzku. Rozmawialiśmy też o tym, co właśnie powiedziałeś – że młode pokolenie chętniej mówi po irlandzku, bo poprzednie często się tego wstydziło z powodu narracji narzuconej przez Brytyjczyków.
Uwielbiam Lankum. Tak, ma rację, ale myślę też, że narracja dotycząca języka pochodziła w dużej mierze z miast, mimo że irlandzki był częściej używany na wsiach, w Gaeltacht czy w Donegal. To miasta kreują to, co jest „cool” – tak jest niemal wszędzie. Gdy więcej ludzi w miastach mówi po irlandzku, pojawia się więcej szkół, drużyn sportowych, możliwości społecznych. Przez to język staje się bardziej atrakcyjny, bardziej „na czasie”, szczególnie wśród młodych ludzi. Nastolatkowie nie chcą się wyróżniać – chcą się dopasować. A skoro język staje się częścią mainstreamu, można mówić po irlandzku i nie czuć się dziwakiem. To daje komfort.
Z tym wiążą się też pozytywne emocje. Mówiłeś o wstydzie – to rzeczywiście postkolonialna trauma. Ale dziś język staje się czymś radosnym, lekkim, zabawnym. I to bardzo ważne dla jego rozwoju.
Czy po tych wszystkich latach czujecie, że jako Kneecap odegraliście rolę w popularyzacji języka irlandzkiego?
Myślę, że pojawiliśmy się w odpowiednim momencie – ludzie zaczęli szukać czegoś bardziej irlandzkiego. Nie tylko my działaliśmy w tym kierunku – jest wiele innych zespołów tworzących po irlandzku. W Belfaście istnieje też drużyna piłkarska, w której mówi się wyłącznie po irlandzku. Wiele rzeczy działo się równocześnie. Osobiście dorastałem, mówiąc po irlandzku i jako czternastolatek marzyłem o zespole, który mógłby wyrażać moją tożsamość poprzez ten język. Wtedy niczego takiego nie było. Teraz młodzi ludzie uczący się irlandzkiego mogą zobaczyć zespół, który używa nowoczesnego slangu i codziennego języka. To ważne, żeby czuć się reprezentowanym w mediach, radiu, na platformach społecznościowych. Bo to daje pewność siebie.
Mówimy o tożsamości, o tym, by wiedzieć, kim się jest, w jakim języku się mówi. Ale jest też wymiar systemowy – język irlandzki ma status oficjalnego dopiero od trzech lat. Jak to wpływa na tożsamość narodową? Bo z jednej strony możesz coś odkryć sam, a z drugiej – system cię tłumi.
Jedną z cech irlandzkiej społeczności w północnej części kraju jest to, że nigdy nie polegaliśmy na państwie, jeśli chodzi o zasoby, a nawet o poczucie własnej wartości. Ale ważne jest, by istniały przepisy wspierające język, bo one tworzą miejsca pracy. Niedawno wygraliśmy kolejną sprawę – otwarto nową stację kolejową w Belfaście bez oznaczeń w języku irlandzkim. Społeczność lokalna zorganizowała protest i pojawiły się dwujęzyczne tablice. Przepisy dają nam pewność siebie. Czasem nie da się czegoś uzyskać bez wspólnego działania i protestu. Gdyby nie to, nie byłoby tych oznaczeń.
Kneecap, fot. Peadar Gill
Wkrótce ma zostać powołany Komisarz ds. Języka Irlandzkiego – ktoś, kto będzie nadzorować wsparcie dla języka. To ważne, żeby był obecny w sektorze publicznym. Ale nie wszystko sprowadza się do przepisów. Najważniejsza jest społeczność, a ta może się rozwijać tylko wtedy, gdy istnieją miejsca pracy. Im więcej miejsc pracy, gdzie możesz porozumiewać się w ojczystym języku, irlandzkim, tym lepiej.
Jesteście z Irlandii Północnej – w filmie „Kneecap” w reżyserii Richa Peppiatta podkreślacie, że to nie Irlandia Północna (ang. Northern Ireland) tylko Północ Irlandii (ang. North of Ireland). Czy sądzisz, że możliwe jest zjednoczenie obu Irlandii?
Zawsze mówimy o zjednoczonej Irlandii – wiele osób marzy o tym od wieków. Przez 800 lat były tylko rewolucje i najazdy. Ale sprawy klasowe są ważnym aspektem tego rozłamu. Zawsze powtarzamy, że więcej łączy nas z protestancką klasą robotniczą ze Shankill niż z irlandzką klasą średnią z Dublina. Jeśli kiedyś zaistnieje zjednoczona Irlandia, mam nadzieję, że przyniesie to korzyści zwykłym ludziom. Mam nadzieję, że będzie to miejsce inkluzywne – przyjazne dla różnych tożsamości.
Nie chodzi tylko o irlandzką kulturę – jest wiele różnych kultur. Dlatego kultura jest taka wspaniała, kiedy tworzy się przez mieszanie. Niezależnie od tego, czy chodzi o kulturę protestancką, syryjską czy inną, ważne, by każdy czuł się jak u siebie. A jeśli dojdzie do zjednoczenia, zrobimy imprezę, która potrwa dwa lata. Skarb państwa zarobi fortunę na akcyzie, bo nikt nie przestanie wtedy pić.
Wydaje mi się, że wasi odbiorcy dzielą się na dwie grupy – tych, którzy znali waszą muzykę, i tych, którzy trafili na was, oglądając film. Niektórzy sądzą, że to opowieść w stu procentach prawdziwa, ale nie wszystko jest tam autentyczne. Jak film wpłynął na wasz wizerunek?
Lubię, gdy granica między prawdą a fikcją się zaciera. Ale, jak zauważyłeś, wiele rzeczy naprawdę się wydarzyło. Pierwsza scena, w której jestem chrzczony, a nad nami unosi się helikopter wojskowy, wydarzyła się naprawdę. Tak było w Belfaście. Armia brytyjska podejrzewała, że to jakiś obóz szkoleniowy IRA, więc przez cały chrzest helikopter wisiał nad nami. Inne rzeczy też są prawdziwe — na przykład J.J. był nauczycielem. Ta scena, w której zostaje wyrzucony ze szkoły, a komisja odczytuje mu listę zarzutów również wydarzyła się naprawdę. Można znaleźć ten list na naszym Instagramie.
Oczywiście, mój ojciec nie funkcjonował w ukryciu jak w filmie, gdzie gra go Michael Fassbender. Ale to wszystko jest połączeniem naszych historii i historii ludzi z naszego otoczenia. To nasza opowieść, ale też opowieść o Irlandii Północnej. Film trafia nie tylko do osób mówiących po irlandzku — nawet protestanci z Shankill mówili, że czują, jakby ich to dotyczyło, bo też mieli ojców w paramilitarnych grupach, często nieobecnych w ich codziennym życiu z powodu konfliktu. Film jest oparty na prawdziwej historii, ale to również uniwersalna opowieść o dorastaniu w rzeczywistości po-konfliktowej – o dzieciach procesu pokojowego, post-good-friday-kids, jak to się o nas mówi. To opowieść o młodych ludziach dorastających w rzeczywistości po zakończeniu wojny. Choć nie ma już wojska na ulicach, problemy wcale nie zniknęły, a młodzi mierzą się z własnymi trudnościami.
Wiele osób mówi o nim, że to irlandzki „Trainspotting”, ale po seansie miałem zupełnie inne odczucia. Z każdą minutą film staje się coraz głębszy — zaczyna się jak historia o imprezach, ale później przechodzi w bardzo poruszający obraz tożsamości. Wzruszyłem się, kiedy go oglądałem, bo uderza w bardzo uniwersalne kwestie. Myślę, że to coś, z czym mogą się utożsamiać ludzie na całym świecie.
Zdecydowanie. Film ma oczywiście element imprezowy, narkotyki, zabawę, ale pod tym wszystkim kryje się silny ładunek emocjonalny. Relacja z ojcem, z DJ-em, rzeczy, które się psują… Myślę, że właśnie dlatego film trafia do ludzi. Ma w sobie emocje, których się nie spodziewasz po niezależnym filmie o raperach.
Film zaczyna się sceną zamachu bombowego przeprowadzonego przez Irlandzką Armię Republikańską. Ironizujecie, że jeśli ktoś myśli o Irlandii Północnej, to właśnie przez ten pryzmat. Oni walczyli o niezależność przez zamachy terrorystyczne, a wy – rapując i podkreślając znaczenie języka. Cienka granica między nacjonalizmem a patriotyzmem, mierzymy się z tym w całej Europie. W Polsce to drugie słowo w ciągu ostatnich lat mocno straciło na znaczeniu.
Tradycyjnie rzecz biorąc, irlandzki nacjonalizm był lewicowy – i to odróżnia go od większości krajów europejskich w ostatnich 60–70 latach. James Connolly, który był nacjonalistą, był też człowiekiem lewicy. Oczywiście, dziś granica między patriotyzmem a nacjonalizmem potrafi być cienka i niebezpieczna, zwłaszcza gdy w grę wchodzi przemoc.
Dla nas prawdziwy nacjonalizm to także internacjonalizm – otwartość na inne kultury i ludzi. Jeśli naprawdę jesteś pewny swojej tożsamości, nie boisz się innych. To właśnie niepewność i lęk sprawiają, że ludzie stają się nacjonalistami w tym złym znaczeniu. My próbujemy pokazać pewność siebie, która nie zagraża innym. Wierzymy, że zdrowa relacja z własną tożsamością może budować lepsze społeczeństwo. Imigracja to rzeczywistość współczesnego świata – i nie powinniśmy się jej bać. Irlandczycy przez wieki emigrowali. Kiedyś uważano nas za szkodników w Ameryce — mówiono, że jesteśmy pasożytami, że nic nie robimy. Dokładnie to samo mówi się dziś o imigrantach, którzy przybywają do Europy. Historia zatacza koło. Chcemy pokazać, że można być dumnym z własnej kultury i jednocześnie być otwartym na innych.
Kneecap, fot. Peadar Gill
Rap i muzyka hip-hopowa mogą w tym pomagać? Mam wrażenie, że przez ostatnie lata mainstream odszedł od zaangażowania politycznego, kierując się bardziej ku hedonizmowi. Oczywiście nie dotyczy to całej sceny, ale trend jest zauważalny. Jako Kneecap w pewnym sensie wracacie do korzeni tego gatunku – mówicie o ważnych sprawach, o klasie robotniczej, codzienności. To powrót do źródeł?
Jeśli chcesz trafić do radia, musisz trzymać się bezpiecznych, imprezowych tematów – to jeden z problemów. Trudno przebić się z innym przekazem. Ale dzięki social mediom można tworzyć własne platformy – i my właśnie tak zrobiliśmy. Dzięki temu mogliśmy wydawać muzykę, która jest bardziej polityczna, bardziej świadoma. Niedawno graliśmy w Australii, gdzie występowała z nami Aborygenka, która również tworzy zaangażowany rap. W Nowej Zelandii poznaliśmy Maorysa, który robił coś podobnego. Widzę coraz więcej takich głosów. Ludzie zyskują pewność siebie i odwagę, by mówić to, co chcą.
Mainstream zawsze będzie miał swoje schematy – niezależnie od gatunku. Jeśli włączysz BBC Radio 1, wszystko brzmi dość podobnie. Ale dzięki mediom społecznościowym coraz więcej artystów może iść własną drogą. I mam nadzieję, że to otworzy nowe przestrzenie dla tych, którzy chcą się wyrażać w sposób autentyczny i odważny.
Film „Kneecap. Hip-hopowa rewolucja” można oglądać na platformie MAX.
Kneecap wystąpi na OFF Festival w Katowicach w piątek 01.08 o godzinie 21:30. Scena: SCENA PERLAGE